28052018Nowości:
   |    Rejestracja

Zrównoważony rozwój – czy przyroda sama sobie nie poradzi?


Od pewnego czasu karierę robi pojęcie zrównoważonego rozwoju.


 

Od pewnego czasu karierę robi pojęcie zrównoważonego rozwoju. W tej koncepcji chodzi głównie o to, żeby tak gospodarować zasobami naturalnymi, aby korzystać ze środowiska na tyle, aby nie umniejszać szans następnych pokoleń na zaspokojenie swoich potrzeb na poziomie co najmniej obecnym. Z tego powodu każe nam się wszystko oszczędzać, chronić przyrodę, straszy nas się, że poprzez spalanie węgla w wyniku efektu cieplarnianego tak się podniesie poziom mórz i oceanów, że woda zaleje lądy, a z drugiej strony grozi nam się niedoborem słodkiej wody. Oczywiście niedobór słodkiej wody dałoby się zażegnać odsalaniem na wielką skalę słonej wody, której jest pod dostatkiem, a wkrótce może być aż nadto, jeśli wizje zwolenników globalnego ocieplenia się ziszczą. Ekolodzy biją na alarm, że ten gatunek ginie, że tamten, że plastikowe odpady zagrażają faunie lądów i oceanów etc. Generalnie nadchodzi armagedon, oczywiście spowodowany ludzkimi rękami. Aż strach patrzeć przez okno. Oczywiście ideolodzy zrównoważonego rozwoju mają pewne pomysły na rozwiązanie problemu. Wciskają nam się na siłę, tak zwane, odnawialne źródła energii, które w ostatecznym rozrachunku mogą przynieść więcej szkody niż pożytku, każą segregować śmieci, przez co bankrutują automatyczne sortownie śmieci i powstaje zastój w rozwoju technologii w tej dziedzinie. Zmuszają nas do stosowania świetlówek i LEDów, ograniczają moc odkurzaczy  itp. Nawet wymyślono jaką ilością wody możemy spłukiwać nasze toalety. Porządek musi być. Na tym nie koniec. Wymyślono, że ludzi na świecie jest za dużo i postanowiono zredukować populację. Jak wiemy z doniesień prasowych zaczęto go już wprowadzać w życie:

„Szczepienia przeciwko tężcowi to ukryta akcja programu kontroli urodzeń. Stosowana szczepionka powoduje bezpłodność – stwierdzili biskupi podczas plenarnego posiedzenia Konferencji Episkopatu Kenii. Hierarchowie zaznaczyli, że popierają akcje szczepień, prowadzoną często przez katolickie ośrodki zdrowia. Wyrazili jednak zaniepokojenie tajnością programu szczepionkowego, realizowanego przeciwko tężcowi. Biskupi otrzymali informacje na temat zawartości ampułek ze szczepionkami, które zostały zbadane przez różne laboratoria krajowe i zagraniczne.
Jak twierdzą biskupi udało im się uzyskać „wiele dowodów na to, że używana w Kenii szczepionka w okresie od marca do października 2014 r. była zatruta hormonem beta-HGG”. Substancja ta spowodowała u wielu kobiet bezpłodność i poronienia.
Biskupi apelują do mieszkańców Kenii, by nie poddawali się obecnym szczepieniom przeciw tężcowi, bo są „przekonani, że program ten realizuje w istocie program kontroli urodzeń”.”

Widać liderzy zrównoważonego rozwoju wzięli się z zapałem do pracy, a zapominają o postępie technologicznym. Jeśli zabraknie jednych zasobów, to ludzie nauczą się wykorzystywać inne. Przyszłym pokoleniom nic się nie stanie.
Moim zdaniem ludzi na świecie nie jest zbyt wielu, lecz są źle wykorzystywani, a ci co nawołują do ograniczenia populacji to ograniczanie powinni zacząć od siebie. Ludzie są zmuszani do walki o przetrwanie, źle lub wcale nie są edukowani. A gdyby te środki, które są przeznaczane na działaczy Agendy 21 i ich różne pomysły związane ze zrównoważonym rozwojem przeznaczyć na edukację i stworzenie potrzebnych ludzkości miejsc pracy, to okazałoby się, że ludzi jest zdecydowanie za mało. Skolonizowane by zostały dna mórz i oceanów i rozpoczęłaby się kolonizacja Księżyca i sąsiednich planet. Taką kolonizację opisałem kiedyś pobieżnie w swojej książce s-f „Inny wariant„.

