Bez kategorii
Like

System.

14/01/2013
521 Wyświetlenia
0 Komentarze
9 minut czytania
no-cover

Prośba o doradzenie w sprawie.

0


    Swój blog zacząłem prowadzić stosunkowo niedawno. Nazwałem go „Absurdy codziennego życia”. Teraz powinienem zmienić na „Absurdalna głupota w codziennym życiu”. Byłaby to nazwa bardziej adekwatna do tego co mnie otacza i irytuje. I w co w miarę normalny człowiek nigdy nie uwierzy. Moim celem było opisywanie co najmniej dziwnych zdarzeń jakie mnie osobiście spotkały. Nieprawdopodobnych. Bo chociaż zwykły obywatel niejasno zdaje sobie sprawę ze słabości tego systemu to nie ma przeważnie pojęcia w jakim stopniu ten system jest zdemoralizowany.  „Dzięki” chorobie i nadmiarowi wolnego czasu wiem, że nie tylko on. Bo kto mi uwierzy  w to, że sędziowie nie mają pojęcia o tak podstawowych rzeczach jak to ile kobieta czasu chodzi w ciąży, co to jest badanie genetyczne DNA i tym podobne. Że lekarz może nie odróżniać ortopedy od neurologa itd. Zdawałoby się, że są to rzeczy nieprawdopodobne. Ale sam się z nimi zetknąłem. Tylko, że i tak nikt mi nie uwierzy. Tak jak i w to, że Sąd brał pod uwagę by poddać mnie badaniom psychiatrycznym  ponieważ ukrywałem u siebie Bin Ladena. Faktycznie. Komu o tym wspominałem, brał mnie za czubka.

 

   Przez 15 lat byłem ojcem nie mojego dziecka. Zostało mi ono sądownie przydzielone bez kompletnie żadnego dowodu. Jak już wszyscy wiedzieli, że dziecko nie jest moje(DNA) kobieta która zniszczyła mi życie została uniewinniona. Na podstawie dowodów, które nie istnieją. A adwokat z urzędu powiedział mi abym się pocałował w d… W jakimś filmie bohater powiedział: „po jednej stronie jest oskarżyciel, po drugiej obrońca. Sędzia powinien być po środku. Na sprawiedliwość nie ma już nigdzie miejsca”.

   Byłem więziony, ścigany przez komornika, twierdzono, że się ukrywam. Zniszczono mi zdrowie w stopniu uniemożliwiającym zrobienie chociażby zakupów w najbliższym sklepiku. Sąd jednak nie widzi powiązania z wyrokiem. O odszkodowaniu według niego powinienem zapomnieć. Bo żeby je dostać to musi być szkoda. W mim wypadku jej niema.  Jeszcze mi kiedyś powiedziano, abym się cieszył, że nie skazano mnie na śmierć. Bo wyrok by prawdopodobnie wykonano. Mój brak winy to sprawa drugoplanowa. Porządek musi jakiś być. Chyba to rozumiem? Szkoda tylko, że tego porządku niema tam gdzie być powinien.

   Mam prośbę. Szykuję listę powodów do odszkodowania. Może komuś przyjdzie coś do głowy co mi umknęło? I z jakiego paragrafu? Oto ta lista:

1-Wyrok w mojej sprawie wydano bez jakichkolwiek dowodów i łamiąc obowiązujące przepisy prawa.  I wbrew jakiejkolwiek logice. Bo na czas poczęcia dziecka miałem alibi. Sąd dowody ukrył i zgodził się z powódką, że  chodziła w ciąży z moim dzieckiem kilka lat.

2- Wielokrotnie wspominałem sądowi o swojej chorobie(nadciśnienie krwi).

3- Sąd wydał nakaz zamknięcia mnie mimo choroby. Moje ciśnienie krwi było  zbijane tabletkami, a gdy to nie pomogło, zastrzykami. Mimo moich protestów. Bo policjantom się spieszyło.

