21052018Nowości:
   |    Rejestracja

Stalinowskie dzieci zadzierają głowy


Kto w końcu zwróci uwagę na ten największy paradoks naszych czasów – dzieci nazistowskich zbrodniarzy pokornie z opuszczoną głową przepraszają za grzechy swych czasem nie widzianych ojców podczas gdy dzieci stalinowskich oprawców mają czelność „robić za” autorytety moralne.


Kolejny pouczający to prof. Henryk Szlajfer.

 

W czwartkowej Popołudniowej rozmowie RMF FM powiedział m.in.:

 

 

 

….Wtedy – student Henryk Szlajfer. Dziś – profesor Henryk Szlajfer. Dla pana Marzec ’68 jest powodem do dumy, czy raczej do polskiego wstydu?

.

Ani jedno, ani drugie. Na pewno nie drugie i na pewno nie „polskiego wstydu”. Tego typu pojęcia są wprowadzone w tej chwili do dialogu społecznego, konfudują, mylą i wprowadzają zamieszanie.

.

Bo to premier mówił wczoraj, że „Marzec ’68 powinien być powodem do dumy, a nie do wstydu”.

.

Ja bym powiedział: niech pan premier – żeby być uprzejmym – zajmie się tymi sprawami, na których prawdopodobnie się zna.

.

A na tym się nie zna? Jest historykiem.

.

A na tym się nie zna. Są różni historycy, różnie przechodziło się przez te studia. Przyjmijmy, że pan premier na tej problematyce się nie zna, bo gdyby się znał, to paru rzeczy – czy paru posunięć – by na pewno nie wykonał. Także mówię: posługiwanie się kategorią duma-wstyd jest trochę mylące. Natomiast jeżeli już miałbym wybierać to bym powiedział tak: jest tu element dumy, nie nawet z samych siebie czy z kolegów, z którymi żeśmy współdziałali. Ta duma wynika z czegoś innego. Ten wiec nie wziął się z powietrza. To nie była iluminacja. Przypominam – zawsze o czym się zapomina – że rok wcześniej na przełomie ‘66-‘67 roku, kiedy pojawiły się pierwsze represje po słynnym zebraniu z Leszkiem Kołakowskim i Krzysztofem Pomianem, wówczas zawieszono nas 9 osób w końcówce. Zostawiono zawieszonego tylko Adama Michnika i mu chciano zrobić drugą komisję dyscyplinarną.

.

I te represje były przez kolejne miesiące i były także po Marcu ’68.

.

Chodziło o coś innego. To był pierwszy moment – w tym ‘67 roku – kiedy ponad tysiąc studentów złożyło podpisy pod listem protestacyjnym. Dołóżmy do tego jeszcze 100 czy 150 pracowników naukowych. To pokazywało, że ten potencjał jest ogromny. Później ta zbiórka podpisów, kiedy wybuchła sprawa „Dziadów”, to jest już ponad tysiąc, 3 tysiące czy ileś podpisów.

.

Prezydent Andrzej Duda dzisiaj do tych, którzy byli pół wieku temu wypędzeni z Polski mówi tak: „Proszę, wybaczcie ówczesnej Polsce”. Czekał pan na takie słowa?

.

Gdyby tego, co dzisiaj powiedział prezydent Duda, nie poprzedzało to wszystko, czego byliśmy świadkami w ostatnich tygodniach, powiedziałbym tak: dobrze się stało, że prezydent Duda takie słowa powiedział.

.

http://www.rmf24.pl/tylko-w-rmf24/popoludniowa-rozmowa/news-prof-szlajfer-gdyby-premier-znal-sie-na-temacie-marca-68-par,nId,2554687#utm_source=paste&utm_medium=paste&utm_campaign=firefox

 

 

Bo przecież wcześniej na nowo rozbuchał się antysemityzm.

 

 

Tym razem rozumiany jako przypominanie, że Marzec’68 w Polsce oznaczał porachunki wewnątrz kompartii

 

 

Towarzysze partyjni wywodzący się z lasu stanęli w opozycji wobec tych, którzy mieli za sobą namaszczenie Józefa Stalina.

 

 

Przypadek chciał, że ci ostatni przegrali.

 

 

O tym, że podział przebiegał nie tyle wg pochodzenia (narodowości czy raczej wyznania przodków) świadczy los takich ludzi jak Borowski. Nie tylko pozostał w Polsce, ale zaczął robić karierę kilka lat później.

.