Powróćmy do przyrody i zastanówmy się czy potrzebny jest jej projekt typu Agenda 21?
Ziemia, według oficjalnej nauki, istnieje już jakieś 4,5 miliarda lat. Życie na Ziemi szacowane jest, według niektórych, na co najmniej 4 miliardy lat.  Ludzkość istnieje około 300 tysięcy lat, a cywilizacja może 12 tysięcy. Przez te cztery miliardy lat życie ziemskie przetrwało niejedno: uderzenia meteorytów, zmiany biegunów magnetycznych, trzęsienia ziemi, gigantyczne powodzie, epoki lodowcowe, wybuchy wulkanów itp. I dalej jest, nic mu się nie stało. Mało tego, wygląda jakby jakaś inteligencja kierowała ewolucją organizmów ziemskich. Zdaje się, że ewolucja zachodzi celowo, a nie przypadkowo. Weźmy pod lupę ten nieszczęsny plastik. Jak się domyślam, we wcześniejszej  historii Ziemi nie było okresu w którym rosłyby drzewa plastikowe, lub istniały cywilizacje, które produkowały plastik i dzięki manipulacjom genetycznym stworzyłyby organizmy zdolne trawić plastik. Więc logicznym jest, że w zapisie genetycznym DNA organizmów ziemskich nie powinno być fragmentów dotyczących trawienia plastików. A tu proszę, „Gazeta Wyborcza” donosi:

„Bakteria, nazwana przez odkrywców Ideonella sakaiensis, jest w stanie całkowicie rozłożyć poli(tereftalan etylenu), potocznie zwany PET. Wykonuje się z niego m.in. butelki do napojów. Nowo odkryty gatunek bakterii wykorzystuje to tworzywo sztuczne jako jedyne źródło węgla – donoszą badacze w najnowszym „Science”.”

Ta sama gazeta donosi również o gąsienicach:

„Badacze włożyli około setki gąsienic barciaka większego do plastikowej torby z brytyjskiego supermarketu. Już po 40 minutach pojawiły się w niej dziury. Po 12 godzinach ważąca kilka gramów torba straciła 92 miligramy plastiku.”

Skoro we wcześniejszej historii naszej planety nie było plastiku, to jak to się stało, że gąsienice i bakterie radzą sobie z tymi materiałami? Musiała nastąpić jakaś celowa mutacja. Jeślibyśmy oparli się na przypadku, to i za milion lat nie powstałaby gąsienica mogąca trawić plastik. Czyli widać, że Matka Ziemia sama sobie radzi bez pomocy orędowników zrównoważonego rozwoju.
W tym przekonaniu utwierdza mnie dzisiejsza wizyta na działce rolnej w Wieliczce, którą odziedziczyłem po ojcu i jestem jej współwłaścicielem w 1/33. Niektóre zdjęcia z działki umieściłem na samym początku artykułu. Działka znajduje się w Wieliczce w terenie zurbanizowanym. To nie są dzikie pola, co pokazuje zdjęcie poniżej.

 Działka jest wąska i długa, więc na jakiś szczególny rozwój flory i fauny nie liczyłem. Nikt nią się nie zajmował od kilkunastu lat. Wcześniej było tam uprawiane zboże. Sąsiedzi mieszkający w pobliżu poinformowali mnie, że zachodzą na nią sarny i lisy. Gdy wszedłem na działkę, po paru krokach spod krzaka wyfrunął bażant. Nie zdążyłem go sfotografować, bo za szybko uciekł. Znalazłem tam wiele mrowisk, najróżniejsze gatunki drzew i krzewów, od iglastych do liściastych, leśnych i owocowych. I to jest prawdziwy las naturalny, nie to co Puszcza Białowieska, która jest dużej części monokulturą świerkową toczoną przez kornika drukarza. Na mojej działce taki szkodnik jest bez szans dzięki bioróżnorodności. Problem Puszczy Białowieskiej jest taki, że wzięli ją pod lupę ekolodzy. Moją działką nikt się nie zajmował i powstał tam nieoczekiwanie rezerwat dzikiej przyrody. Dziś, patrząc na moją działkę po raz kolejny potwierdziłem swoje przekonanie, że teorie spiskowe, które tak uwielbiam, nie są takimi bzdurami na jakie z pozoru wyglądają. Te wszystkie zrównoważone rozwoje, to mity stworzone na potrzeby jakiejś grupy ludzi dążącej do podporządkowania sobie całej ludzkości i wszystkich bogactw Ziemi, żeby tresować plebs i nie pozwolić mu zdrowym rozumem ogarniać świat. Jakiekolwiek nasze działania Ziemi  nie zaszkodzą, a życie przetrwa najgorsze kataklizmy, jakie jesteśmy w stanie sprawić naszymi rękami.

