23062018Nowości:
   |    Rejestracja

Święto wiernych obowiązkowi żołnierskiemu


Nie chciałem pisać na ten temat, po prostu dlatego, że w obchodach tego dnia dostrzegam zbyt dużo kontrowersji, a nawet fałszu.


Zmusiła mnie do zabrania głosu ostra krytyka wypowiedzi oficjałów na uroczystościach, którzy rzeczywiście przemawiali standardowo tak samo jak i na innych tego typu okazjach wykazując „jasność myśli niezmąconą jakąkolwiek znajomością rzeczy”.

Zdumiewające jest, że nie odnotowujemy wypowiedzi samych bohaterów tej uroczystości, mimo że z załączonego obrazka kilku jeszcze żyjących zaproszono.

Można to nawet uważać za duże osiągnięcie, bo na przykład na pogrzebie „Inki” i „Zagończyka” nie było nikogo z nich.

Na temat powstańczej walki z okupacją sowiecką pisałem przed dwoma laty również 2 marca uważając, że wybór daty 1 marca, jako „święta żołnierzy wyklętych, lub niezłomnych” nie ma właściwego uzasadnienia i proponując żeby nawiązać do pierwszej większej bitwy tego powstania stoczonej pod Surkontami przez oddziały AK Wileńszczyzny i Nowogródczyzny pod dowództwem „Kotwicza” ppłk Kalenkiewicza.

Była to bowiem pierwsza większa akcja zbrojna przeciwko okupacji i prześladowań sowieckich na terenie Polski.

Współcześni mają najwyraźniej kłopoty z ustaleniem charakteru tej walki, dla nas – jej uczestników nie przedstawia to żadnych trudności.

Mogę posłużyć się własnym przykładem, kiedy po ucieczce z obozu w grudniu 1944 roku znalazłem się pod Warszawą to począwszy od 17 stycznia 1945 roku wylądowałem z kolei pod sowiecką okupacją i natychmiast podążyłem na wschód żeby zameldować się u swego dowództwa.

Po drodze wyczytałem na słupie rozkaz „Niedźwiadka” /gen. Okulickiego/ komendanta głównego AK o rozwiązaniu Armii Krajowej.

Zgłosiłem się do któregoś z wyższych dowódców AK, którzy po powstaniu przebywali pod Warszawą z prośbą o wyjaśnienie niezrozumiałego dla mnie rozkazu.

Wytłumaczono mi, że jest to zabieg formalny zmierzający do uchronienia przed represjami żołnierzy AK.

Powstanie WiN’u na pozostałościach struktury AK wiązało się z zapowiedzią zmiany formy walki z nowym okupantem i stopniowe wycofywanie się z walki zbrojnej.

W praktyce nie było to łatwe ze względu na stan zaawansowania tej walki, a także podstawowy problem: – co robić z ludźmi, którym wyjście z „lasu” groziło natychmiastowe aresztowania z najgorszymi skutkami.

Ostateczny cel walki był oczywisty, było nim wyzwolenie z sowieckiej okupacji i umożliwienie odbudowy niepodległego państwa.

W praktyce zaistniały jednak i inne sprawy wymagające kontynuowania oporu zbrojnego.

W pierwszej kolejności była to ochrona ludności polskiej przed represjami i zwykłymi rabunkami połączonymi niejednokrotnie z morderstwami i gwałtami dokonywanymi zarówno przez Sowietów jak i ich polskojęzycznych wykonawców.

Wprawdzie moja wyprawa na wschód uległa opóźnieniu ze względu na odnowienie rany w nodze, co utrudniało mi chodzenie, ale w końcu w lutym 45 roku udało mi się powędrować, na razie pieszo aż do Tłuszcza skąd ruszały pociągi w kierunku Białegostoku, Grodna, Wilna i Baranowicz.

Już po drodze nocując na jakieś stacyjce w tłoku takich samych podróżnych jak ja zostałem brutalnie obudzony przez sowiecki patrol domagający się wyjścia z nim do „komendantury na prawierku”; odprawiłem ich ruskim słowem, więc dali mi spokój, ale pozostali wezwani poszli z nimi i po chwili posłyszeliśmy odgłosy strzałów i wrzasków. Okazało się, że całe towarzystwo zostało dokładnie ograbione ze wszystkiego, co tylko „bojcom” się spodobało.

Po serdecznym spotkaniu z moim bezpośrednim dowódcą „Jerzym”, „Dzikiem” mjr. Aleksandrem Rybnikiem komendantem obwodu, a następnie inspektoratu białostockiego stwierdziliśmy, że wprawdzie istnieje rozkaz KG AK o rozwiązaniu, ale nas obowiązuje rozkaz komendanta okręgu „Mścisława” nakazujący kontynuowanie walki, jako formacji obywatelskiej AK.

