POLSKA
1

Państwowe przedsiębiorstwa

10/02/2019
387 Wyświetlenia
0 Komentarze
11 minut czytania
no-cover

Przed trzydziestu laty nie było wątpliwości, praktycznie wszystkie przedsiębiorstwa były państwowe, chociaż eufemicznie nazywały się „uspołecznione” i obejmowały dwie zasadnicze grupy: -spółdzielcze i państwowe, ale były objęte tym samym systemem planowania, reglamentacji, dyscypliny płacowej i finansowej. Mało kto wie że jednak w PRL istniał potężny koncern przemysłowy będący prywatną własnością, było to „Inco” należące do stowarzyszenia „PAX”, a praktycznie będące w dyspozycji jednego człowieka – Bolesława Piaseckiego. Pamiętam jednak że w sprawie traktowania tego przedsiębiorstwa został wydany specjalny okólnik rządowy w którym zrównuje się prawa „Inco” z przedsiębiorstwami uspołecznionymi w stosunkach handlowych. W zapale „prywatyzacji” likwidowano masowo przedsiębiorstwa państwowe głównie przez sprzedaż za byle co bezpośrednio zagranicznym inwestorom, lub za pośrednictwem podstawionych „słupów” kupujących po możliwie najniższej cenie i natychmiast […]



Przed trzydziestu laty nie było wątpliwości, praktycznie wszystkie przedsiębiorstwa były państwowe, chociaż eufemicznie nazywały się „uspołecznione” i obejmowały dwie zasadnicze grupy: -spółdzielcze i państwowe, ale były objęte tym samym systemem planowania, reglamentacji, dyscypliny płacowej i finansowej.

Mało kto wie że jednak w PRL istniał potężny koncern przemysłowy będący prywatną własnością, było to „Inco” należące do stowarzyszenia „PAX”, a praktycznie będące w dyspozycji jednego człowieka – Bolesława Piaseckiego.

Pamiętam jednak że w sprawie traktowania tego przedsiębiorstwa został wydany specjalny okólnik rządowy w którym zrównuje się prawa „Inco” z przedsiębiorstwami uspołecznionymi w stosunkach handlowych.

W zapale „prywatyzacji” likwidowano masowo przedsiębiorstwa państwowe głównie przez sprzedaż za byle co bezpośrednio zagranicznym inwestorom, lub za pośrednictwem podstawionych „słupów” kupujących po możliwie najniższej cenie i natychmiast odsprzedających  chętnym zagranicznikom zaliczając niejednokrotnie stuprocentowe zyski.

Jeżeli nie było chętnych do zakupu to najczęściej stosowano praktykę likwidacji całkowitej lub pozostawienia w szczątkowej postaci.

Z powszechnej zagłady udało się ocalić petrochemię, większość przemysłu wydobywczego, transportu i niektóre zakłady innych dziedzin.

W sumie pozostało większych zakładów państwowych, lub ze znaczącym udziałem skarbu państwa około 25 % całości w zestawieniu 500 największych zakładów przemysłowych w Polsce.

Mogło to nie mieć większego znaczenia w przypadku odpowiedniego wzrostu całej produkcji naszego przemysłu. Niestety z informacji podanej za rok 2017 wynika że globalna wartość produkcji tych przedsiębiorstw to 707 mld zł w skali rocznej czyli mniej niż jeden amerykański koncern „Apple”.

Pozytywnym objawem polskiej gospodarki jest notowany od kilku lat stały wzrost produkcji, problem polega na tym że liczony jest ten wzrost od bardzo niskiego stanu wyjściowego.

Dokonując przeglądu zestawienia 200 największych polskich przedsiębiorstw stwierdzamy przewagę sektora finansowego i wydobywczo energetycznego, natomiast przemysł przetwórczy, który dominuje u naszych niemieckich sąsiadów i który przynosi im największe zyski, w Polsce jest wyraźnie upośledzony.

Największe przedsiębiorstwo tego przemysłu – chemiczna grupa „Azoty” zajmuje dopiero 14 miejsce  w rankingu, w przemyśle metalowym „Impexmetal” – 45 miejsce, grupa „Kęty” -52, elektromaszynowy: „Amica” – 55, budownictwo : „Polimex – Mostostal” – 62, farmaceutyczny: „TZMO” -53.

Na tym tle nienajgorzej prezentuje się przemysł spożywczy z „Marpexem” – 39 i „Mlekovitą” – 40 miejsce.

Zdziwienie budzi brak zakładów przemysłu motoryzacyjnego z których notowany jest „Solaria” zajmujący 73 miejsce, natomiast nie uwzględniono takich zakładów jak fabryki „Renault” w Polsce, bo polskich zakładów w tej branży już nie ma, chociaż są to przedsiębiorstwa dość duże jak na polskie stosunki.

     

Straciliśmy całkowicie lub niemal całkowicie przemysł stoczniowy, produkcji ciągników, maszyn transportowych, budowlanych i rolnych, produkcję obrabiarek, produkcję aluminium. Zredukowaliśmy produkcję stali, materiałów budowlanych nie mówiąc już o całym przemyśle lekkim.

Wiele z tego nie da się odrobić, ale przecież kraj prawie czterdziestomilionowy z drugim co do obszaru areałem gruntów rolnych w UE potrzebuje ciągników i maszyn rolniczych przede wszystkim dostosowanych do naszych warunków i tańszych aniżeli zachodnio europejskie czy amerykańskie.

Porty z obrotami już powyżej 100 mln ton rocznie też wymagają obsługi polskiej floty, a ogromne potrzeby budownictwa wszelkiego rodzaju polskich maszyn.