Napisane przez:


 

Podziel się z innymi

Powiązane artykuły

komentarzy 9 dla artykułu "Zrównoważony rozwój – czy przyroda sama sobie nie poradzi?"

  1. SLAWAN napisał(a):

    Tak, Autorze. Życie z pewnością sobie poradzi. Nie wiadomo natomiast, czy również gatunek ludzki. Chyba, że Autor posiadł umiejętność przerabiania dwutlenku siarki lub dwutlenku węgla na składniki odżywcze niczym mieszkańcy obszarów hydrotermalnych na dnie rowów atlantyckich lub rośliny wykorzystujące chlorofil. Problemem jest spłycanie złożonych zagadnień, co zalatuje trochę demagogią. Osobiście nie jestem zwolennikiem warstwy plastikowych smieci wielkości Francji pływającej po Oceanie Spokojnym, jak również nie fascynuje mnie smród palonego plastiku, gdy przejeżdżam zimą przez polskie miasteczka. Nie popadając w lewacką przesadę można chyba uznać, że czyste powietrze lub niezakwaszone oceany są zdroworozsądkowo bardziej bezpieczne dla człowieka. Być może Pańskie tezy też są prawdziwe, ale do ich udowodnienia potrzeba gigantycznego aparatu obliczeniowego i takiej samej gigantycznej wiedzy, którą być może nie jest w stanie posiąść jeden człowiek. W Pańskim artykule nie zauważam, żeby taka wiedza została użyta. Pozdrawiam

  2. Jerzy napisał(a):

    Zgodzę się ze Slawanem że wiele rzeczy zbytnio pan upraszcza. Na przykład te bakterie i gąsienice jedzące plastyk. Nie ma szansy by tak szybko zmutowały się w plastykojady.
    Wytłumaczenie jest chyba znacznie prostrze – węglowodory z których robi się plastyki występują na ziemi od milionów lat i to w gigantycznych ilościach. Gaz, ropa, hydraty (konsystencja wosku) na dnie oceanów… Tym musiały od tysiącleci żywić się te organizmy.