4- Byłem więziony. Starałem się o wcześniejsze zwolnienie z powodu złego stanu zdrowia. Chociaż miałem odpowiednie dokumenty sąd ich nie uwzględnił.

5- Więzienna komisja, która decydowała o wcześniejszym wyjściu stwierdziła , że w więzieniu są odpowiednie warunki do mojego leczenia. Wbrew twierdzeniom lekarza specjalisty. Przez co nie mogłem podjąć odpowiednich kroków w leczeniu: badań i zabiegów.

6- Nie zgadzałem się z powyższym i zgłosiłem sprawę do prokuratury. Prokuratura nie dopatrzyła się jednak żadnych znamion niewłaściwego działania.

7 – Stawałem do  komisji o warunkowe zwolnienie z opóźnieniem. Z opóźnieniem też wyszedłem.

8- W więzieniu byłem przymuszany do zażywania leków. Niewiadomego pochodzenia.

9- Komornik nie uważał postanowienia Sądu za obowiązujące. Dał temu wyraz lekceważąc je.

10- Nie mogę dostać emerytury bo nie pracowałem legalnie.

11- Nie pracowałem legalnie dlatego, że komornik zabierał mi wszystko, zamiast dopuszczalnych przez prawo 60% zarobków. Z tego powodu przez długi czas nie miałem środków nawet na niezbędne mi leki. Pomimo posiadania prawomocnego wyroku stwierdzającego niewłaściwe działania komornika. Nie stać też mnie było nawet na wynajęcie jakiegokolwiek lokum.

12- Mimo tego, że płaciłem alimenty za pośrednictwem komornika to i tak matka dziecka przypisanego mi przez sąd pobierała je także z drugiego źródła. Komornik dał jej zaświadczenie, że żadnych pieniędzy ode mnie nie otrzymuje.

13- Miałem zszarganą opinię w środowisku jako ojciec nie dbający o swoje dziecko. Z tego tytułu odsunęło się ode mnie wielu ludzi.

14- Sądowe sprawy były przewlekane w nieskończoność. Zostało mi przyznane z tego tytułu odszkodowanie.

15- Badania DNA były traktowane przez sąd jako nieistotne dla sprawy. Musiałem ich  w sumie zrobić 3 (trzy). Wiązało się to z wieloletnim, niepotrzebnym przewlekaniem sprawy.

16- Moje działania przez około 15 lat były uwarunkowane tym niesłusznym wyrokiem.

17- Sąd wydał wyrok uniewinniający osobę świadomie i  bezpodstawnie mnie oskarżającą, przez której pomówienia straciłem zdrowie. Opierając się na dowodach, które nigdzie nie istnieją.

18- Adwokat przyznany mi z urzędu potwierdził tylko to co wcześniej stwierdził sędzia. Nie brał nawet pod uwagę tego, że mogą być to informacje niezgodne ze stanem faktycznym.

19- Przez swoje działanie Sąd doprowadził mnie do stanu w jakim się teraz znajduję. Nie mam możliwości samodzielnej egzystencji. Jestem całkowicie zależny od dobrej lub złej woli innych. Nie mam też żadnych możliwości skutecznej rehabilitacji i leczenia. Sąd cynicznie twierdzi, że problemu nie ma , a jeśli jest to niezależnie od jego działania. Gdyby Sąd wykonywał tylko to na co pozwalają przepisy, cała sytuacja by nie miała miejsca.

 

   Nie liczę już od dawna na Polskie sądy. Marzę tylko by jak najprędzej zakończyć tutaj swoje sprawy. Nie to żebym wierzył w sądy międzynarodowe. Mam tylko nadzieję, że nie są aż tak… absurdalne. 

Inne zapisy autora:

0

Bez kategorii
Like

System

25/11/2011
0 Wyświetlenia
0 Komentarze
20 minut czytania
no-cover

Nigdzie tak jak w nauce, nawet w sporcie, nie było widać tej ogromnej pogardy na indywidualnych osiągnięć i wielkich talentów.