Na rynek motoryzacyjny może dałoby się wcisnąć pod warunkiem możliwości wyprodukowania pojazdów z napędem elektrycznym, odpowiedniej jakości i umiarkowanej ceny.

Kto w Polsce mógłby podjąć się odbudowy straconych zakładów przemysłu przetwórczego?

Najłatwiejsza droga to wypróbowana metoda poszukiwania inwestora zagranicznego, wówczas nie trzeba się wysilać, wystarczy zaoferować mu przywileje, a w zamian można liczyć na apanaże.

Tylko że inwestorzy zagraniczni liczą się z określonymi ograniczeniami, pomijając obstrukcyjną rolę administracji unijnej, polska gospodarka znajduje się pod specjalnym nadzorem niemieckim wyznaczającym jej rolę w całym systemie niemieckiego obszaru gospodarczego.

Można liczyć zatem na inwestorów niezależnych od Niemiec czyli w pierwszej kolejności na Stany Zjednoczone i Chiny. Jak dotąd pierwsi nie kwapią się z inwestycjami w Polsce i ustępują nawet tak małym krajom jak Belgia czy Austria.

Można o tym przypomnieć Trumpowi w czasie jego zapowiedzianej wizyty w Polsce.

Chętniejszym z pewnością byłyby Chiny, ale to łączy się z problemami politycznymi znacznie trudniejszymi aniżeli w przypadku amerykańskim.

Ponadto wbrew opinii prezesa NBP Polska jest dość nisko notowana w dziedzinie inwestycji zagranicznych, rocznie przybywa nam z tego tytułu około 13 mld. euro czyli zaledwie ¼ tego co uzyskuje Irlandia i niecałe 5 % USA.

Trzeba zatem skupić się na własnych możliwościach, niestety w Polsce nie ma takich kapitalistów którzy mają możliwości inwestycyjne na odpowiednią skalę, a ci najbogatsi zajmują się głównie lokowaniem pieniędzy poza Polską. Nie mamy kapitalistów przemysłowców.

Pozostaje nam praktyka przedwojenna kiedy to brak własnych kapitalistów był zastępowany przez państwo.

Przy tej okazji warto rozprawić się z mitem „prywatyzacji”, której wyższość nad państwową wywodzi się z bezpośredniej troski i zaangażowania w zarządzanie ze strony właściciela.

Dla małych i średnich przedsiębiorstw promowanych silnie w Polsce jest to możliwe, tylko że światem gospodarki nie one rządzą, a wielkie, międzynarodowe korporacje należące przeważnie do milionów bezimiennych właścicieli akcji. Są one zarządzane na tej samej zasadzie co przedsiębiorstwa państwowe i nie zawsze z wyłączną troską o dobro przedsiębiorstwa. Znane są wypadki gdy prezesi wielkich korporacji „dorabiają” sobie na boku kosztem własnego przedsiębiorstwa.

Choroba „prywatyzacyjna”, która dotknęła tak boleśnie polską gospodarkę doprowadziła do tego że jako „prywatne” przedsiębiorstwo został potraktowany państwowy, francuski „Telecome”, któremu za byle co sprzedano polską telefonię, podobnie jak wpuszczono państwowego „Renaulta” 

Najlepszym rozwiązaniem byłoby zaangażowanie polskich prywatnych kapitałów w współudział z inicjatywą państwową.

Warto zająć się czymś konkretnym co jest potrzebne polskiej gospodarce, jak choćby produkcją tańszych traktorów dla rolnictwa co jest osiągalne przy zwiększeniu produkcji do poziomu przynajmniej 50 – 60 tys. sztuk rocznie.

Wstyd powiedzieć, ale za komuny traktor to była równowartość najwyżej 40 ton żyta i 25 ton pszenicy, a obecnie najtańsze w granicach 60 tys. zł. to niemal 100 ton żyta i 80 ton pszenicy / wg cen skupu w 2018 roku/. Podobnie jest z innymi maszynami rolniczymi.

Inna sprawa że o możliwości nabycia wówczas nie decydowała cena lecz zdobycie przydziału.

Spotkałem się z publikacją że „przyszłością polskiego rolnictwa jest cyfryzacja”, otóż przed wszelkiego rodzaju innowacjami trzeba pomyśleć najpierw o rzeczy dla rolnika najważniejszej, czyli relacji cen czego najlepszym dowodem jest przytoczony przykład ciągników.

Zbliżona  jest sytuacja z maszynami budowlanymi, eksploatujemy drogie maszyny dostarczane przez zagranicznych kontrahentów, bo polskich przedsiębiorców na nie nie stać, ale przecież płacimy za nie w rachunkach za budowę autostrad, czy innych wielkich inwestycji.    

O budownictwie okrętowym pisałem wielokrotnie i mogę tylko powtórzyć że jest to problem zarówno gospodarczy, jak i polityczny z racji naszego położenia i konieczności zabezpieczeń przed uzależnieniem od potężnych sąsiadów.

Jest dostateczna liczba powodów dla których potrzebne są Polsce wielkie zakłady produkcyjne, a forma ich organizacji musi być dostosowana do warunków w jakich obecnie żyjemy. Być może doprowadzą one między innymi do zmiany tych warunków i wówczas nie będzie potrzeby korzystania z państwowej inicjatywy w tworzeniu mocy produkcyjnych.

Inne zapisy autora:

Andrzej Owsinski
Andrzej Owsinski

590 publikacje
0 komentarze
 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

 

319217