    Zgodzę sie zaś z panem w sprawie Puszczy Białowieskiej. Dla mnie też jest to barbarzyństwo i powinno być karane wieloma latami więzienia.
    Za każdym razem kiedy odwiedzam rodzinne strony (Puszcza Sandomierska) po prostu płakać mi się chce. Te wszystkie szkółki leśne w środku lasu, te wycinane starsze drzewa, usuwane padłe drzewa, przecinki, wycinki, obarierowane kopce mrówek w których z takim zapałem tarzają się dziki i jelenie…
    Tak… leśnicy i naukowcy lepiej wiedzą od dzików co im szkodzi a co nie. Może stąd te „dzicze” zarazy? Bo trzymamy dzikie zwierzęta od tego co „jest dla nich niedobre”?
    No i ta pustka w polskich lasach. Dla mnie niewyobrażalne. Jeszcze gdy mieszkałem w dosłownie w Puszczy Sandomierskiej spotkanie z zającem lub sarną było rarytasem. Sokoła widziałem raz w życiu.
    Jak się to ma do miejsca gdzie mieszkam teraz, w USA? Codzienie chodzę z psem do lasu na skraju miasta. Nie jest to żaden rezerwat. Zwykły las otwarty dla mieszkańców. Lasu strzegą amerykańscy leśnicy zwani „rengerami”. Jedynym zadanie tych lesników jest czuwanie by NIKT niczego w lesie nie tykał. Oni również. Jeśli podczas spaceru nie zobaczę kilku saren, wieczorem szopów praczy, od czasu do czasu kojota przed którym pies zawsze w porę mnie ostrzega i chowa się za mną (taki jest odważny… albo mądry), jastrzębie, sokoły, czasem orzeł i miliony innych mniejszych ptaków i zwierzyny… Każdego dnia.
    Ale jak ten las wygląda? W wielu wielu miejscach bardziej przypomina powalony cyklonem las niż to co z Polski znamy.
    Powalone drzewa leżą dosłownie wszędzie. Leżą aż same do cna nie zmurszeją i nie spruchnieją. Leśne ścieżki co kilkanaście metrów poprzecinane są powalonymi w poprzek konarami. Jedyne co leśnicy robią to przecinają te konary z lewej i prawej strony ścieżki i taki blokujący drogę kloc odsuwają na bok. Żadnego zabierania go z lasu!
    Kiedy mocno wieje trzeba mieć oczy wokół głowy i uciekać na każdy dźwięk trzeszczącego drzewa.
    Niektóre drzewa nie upadają na ziemię tylko wiszą w poprzed ścieżek oparte o drzewa rosnące po drugiej stronie ścieżki. Wyobrażacie sobie to w Posce? Żeby tak to pozostawiać i nic z tym nie robić?
    Chcesz iść do lasu – proszę bardzo, ale robisz to na własną odpowiedzialność.
    Czy pisałem że przez las wije się spora rzeczka, około 30-50 metrów szeroka, co tutaj jest naprawdę małą rzeczką, dlatego nazywa się strumieniem (creek). Drzewa wpadają to tej rzeczki również. Całe brzegi zawalone są pniami, niektóre z nich sięgają środka rzeczki albo jeszcze dalej. Rzeka jest bystra – zwłaszcza po opadach. Naprawdę bystra.
    No i tą właśnie rzeczką latem spławiają się kajakarze. Bardzo wielu kajakarzy dziennie. Wyobrażacie sobie w Polsce, obok miasta, rwąca rzeka po której pływają kajakarze, z której to rzeki nikt nie wyciąga nawet jednego padłego do rzeki pnia?
    Czy były wypadki śmiertelne?
    Były.
    Ale to jest własnie życie. A na życie i przeżycie nikt nikomu nigdy nie dał żadnej gwarancji.
    Chcesz korzystać z przyrody, z natury, to zaakceptuj ryzyko. Siekierę trzymaj z dala od lasu a będziesz go wtedy miał takim jaki zobaczysz jedynie na Alasce, w Amazonii… i to zobaczysz taki las u siebie, pod własnym nosem. Z tysiacami zwierząt które mają w końcu bezpieczny matecznik.
    W lesie nie ma czegoś takiego jak pasożyt. Skoro on tam żyje to znaczy że jest taką samą jego częścią jak zając czy nietoperz. Las się dostosuje. Las przetrwa.

    Niedługo wracam do Polski. Strzeżcie się leśnicy i myśliwi bo będę waszym największym wrogiem. Już robię zdjecia i filmy lasów przy których obecnie mieszkam. Prawdziwych lasów a nie jednostek wojskowych z drzewami równiutko w rzędach i piękną pod nimi ściółką.
    Nie zrozumcie mnie źle – sam lubie polować. Jest jednak różnica między polowaniem a „regulacją populacji” – zwłaszcza tak maciupkiej populacji jaka zasiedla polskie lasy.
    W stanie Michigan gdzie mieszkam żyje kilkakrotnie więcej saren i jeleni niż ludzi. O mniejszym zwierzu nie wspomnę…

    • ▌▌Socjalizm+ niszczy Polskę ▌▌ napisał(a):

      ▌▌Znakomity komentarz! — lepszy od komentowanego tekstu…

      A co do rangersów: polecam bardzo rozczulający obrazek — dokładnie w tym duchu (tylko nie wiem, czy link by tu przeszedł — na razie polecam znaleźć grafikę samodzielnie na podstawie zwrotów „Yosemite junior ranger” lub „Dear park rangers” — zaraz sprawdzę, co da się zdziałać).

      .

      ▌▌Przy okazji: o ile faktycznie o czystość i stan planety powinniśmy się martwić***, o tyle odniosę się do ideologii „zrównoważonego rozwoju”, który jest czystej wody ideologią kasty urzędniczej — pozwalającej w dalszym ciągu pasożytować na społeczeństwie i jeszcze zwiększać skalę łupienia — pod dowolnym, byle skutecznym pretekstem.