0


Nigdzie tak jak w nauce, nawet w sporcie, nie było widać tej ogromnej pogardy na indywidualnych osiągnięć i wielkich talentów. W dziedzinach kluczowych, ważnych dla przemysłu, dla rozwoju techniki, dla ukochanego przez przodujący ustrój postępu, czerwoni przechodzili samych siebie. To już nawet nie były szykany, to była po prostu zimna nienawiść skierowana przeciwko tym, którzy lepiej czytają, szybciej się uczą, potrafią więcej zapamiętać i mają swobodniejszy nieco styl wypowiedzi. Istotę tego o czym mówię łatwo zauważyć widząc jak towarzysz Wiesław zachowuje się w obecności skonstruowanej przez inżyniera Jacka Karpińskiego maszyny do rozwiązywania równań różniczkowych o nazwie AKAT-1. 

Maszyna wygląda imponująco nawet dziś, kiedy oglądamy ją w muzeum techniki, a towarzysz Wiesław jest przy niej niczym Hotentota, który napotkał latający talerz na pustyni i usiłuje nawiązać z nim kontakt werbalny. Podnosi się z miejsca, zaraz siada, znowu się podnosi, kręci głową z niedowierzaniem, pochyla się ku jakiemuś pomniejszemu kacykowi, by ten po cichutku wyjaśnił mu o co chodzi. Stojący przy białej tablicy inżynier spokojnie i prosto tłumaczy towarzyszom Gomułce i Cyrankiewiczowi sposób w jaki działa maszyna i – co zrozumiałe – wywołuje tym popłoch. Gdyby nie świta, która wraz z najwyższymi w państwie dostojnikami pojawiła się w Instytucie Rozwiązywania Podstawowych Problemów Techniki, towarzysze Gomułka i Cyrankiewicz uciekliby stamtąd ile sił w nogach. Maszyna co prawda nie gada, ale na monitorze pojawiają się takie dziwne światełka i coś w środku mruczy. Towarzysze niby wierzą w postęp i uważają, że jest to idea słuszna, ale, cholera, nie przewidzieli, że ten cały postęp jest aż tak postępowy, że idzie to wszystko w tej elektronice tak szybko, że nawet Cyrankiewicz nie rozumie o co chodzi, a wszyscy przecież wiedzą, że bystry z niego chłop i dobrze rozwiązuje krzyżówki. 

Zostawmy na razie towarzyszy dostojników ich własnemu losowi i przyjrzyjmy się inżynierowi, który zbudował tę dziwną maszynę. Człowiek ten nazywa się Jacek Karpiński. Jest elektronikiem, inżynierem, zanim zbudował AKAT-1 stworzył inną dziwną maszynę, która potrafiła przepowiadać pogodę. Było to w roku 1957, w tym samym roku, w którym Polacy pokonali drużynę radziecką na Stadionie Śląskim. Samotny i nieznany nikomu człowiek zbudował maszynę o jakiej nie śniło się wtedy nikomu. Maszyna ta poprawiła przewidywalność prognoz pogody o 10 procent, nazywała się AAH i dziś nikt już o niej nie pamięta. Tak samo jak nikt nie pamięta o jej konstruktorze, inżynierze Karpińskim. Zmarłym niedawno przecież i wstydliwie zmilczanym geniuszu, który nie trafił w swój czas. To znaczy trafił, bo każdy trafia, ale wybuchła wojna i Jacek Karpiński miast rozpocząć naukę w renomowanych szkołach rozpoczął malowanie na murach napisów o treści „Tylko świnie siedzą w kinie” i podobnych. W miarę jak Niemcy czuli się w Warszawie coraz pewniej przybywało młodemu Karpińskiemu zadań do wykonania, w roku 1943 szedł na przykład za wozem drabiniastym, na którym leżały zwłoki. Przez cały czas ręka trupa opadała i „Mały Jacek” – tak brzmiał jego pseudonim – poprawiał tę rękę, układał ją na wozie. Szli tak wiele kilometrów, bo też i zmarły, którego konwojowali nie był byle kim. Nazywał się Tadeusz Zawadzki, a jego konspiracyjny pseudonim brzmiał „Zośka”. 