Włos z głowy nie spadł także Jakubowi Berrmanowi, odpowiedzialnemu za stalinowskie zbrodnie na terenie Polski.

 

Symbol czerwonego kata, Salomon Morel, wyjechał do Izraela dopiero wtedy, gdy w III RP zaczęto drążyć jego stalinowską przeszłość i realnie zagroziła mu odpowiedzialność karna za komunistyczne zbrodnie.

 

 

Zatem samo bycie Żydem nie wystarczało do otrzymania biletu w jedną stronę. Drugi warunkiem musiało być opowiadanie się za stalinowskim układem.

 

 

Przeciw partyzantom Mieczysława Moczara.

 

 

Oddajmy głos prof. Jerzemu Robertowi Nowakowi:

.

Hańba Henryka Szlajfera

.

Jego przyspieszoną karierę dyplomatyczną i szansę na wymarzony awans na ambasadora RP w Waszyngtonie przerwało spadłe nań jak grom z jasnego nieba w 2005 r. oskarżenie o kłamstwo lustracyjne. Z drugiej strony zaskakujące jest, że człowiekowi oskarżonemu o kłamstwo lustracyjne powierzono funkcję dyrektora archiwum w MSZ, gdzie znajduje się przecież tak wiele poufnych i tajnych materiałów. To przecież coś takiego jak oddanie stada owiec pod opiekę wilkowi!

Sam Henryk Szlajfer jest synem żydowskiego ubeka z Wrocławia, a później cenzora z Warszawy Ignacego Szlajfera. Wyraźnie zacierał niegodną przeszłość ojca, akcentując głównie mniej kompromitującą jego rolę jako cenzora. I tak np. w korowskiej „Krytyce” (nr 28-29 z 1988 r.) pisał na s. 30: „Czy wywodziłem się z kręgu ‚prominentów’? Nie sądzę. Cenzor to nie jest stanowisko kojarzone z ‚elitami władzy’. Ojciec był właśnie cenzorem”. Przypomnienie, że ojciec Szlajfera był przedtem oficerem UB, jest szczególnie istotne ze względu na to, że sam Henryk Szlajfer stara się usilnie pomniejszać rolę Żydów-ubeków w swej ogromnie zakłamanej książce „Polacy/Żydzi. Zderzenie stereotypów” (Warszawa 2003, s. 53, 105), nie wiedzieć dlaczego nazwanej przez niego esejem. Cynicznie przemilcza w niej jakże istotny fakt, że w tej sprawie nie pisze akurat z jakiegokolwiek obiektywnego dystansu, w sytuacji gdy jego ojciec był ubekiem. (por. uwagi o roli Ignacego Szlajfera jako żydowskiego ubeka w „Naszej Polsce” z 15 marca 2000 r.). W swoim czasie H. Szlajfer był jednym z głównych kompanów Adama Michnika. Strasznie naraził mu się jednak oraz innym żydowskim kolegom na skutek haniebnego zachowania po marcu 1968 roku. Uwięziony przez SB całkowicie się załamał i potwornie sypał na kolegów podczas moczarowskiego śledztwa. Jego zeznania ogromnie obciążyły wiele uwięzionych osób z ruchu studenckiego. Część z nich potem przez wiele lat nie chciała mu podawać ręki. Warto przytoczyć w tym kontekście fragmenty książki słynnego sowietologa żydowskiego pochodzenia prof. Paula Lendvaiego „Antisemitism in Eastern Europe” (London 1971, s. 105): „Policja bezpieczeństwa posiadała pełne zapisy rozmów czy dyskusji, które miały miejsce w kręgu zwanych ‚grupami komandosów’. Zeznanie złożone przez jednego z najwybitniejszych buntowników studenckich Szlajfera dowodziło, że oni polegali (…) również na informatorach. Czy sam Szlajfer działał jako prowokator podczas styczniowej manifestacji przeciwko zakazowi ‚Dziadów’, czy też został dopiero później zaszantażowany, nie ma większego znaczenia. Co się liczyło, to fakt, że podczas procesu Adama Michnika, Barbary Toruńczyk, Wiktora Góreckiego i jego samego on [tj. H. Szlajfer – JRN] zrobił wszystko co możliwe dla wsparcia wymyślonych oskarżeń prokuratury. Michnik został skazany na 3 lata, Szlajfer i Toruńczyk na 2 lata, a Górecki na 20 miesięcy. Szlajfer został jednak szybko zwolniony już w dwa dni po procesie”.