      .

      ▌▌Z pewnością to nie będzie żaden rekord, ale przykład, jakich zapewne możnaby podać setki. Mądrzy ludzie wiedzą, że przyroda jest stanem dynamicznym — raz przewagę mają drzewa liściaste, raz iglaste, itd. Jeszcze bardziej to widać w interakcjach z nietrwałą działalnością człowieka.

      No ale urzędnicy, to nie mędrcy — kiedyś zauważyli, że w Warszawie pojawia się coraz więcej srok. I w ramach zrównoważonego rozwoju urzędnicy zdecydowali, że będzie finansowany program… wyszukiwania sroczych gniazd w mieście, docierania do nich podnośnikami, ale żeby sroki nie poniosły poaborcyjnej traumy psychicznej — w miejsce prawdziwych jaj podkładania im plastikowych jajeczek. Gigantyczne pieniądze zarobione w imię „zrównoważonego rozwoju”!

      Tak naprawdę pod hasło można wsadzić niemal wszystko, byle kasa płynęła we właściwą stronę, a podatnicy się nie buntowali. I tyle tej ideologii. Z ochroną przyrody nie ma to wiele wspólnego (za to wiele z pasożytnictwem).

      .

      .

      .

      *** Większość ludzkości wpada tu w pewną ogólnoludzką pułapkę — dziurę poznawczą — która przekracza zdolności ich pojmowania (tak jak powyżej: „potrzeba gigantycznego aparatu obliczeniowego i takiej samej gigantycznej wiedzy, którą być może nie jest w stanie posiąść jeden człowiek”), a na ich miejsce pojawiają się teorie zastępcze. W szczególności dotyczą takich obszarów jak:
      ● możliwość pozytywnego sterowania naturą;
      ● możliwość pozytywnego sterowania gospodarką;
      ● możliwość pozytywnego sterowania procesami społecznymi.

  3. Jerzy napisał(a):

    Wspaniały link. Absolutna rewelacja.
    Założę sie że ani Ciebie ani mnie to nie zdziwiło, ale Polacy w kraju z pewnością uznali by to za żart albo za list osoby chorej psychicznie.
    Co mówi ten list napisany przez dziecko? Przetłumaczę w skrócie tym którzy nie znają angielskiego:

    „Drodzy panowie leśnicy (rangers).
    Byłem w parku Yosemite i przypadkowo wziąłem ze sobą dwa patyki. Wiem że nie powinienem niczego zabierać z parku dlatego odsyłam je z powrotem.
    Proszę zwróćcie je z powrotem naturze.”
    ….
    Do listu przyklejone taśmą dwa patyki.

    ———–
    A ja dorzucę coś od siebie. Byłem na kamping w dużym parku w Kanadzie. Wszyscy ostrzegali by uważać na bluszcz trujący (poison ivy). Straszne paskudztwo. Pokrzywa przy nim to nic.
    Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy jak wygląda to zielsko więc urwałem przez papier jednego listka tego co myślałem że jest tym bluszczem i zapytałem osoby sprzedajacej bilety do parku.
    – Nie, to nie jest bluszcz trujący – odpowiedział
    – A za ten listek dostaje pan 500 dolarów mandatu – dodał.
    W końcu nie dał mandatu bo rozbawiła go moja odpowiedź:
    – 250 nie 500 – mówię – To jest jedynie połowa listka
    ..
    Jest w tym pewien pozorny paradoks: można chodzić, deptać, palić ogniska, biwakować całymi dniami ale nie można niczego celowo niszczyć czy wynosić z lasu. Nawet listka.
    Ale w Ameryce niczego oznacza NICZEGO natomiast prawo jest prawem. Nie tak jak w Polsce….