Rok później, w początkach sierpnia 1944 „Mały Jacek”, przyjaciel Krzysztofa Kamila Baczyńskiego wiózł tramwajem broń i amunicję, kiedy wysiadł z wozu niemiecki snajper trafił go w kręgosłup. Tak się dla przyszłego wynalazcy zakończyło Powstanie Warszawskie. Pełnej władzy nad swoim ciałem nie odzyskał już nigdy, w późnym wieku przestał w ogóle chodzić, poruszał się jedynie po mieszkaniu, a jego skromne dochody nie pozwalały na to, by korzystać z fizjoterapii. Zanim jednak usiadł na wózku inwalidzkim był przez trzy dekady wyrzutem sumienia komunistycznych władz, także tych władz, które siadły za sterami państwa po roku 1989 i nazwały Polskę „wolną wreszcie ojczyzną”, przy czym akcent w zdaniu padał na słowo „wreszcie”. 

W czasie kiedy Jacek Karpiński tłumaczył towarzyszom Gomułce i Cyrankiewiczowi jak działa maszyna do rozwiązywania równań różniczkowych, co miało tyle sensu ile ma próba zmuszenia do wykonania komendy – aport – warana z Komodo, był u progu swojego największego sukcesu, sukcesu który staraniem wielu osób wrażliwych na dobro i los polskiej gospodarki, zamienił się w klęskę totalną. Żeby to jednak zrozumieć, trzeba powiedzieć słów kilka o tym czym były państwa tak zwanej demokracji ludowej. Trzeba to powiedzieć koniecznie, bo wielu już zapomniało, a młodzi w ogóle nie wiedzą czym się do tej „demokracji ludowej” zabrać. Jakim narzędziem. 

Najlepszy byłby karabin, ale poruszamy się teraz po obszarach znacznie subtelniejszych niż pola przez które wędrował pułkownik Jerzy Dąbrowski ścigając bolszewików w roku 1920, właściwym więc narzędziem, będzie to, które każdy z nas ma w domu – komputer. 

W roku 1970 Jacek Karpiński, inżynier z Polski, który miał do dyspozycji siedmioosobowy zespół i piwnice Instytutu Fizyki, zabrał się za konstruowanie nie mniej nie więcej tylko przenośnego, walizkowego komputera właśnie. Takiego peceta, tyle że innego trochę kształtu. Praca nad tym cudem trwała cale trzy lata. Komputer powstał i nosił nazwę K-202. Była to – jak na owe czasy – prawdziwa rewelacja. Pamięć stała, pamięć operacyjna, K-202 był do tego szybszy niż wypuszczone na rynek dziesięć lat później pecety IBM. Można go było zwalić ze stołu na podłogę i nic się nie działo, nie psuł się, można było nań wylać kawę, a urządzenie pracowało nadal. Karpiński zaprezentował je na targach poznańskich, w małym stoisku ustawionym tuż obok dużego boksu firmy produkującej najsłynniejszy ówczesny komputer „Odra”, olbrzymi, mastodontalny twór, który trudno było skojarzyć z tak kochanym przez towarzyszy postępem. Tak się jakoś złożyło, że to przy stoisku Kapińskiego zatrzymał się ówczesny włodarz państwa, towarzysz Gierek, stał tam ponoć całe piętnaście minut i słuchał co Karpiński ma do powiedzenia z uwagą, o którą trudno było podejrzewać Gomułkę i Cyrankiewicza razem wziętych. Potem zaś – co powtarzane jest w anegdotach i artykułach prasowych do znudzenia – zapytał towarzysz Gierek czy Kapiński może produkować swój komputer masowo. Pytanie było głupie i nie na miejscu jak wszystko w systemie, bo przecież w PRL bez zgody towarzyszy z KC nie można było otworzyć warzywniaka, a co dopiero mówić o produkcji jakichś tam mądrych maszyn. Karpiński – o czym także ciągle przypominają jego przyjaciele – zadał towarzyszowi Gierkowi jedno tylko pytanie – a pomożecie? 

