Bez kategorii
Like

Świetlik – życie zawieszone na linie – uzupełnienie cz.2

05/12/2012
526 Wyświetlenia
0 Komentarze
8 minut czytania
no-cover

Poniżej gościnnie tekst Zbyszka Gołębiewskiego, jednego z współzałożycieli SPUW „Gdańsk” d. Świetlik.

0


 

 

Taboret elit politycznych

 
   W książce "Świetlik – życie zawieszone na linie" wiele można wyczytać między wierszami, szczególnie w relacjach tzw. polityków. Moje szczególne zainteresowanie wzbudził tytuł "Kołyska elit politycznych". Nieco pretensjonalny, kreacje mocno na wyrost, bo jakie to elity autor Mirosław Rybicki na okładce książki w czyściutkim kombinezonie a przecież wiadomo, że jego pobyty na linach były tak rzadkie jak fazy księżyca a w tekście wzmianka, że w niezwykle trudnym i niebezpiecznym zleceniu w Jaworznie uczestniczył razem z innymi ludźmi ze świetlikowej "czołówki" czyli Donaldem Tuskiem i Mariuszem Wilkiem. Ta"czołówka" a i wcześniejsze tytułowe elity nieco mnie spięły, bo to niby niewinnie przemycane tak naprawdę segregują ludzi na tych, których warto wspominać i na anonimową resztę. Taka tendencja widoczna jest w kilku innych relacjach (wielu pracowało tylko z Mariuszem Wilkiem i Donaldem Tuskiem) i trochę mi się nie podoba bo "Świetlik z założenia nie miał elit. Wisząc na linach byliśmy totalnie równi" – napisał Grzegorz Lipiński w najcelniejszej-(obok Izy Faltzman) patrząc z dzisiejszej perspektywy – relacji. Czyżby Grzesiu w tym fragmencie się mylił? Myślę,że tak elity jak widać były i to elity samozwańcze.
   Z Mirosławem Rybickim to było w Jaworznie tak, ze zwyczajnie bał się wejść na legar. Wspomina o tym w książce (zbyt delikatnie moim zdaniem) Siwy, który był wtedy brygadzistą. Siwy zlitował się i stosując fundamentalną w pedagogice zasadę stopniowania trudności dał Mirkowi do pomalowania fragment legara z podestu a więc na wysokości może 1m i 10cm.  Mógł to pomalować każdy z pracowników elektrowni w przerwie śniadaniowej z taboretu za niewielką gratyfikację np. za równowartość trzech piw. Siwy w rozmowie ze mną, już po latach wykazywał duże zdziwienie i rozbawienie tym, że M. Rybicki żądał dopisania tego fragmentu do ogólnej liczby godzin które wcześniej wypracował i zapłaty takiej jak za pracę na wysokościach.
   W rozdziale "Kołyska elit politycznych" (skąd wzięła się ta kołyska, w takim kontekście używa się słowa kolebka, widać kołysanie pozostało elitarnym do dziś po dawno minionych czasach Amazonki i Kurkowej). Mirek opowiada, że potem to już robił w najbardziej niedostępnych i niebezpiecznych miejscach a kończył zlecenie jako brygadzista. Nie wiem czy wygryzł wtedy Siwego ale jest to przykład na niezwykłą karierę braci Rybickich w spółdzielni (od taboretu do brygadzisty w czasie jednego zlecenia). Nie garnęli się oni specjalnie do roboty na sznurkach ale cała trójka była we wszystkich możliwych gremiach, różnych zarządach, radach nadzorczych, lewych etatach itp. i to szybko po pojawieniu się w spółdzielni. Rzeczony Mirosław był również redaktorem Informatora Rady Nadzorczej a dziś przeglądając stare wydania można bez trudu dostrzec pewne kłopoty pana redaktora w swobodnym posługiwaniu się językiem polskim. Wyraźnie widać wielką determinację w chwytaniu ważnych przyczółków przy ogólnie mizernych predyspozycjach.
   Wracając do Jaworzna. Te najbardziej trudne i niebezpieczne miejsca to tak naprawdę były szerokie na 50 cm legary, po których można było chodzić praktycznie bez asekuracji i moim zdaniem była to jedna z łatwiejszych prac w jakich uczestniczyłem w czasie 7-letniego pobytu w spółdzielni. W kategorii trudności wysokościowych uznałbym ją za banalną. Mirek nie omieszkał jednak wspomnieć, że w tym niezwykle trudnym i niebezpiecznym zleceniu brali udział oczywiście Mirosław Rybicki, Mariusz Wilk i Donald Tusk. Z tego co pamiętam robotę ciągnęli: Marszałkowski, Neuman, Lipiński, Siwy, Robal, Soczewiński, Walanczewski, Frączkowski, o których w książce niewiele albo wcale. Donald był ale z pewnością nie należał wtedy do żadnej czołówki. Wilka i Rybickiego w ogóle nie pamiętam w kontekście tego zlecenia, widocznie nie wyróżnili się niczym szczególnym. Tak to "inteligenci" wspierając się nawzajem wspinają się na piedestały po plecach fizycznych.
   Co do niebezpieczeństw w naszej pracy i paraliżującego strachu na wysokościach, o których mówi kilka relacji, m.in. wspomniana "Kołyska elit", to wygląda na to, że koledzy demonizują żeby się nobilitować. Wydaje się, że praca na wysokościach do szczególnie niebezpiecznych nie należy w sytuacji gdy możliwa jest asekuracja liną o wytrzymałości 1200 kg lub taśmą o wytrzymałości 400 kg. Ponieważ pracowałem w kilku zawodach określanych często jako ekstremalne (byłem m.in górnikiem, marynarzem, kapitanem jachtowym a i też alpinistą przemysłowym), myślę, że mogę coś o niebezpieczeństwach powiedzieć i uznałbym ją za średnio niebezpieczną. Na pewno nie ma żadnego porównania z pracą górnika gdzie życie zagrożone jest w każdej sekundzie. Nie słyszałem żeby górnicy wydali ostatnio książkę o niebezpieczeństwach swej pracy. Po prostu – taka robota i tyle. Trzeba do niej chodzić 45 lat a potem (a często i przedtem) zapukać do bram. Może otworzą jeśli i to nie jest zarezerwowane dla czołówek i elit.
 
       Zbigniew Gołębiewski
 
0

Roko

Gdanszczanin, urodzony w Sopocie

31 publikacje
0 komentarze
 

Dodaj komentarz

Authorization
*
*
Registration
*
*
*
Password generation
343758