    • ▌▌Socjalizm+ niszczy Polskę ▌▌ napisał(a):

      ▌▌Dziękuję za kolejny interesujący komentarz — od niewątpliwie równie interesującej osoby (widać co najmniej potwierdzenie prawdy iż „podróże kształcą”… 🙂
      .
      .
      .
      ▌▌Niestety — w efekcie kształtowania przez pokolenia stosunków wobec obcej, narzuconej władzy: zaborów, okupacji i PRL-u wciąż powszechnie mamy mentalność chytrego niewolnika (to chyba z Ziemkiewicza) i — co gorsze — ta mentalność sięga samych szczytów władzy, o czym świadczą chociażby nagrania z Sowa&Przyjaciele (nie mam złudzeń, że teraz jest pod tym względem jakoś znacząco lepiej — to musi być wymiana pokoleniowa***, bo obecnie u władzy jest jedynie inna, może i nawet lepsza opcja, ale wciąż mentalnego PRL — co widać chociażby po cięciu Puszczy na drewno i deski pod pozorem „ratowania przed kornikiem”.
      .
      Nb.: W ostatnio zakończonych ogólnoświatowych badaniach wykazano, iż porównując produkcję biomasy w lasach naturalnych oraz „wspomaganych” przez człowieka w tych drugich bioproduktywność jest ZAWSZE niższa, a W NAJLEPSZYM ZNALEZIONYM PRZYPADKU była o 40% niższa od lasu naturalnego. To się oczywiście przekłada na rozmaitość i bogactwo fauny.
      .
      Niestety — póki co w Polsce jeszcze nie przyszło ogólne opamiętanie (ale demokracja i wolność słowa to wspaniałe narzędzia i np. dzięki temu zaczynamy przynajmniej walczyć ze smogiem — to pierwszy krok do budowy świadomości problemu i jego prawdziwych rozwiązań) — wciąż nie przyszło opamiętanie i władze miast (ale chcą tego sami mieszkańcy!) całą przyrodę na potęgę — przy pomocy kosztownych inwestycji próbują potraktować jak park miejski: równo biedne drzewka, trawka przystrzyżona. Praktycznie nikt nie dostrzega, jak przez to zanika różnorodność biologiczna: z roku na rok narasta za to plaga najbardziej inwazyjnych gatunków: gołębi, szczurów, kleszczy — reszta jest bez szans…
      .
      .
      .
      ▌▌„Ale w Ameryce niczego oznacza NICZEGO natomiast prawo jest prawem. Nie tak jak w Polsce….”

      To jest dodatkowa różnica między anglosaskim prawem dosłownych przypadków, a europejskim prawem interpretacji intencji, które można kształtować wedle potrzeb jak z gumy.
      .
      Ostatnio np. Trybunał UE zawyrokował, że żądane przez KE transporty przymusowych nielegalnych migrantów do podległych sobie dystryktów UE — zupełnie jak niemieckie transporty Żydów do niemieckich obozów koncentracyjnych — są CAŁKOWICIE LEGALNE na podstawie zaledwie dwóch przesłanek:
      .
      ● 1. Są proporcjonalne.
      .
      ● 2. Są skuteczne.
      .
      Nie pada żadna podstawa traktatowa, bo po prostu takiej nie ma — zbędne zawracanie głowy: wystarczy niezłomne przekonanie samego Trybunału.
      .
      Więcej na:
      http://3obieg.pl/europa-makaronowo-makrelowa/
      .
      .
      .
      ▌▌„Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy jak wygląda to zielsko więc urwałem przez papier jednego listka tego co myślałem że jest tym bluszczem”
      .
      Niestety (który raz używam tego słowa?), ale u nas wciąż dominuje myślenie na odwrót. Jestem np. w Ojcowskim Parku Narodowym, ale bez skrępowania dostaję pytania: — „I co, są grzyby?” Głupio mi, bo wiem że jestem dziwolągiem, ale odpowiadam, że tu jest park narodowy i tu niczego nie wolno zbierać („A gadaj sobie, gdzie te grzyby…”)
      .
      Mentalność chytrego niewolnika… — jak zakombinować, ale władzy się nie narazić — bo jednocześnie — w obliczu rozwijającego się pożaru — ci sami ludzie wciąż boją się zadzwonić po straż pożarną (— „A co będzie, jak samo zgaśnie?”)
      .
      A u mnie wszystko na odwrót…
      .
      Aha — w Południowej Polsce takim najprawdziwszym lasem najbardziej pachniało mi u podnóża Babiej Góry (ale chętnie poznam inne typy).
      .
      .
      .
      ▌▌*** „To musi być wymiana pokoleniowa…” — tu ciekawostka: w przekrojowych badaniach światopoglądu wg grup wiekowych w Polsce zaznaczałem swoje odpowiedzi i wyszło, że IM MŁODSI respondenci, tym bliższe mi poglądy na świat — ale to znaczy, że jest nadzieja! 🙂