Zaambarasowany Gierek, który nie tak dawno sam darł się do robotników z trybuny – pomożecie?!!! Musiał odpowiedzieć tak jak wtedy ci robotnicy – pomożemy! No i na początku rzeczywiście pomagał. Wypuszczono na rynek kilka sztuk, które zostały natychmiast wykupione przez ważne urzędy i administrację wojskową. K-202 wskutek rozmaitych intryg odbywających się poza towarzyszem Gierkiem, który był zapracowany i stale zajęty musiał być produkowany w koprodukcji z Brytyjczykami. Dzięki tym ostatnim właśnie władze nie pozbawiły Karpińskiego pracy przy jego własnym wynalazku, co stać się mogło bardzo łatwo, albowiem w systemie socjalistycznym istotne było nie to czy wynalazca jest geniuszem, ale to czy ma on właściwe powiązania z właściwymi ludźmi. Karpiński, ze względu na to co było powiedziane już na początku, czyli na te rękę trupa zwisającą z wozu, na ten postrzał w kręgosłup oraz ze względu na fakt iż siedział w jednej ławce z Baczyńskim nie miał właściwych powiązań. Jedyne na co mógł liczyć to podziw i szczere uznanie wstrętnych ustrojowi i jego funkcjonariuszom kapitalistów. Oni to zdecydowali, że produkcję osobistego komputera K-202 nadzorował będzie inżynier Jacek Karpiński, a nie ktoś kogo polecą wojewódzkie lub krajowe struktury przodującej organizacji. 

Nie trwało to jednak długo ponieważ cierpliwość istot prymitywnych i zawistnych wyczerpuje się nadzwyczaj szybko. Karpińskiego więc zwolniono, jego papiery i maszyny skonfiskowano, a jego samego wyprowadzono pod karabinami z zakładów Mera, które produkowały jednostkę K-202. Jeśliby ktoś pomyślał, że na miejsce inżyniera, który był osobistym znajomym Krzysztofa Kamila Baczyńskiego wszedł jakiś inny inżynier, który był osobistym znajomym, dajmy na to Maryli Rodowicz, ten jest niestety w błędzie. Nie da się ukraść całej dokumentacji i nie da się jej wdrożyć w życie, tak by ktoś nie wytknął oszustwa palcem. W projekcie brały udział firmy brytyjskie, które na pewno zaprotestowałyby przeciwko takim praktykom. Karpińskiego po prostu odsunięto, jego projekt został zarzucony, a dokumentacja – i to jest w tej historii najważniejsze – stała się przedmiotem wnikliwych studiów uczonych radzieckich, o których cała Polska opowiadała sobie wtedy dowcipy i śpiewała piosenki. Tak jak to było w tych dowcipach i piosenkach wysiłki bratnich mózgów nie poradziły sobie z całością zagadnienia i K-202 nie został skopiowany w Związku Radzieckim tak jak to się działo z innymi wykradanymi na całym świecie projektami. 