Z powierzonych mi funkcji uznałem za najpilniejszą ochronę ludności przed represjami i pospolitą grabieżą uprawianą przez nowego okupanta.

Wobec braku na tym terenie zorganizowanych większych oddziałów zbrojnych ze względu na demobilizację po akcji „Burza” posługiwałem się doraźnie organizowanymi grupami, których jądro stanowili pozostający stale pod bronią ludzie „spaleni” lub ci, którzy zmienili formacje z LWP na WP i byli ścigani, jako „dezerterzy”.

Taka formuła organizacyjna okazała się bardzo skuteczna w akcji oczyszczania terenu z najrozmaitszych placówek reżymu lubelskiego i sowieckich rabusiów.

Szczególnie dotkliwe to było na obszarze biebrzańskim, gdzie w czasie wojny przechowywało się wielu Żydów. Ubecja białostocka umieściła tam swoje placówki, które zajmowały się rabowaniem pozostawionych przez Żydów dóbr, jako zapłata za przechowanie i wyżywienie, ale rabowano też i wszystko, co się dało mając na względzie, że w czasie wojny te tereny nie były penetrowane przez Niemców, a dostarczały dużo żywności na czarny rynek.

Udało się je wszystkie zlikwidować, a przy okazji natrafiliśmy na rabunkowe zagony sowieckie, którym dość skutecznie wyperswadowaliśmy ten proceder.

Miałem też nietypowe zgłoszenia, jak prośbę ludności białoruskiej o ochronę przed natrętną agitacją sowiecką o przyłączenie do Sowietów względnie emigrację wraz z całym dobytkiem na opustoszałe przez Polaków zamożne wsie za kordonem.

Trzeba było podjąć swoiste polowanie na tych agentów KGB, którzy z jednej strony kusili swoimi propozycjami, a z drugiej zastraszali Białorusinów nie chcących opuścić Polski. Przy okazji można tylko nadmienić, że sami o sobie nigdy nie mówili, że są Białorusinami tylko, że są prawosławni, tak to zresztą w tych stronach jest po dzień dzisiejszy i niech ktoś spróbuje namawiać ich na Białoruś.

Niezależnie od tych „bieżących” potrzeb istniały plany szerszej mobilizacji na wypadek różnych okoliczności w tym i spodziewanej wojny zachodu z Sowietami.

W tym względzie kierowano się konkretnymi oznakami jak przybywający z zagranicy emisariusze, zadania wywiadowcze, a przede wszystkim dostarczane wyposażenie i pieniądze.

Te nadzieje powodowały, że ludzie garnęli się do walki tym bardziej, że zaciskająca się pętla bolszewickiej opresji wywoływała nastroje odwetowe.

Po zakończeniu wojny i powrocie Mikołajczyka do Polski stworzyły się nadzieje na polityczne rozwiązanie naszego położenia, jednakże na wschodzie Polski było to znacznie mniej odczuwalne niż gdzie indziej i tendencja do utrzymywania gotowości bojowej nie osłabła.

Nie mniej latem 1945 roku otrzymałem zadanie poszukiwania miejsc osiedlenia dla ludzi, którym można było wyrobić papiery „repatriacyjne” tworząc odpowiednie ośrodki mobilizacyjne, głównie na ziemiach odzyskanych. Niestety wiele z tych ośrodków zostało zlikwidowane przez ubecję, która pilnie obserwowała, kto i gdzie się osiedla. W ten sposób został zlikwidowany ośrodek na Wybrzeżu i w Sztumie gdzie ja sam dostałem od naszego i Łupaszki rezydenta pana Romanowskiego dom jako rekompensata za utracone mienie, który oczywiście przepadł, co było najmniejszą stratą w zestawieniu z uwięzieniem ludzi.

Akcja rozładowania sił zbrojnych natrafiła w ten sposób na przeszkody podobnie jak próby przedostania się na zachód kończące się najczęściej wpadkami.

Powstała w ten sposób niejako sytuacja przymusowa, paradoksalnie największą gwarancje na przetrwanie dawała partyzantka nie mówiąc o ujawnianiu regularnie kończące się aresztowaniem, katownią i procesami, w których wyrok wieloletniego więzienia był traktowany jako wyjątkowe szczęście.

Na przedłużanie się okresu walki mimo osłabiania nadziei w miarę upływu czasu wpływało wiele czynników, zawsze jednak pozostawała świadomość, że bronimy słusznej sprawy, która prędzej czy później musi zwyciężyć, a dla żołnierza nawet w najgorszym położeniu taka świadomość jest niezbędna.

Napisane przez:


 

Podziel się z innymi

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Dodaj komentarz

 

315836