      • Jerzy napisał(a):

        Zastanawiam się jaki byłby nalepszy sposób na pokazanie Polakom a zwłaszcza włodarzon takim jak pan Szyszko, decydentom, a nawet zwykłym leśniczym – jak wygląda zwykły las w Ameryce. Zwykły, prawdziwy, pozostawiony samemu sobie…las.
        Wciąż nie wiem ale robię zdjęcia i nagrywam filmiki. Kiedyś może…
        Wczoraj byłem jak codzień z psem na spacerze – późny wieczór, wczesna noc. Co przeżyłem tej nocy… aż mi ciarki szły.
        Robiło się ciemno. O sarnach pasących się o tej porze nie ma co wspominać bo to normalne. Weszliśmy głębiej, zrobiło się już zupełnie ciemno. Włączyłem psu światełko na obroży by go widzieć kiedy biega daleko odemnie…
        .
        Nagle wokół mnie jak nie zaczęło coś wyć! Najpierw z jednej strony, potem dołączyła druga strona, trzecia… Auuu, auuuu, auuuuuuu!
        Pies stanął i przyjął postawę bojową ze zjeżoną sierścią, ale sam był zdezorientowany i wyraźnie wiedział że jesteśmy w dupie.
        Otoczeni ze wszystkich stron. Zaczął się cofać tyłem do mnie, powolutku, mając baczenie na wszystko wokól. Kiedy powiedziałem mu „spierdalamy” to nie musiałem mu powtarzać dwa razy choć zawsze to on sam musi przeanalizować moją komendę i zadecydować czy ma ona sens czy nie. Cóż – pies jest polski nie niemiecki więc nie wykonuje komend na ślepo. Tym razem odwrót, a nawet spierdalanie było natychmiastowe, na komendę.
        Po 50-ciu metrach zatrzymałem się. Co ja robię – myślę? Jakby chciały to już dawno by nas zjadły. Zaczęliśmy słuchać. Co to jest? Co to tak wyje?
        Kojoty!
        Nie żeby kojoty nie potrafiły rozszarpać mojego psa, ale nigdy nie słyszeliśmy wyjących kojotów, O co tu chodzi?
        Młode kojoty! To wyły młode kojoty! Wiosenny miot. Wszędzie! Jeden zaczął, wszystkie w całym powiecie podchwyciły.
        Kojotów prakatycznie nie ma w Michigan gdzie mieszkam, ale jak widać jest różnica między polskim „praktycznie” a amerykańskim. W Ameryce widzę kojota kilka razy w roku. W Polsce widziałem wilka jeden raz w życiu (bardzo podobne).
        Co więc zrobiłem? Powiedziałem psu „w tył zwrot”, idziemy jak zawsze na spacer w głąb lasu.
        Nie pasowało mu to ale w końcu zaakceptował że to ja jestem liderem stada i poszedł za mną.
        Dlaczego to zrobiłem?
        Proste. Do tego lasu chodzimy codziennie. Lato, wiosna, zima, jesień – codziennie. Żaden kojot nas nigdy nie zaatakował. A przecież były. Oj były. One zawsze tam są. My najczęściej chodzimy tam nocą. Kojoty nas świetnie widzą a mimo to nie atakowały. Dlatego zrobiłem w tył zwrot i poszliśmy do lasu, jak codziennie, tyle że pomiędzy wyjące szczeniaki kojotów.
        Jedyne niebezpieczeństwo jakie nam groziło to wejście na szczeniaki – wtedy matka by nas rozszrpała stając w ich obronie. Ale przecież kojoty nie mają gniazd na ścieżkach po których chodzi masa ludzi, prawda?
        Kojotów w Michigan „paraktycznie nie ma”. Stosując tę miarkę w Polsce powinno się mówić że „zwierząt w Posce praktycznie nie ma”.
        .
        Oh – kiedy szliśmy, piecho pokazywał mi że są po lewej. Potem że są po prawej. On zawsze w przeszłości pokazywał mi że są i gdzie są, tylko że ja nie wiedziałem o co mu chodziło. Teraz już wiem. I wiem już jak w języku mojego psa jest kojot.
        Jak ja kocham mojego psa. Najmądzrzejszy pies na świecie – Polski Owczarek Nizinny.

Dodaj komentarz

Dodaj komentarz

 

317006