Cóż się stało ze zwolnionym Jackiem Karpińskim? Wyjechał gdzieś na Warmię, zamieszkał z żoną w starej chałupie i zaczął hodować kury oraz świnie. Kiedy pytano go co robi przy tych świniach, odpowiadał, że z nimi rozmawia, mówił także, że lepsze są prawdziwe świnie od świń udawanych. Miał także w swoim życiorysie inżynier Karpiński epizod emigracyjny, pracował przez jakiś czas w Szwajcarii w słynnej fabryce magnetofonów inżyniera Kudelskiego. Do kraju wrócił w roku 1990, z taką samą nadzieją jaką mieliśmy wszyscy, że wreszcie doczekaliśmy się wolności. Jak fałszywe było to przeświadczenie Jacek Karpiński przekonał się wkrótce. Uczyniono go co prawda doradcą ministrów Balcerowicza i Olechowskiego, skonstruował robota sterowanego głosem i ręczny skaner do wczytywania tekstu linijka po linijce zwany pen-readerem, ale nikt nie był zainteresowany wdrażaniem jego projektów do produkcji. Lata dziewięćdziesiąte to czas intensywnego psucia polskiego przemysłu, pastwienia się nad polską myślą techniczną, czas propagandy głoszącej, że kapitał nie ma narodowości, że trzeba wszystko sprywatyzować wtedy będzie dobrze. Najpierw sprywatyzowano banki i do jednego z tych sprywatyzowanych banków udał się po kredyt Jacek Karpiński. Kredytu mu udzielono, po czym w okolicznościach nader niejasnych zażądano jego spłaty. Kiedy zaś ta nie nastąpiła, zlicytowano dom Karpińskiego w Aninie. Gdy on sam nie chciał opuścić swojej pracowni mimo, że bank sprzedał już posesję komuś innemu, zerwano dach z tego domu i ludność okoliczna mogła zobaczyć widok rzadki i przerażający, niestety nie zarejestrowany przez nikogo na taśmie filmowej. Oto, geniusz, wynalazca, doradca dwóch ministrów, człowiek znany za granicą, laureat nagród i kawaler krzyży został zlicytowany przez bank. Zerwano dach nad jego głową, a on siedzi nadal przed swoją maszyną liczącą i pracuje chroniąc się przed deszczem za pomocą czarnego parasola. 

Kiedy czytamy artykuły poświęcone temu etapowi życia Jacka Karpińskiego uderza nas forma w jakiś autorzy informują o tej tragedii, o tej grozie i podłości. Oto człowiek, o którym mówiono, że nie trafił w swój czas, bo żył w PRL, państwie inwestującym w przemysł i elektronikę, chce wdrażać swoje wynalazki w państwie polskim, które odcina się od PRL i na około rozgłasza iż jest wolne, sprawiedliwe, praworządne oraz kocha swoich obywateli. Człowiek, który nie mógł pomóc państwu komunistycznemu, bo ono w istocie go nie potrzebowało, chce pomóc temu drugiemu państwu, ale ono także go nie potrzebuje, ono także w istocie swojej nie chce takich Karpińskich, bo oni temu państwu przeszkadzają w jego ważnych planach i zamierzeniach. I nie mówicie mi, że zlicytowano Karpińskiego bo nie płacił. Gdyby swoje pomysły przedstawił w Rosji i był jeszcze do tego Rosjaninem nikt by go nie zlicytował. Nikt by nawet o tym nie pomyślał. 

Niestety nikt nie zarejestrował zachowania się ministrów Balcerowicza i Olechowskiego w obecności robota sterowanego głosem, którego wynalazł Karpiński, tak jak to miało miejsce w przypadku towarzyszy Gomułki i Cyrankiewicza oraz urządzenia AKAT-1. Szkoda, bo jestem pewien, że oba obrazy korespondowałby ze sobą wyraźnie i silnie. 

O Jacku Karpińskim przypomniano sobie jeszcze w roku 2009, kiedy prezydent Kaczyński wręczył mu Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski. Czynność tę powtórzył prezydent Komorowski rok później, tyle, że krzyż wręczony Karpińskiemu w roku 2010 miał zupełnie inny charakter – był odznaczeniem pośmiertnym. Jacek Karpiński, który – by jakoś żyć – produkował witryny internetowe – zmarł 21 lutego 2010 roku. Miał 83 lata.

Tekst jest fragmentem książki "Baśń jak niedźwiedź. Polskie historie" dostępnej na stronie www.coryllus.pl

Inne zapisy autora:

0

Avatar
coryllus

swiatlo szelesci, zmawiaja sie liscie na basn co lasem jak niedzwiedz sie toczy

510 publikacje
0 komentarze
 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

 
Authorization
*
*
Registration
*
*
*
334816