.
Sam Szlajfer przyznawał po latach na łamach „Krytyki” (nr 28-29 z 1988 r. s. 31-32): „W lutym 1969 r., gdy wychodziłem z więzienia, nie było mi jednak do śmiechu. Wychodziłem bowiem z piętnem tego, który zaprzedał się, wyraził skruchę i został za to odpowiednio wynagrodzony. (…) Wyszedłem z więzienia psychicznie rozbity i jednocześnie z meczącą mnie po dziś dzień zawziętością (…). Z jednej strony tłumione poczucie winy, świadomość, że wszystko rozegrało się w paskudny sposób, z drugiej zaś protest przeciwko narzuconej mi roli ‚kozła ofiarnego’. Konsekwencją była izolacja, a następnie samoizolacja, i przez ponad dwa lata trudności w mówieniu. A przecież (…) należało iść do ludzi i powiedzieć ‚przepraszam’. Trzeba było iść do wszystkich – i tych, jak Adam i Karol, i tych, jak Irena L. i Basia T. (…). Trzeba było powiedzieć ‚przepraszam’, ponieważ pokój oficera śledczego czy też sala sądowa nie są właściwym miejscem do prowadzenia rozrachunków politycznych i dysput teoriopoznawczych (…). Po dziś dzień nie wiem, dlaczego po wyjściu z więzienia nie powiedziałem tego słowa. Przecież wiedziałem, jak ludzie odebrali moją postawę w śledztwie i w sądzie (…). Liczyło się to, że stanąwszy przed sądem, nie powiedziałem: odwołuję wszystkie moje zeznania, i kropka. Liczyło się to, że różnice stały się w rękach prokuratora i SB narzędziem manipulacji. (…) Nie potrafiłem powiedzieć przepraszam (…)”.
Henryk Szlajfer przyznawał również (s. 36): „Z Adamem [przypuszczalnie chodzi o A. Michnika – JRN], z którym byłem najbardziej zaprzyjaźniony, nie spotkałem się do 1980 r.”. I to najlepiej pokazuje rozmiary izolacji, jaka spotkała Szlajfera nawet we własnym środowisku żydowskim z powodu jego haniebnych zeznań. Przypuszczalnie to zadecydowało, że nie awansował po 1989 r. na wysokie stanowisko, jak stało się to z licznymi jego kolegami – byłymi żydowskimi „komandosami”. Minister Krzysztof Skubiszewski zrobił go jedynie wicedyrektorem Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych, co i tak było o wiele za wysoko dla Szlajfera mającego wówczas niewielki dorobek naukowy.
Potem Skubiszewski mianował go nawet p.o. dyrektorem PISM. Chociaż był tylko doktorem, zarządzał dzięki temu czołowym polskim instytutem zajmującym się badaniami problematyki międzynarodowej, w którym pracowało wielu badaczy z o wiele większym od niego dorobkiem i wyższymi od niego stopniami naukowymi (profesorów i doktorów habilitowanych). Stał się posłusznym narzędziem Skubiszewskiego w likwidowaniu PISM, „grabarzem” tego instytutu, działając dla przekształcenia go z niezależnego instytutu naukowego w wyłącznie departament MSZ. Szlajfer skorzystał na tym osobiście, zostawszy dyrektorem PISM jako departamentu. Poprzednio jako tylko doktor nie miał żadnych szans na zostanie na trwałe dyrektorem PISM jako odrębnego instytutu naukowego. Przeprowadził przy tym dokładną czystkę PISM z niewygodnych mu pracowników, starannie dbając, by na ich miejsce weszli wyłącznie dobrani przez niego „internacjonaliści – Europejczycy”. Tak oczyszczono PISM z badaczy troszczących się o obronę polskiego interesu narodowego.
Odtąd zaczęły się przyspieszone awanse Szlajfera. Według zapisków „Notesu dyplomatycznego” sygnowanego przez „attaché” w „Przeglądzie” z 21 stycznia 2007 r., Szlajfer „pisał przemówienia Geremkowi” i był strategiem jego polityki. Według innych zapisków tegoż „attaché” („Przegląd” z 11 kwietnia 2004 r.), Szlajfer „był prawą ręką Bronisława Geremka” i przez lata prowadził Departament Planowania i Analiz. W 2000 r. został (do 2004 r.) stałym przedstawicielem Polski przy Biurze Narodów Zjednoczonych i Organizacjach Międzynarodowych oraz stałym przedstawicielem – szefem misji Rzeczypospolitej Polskiej przy OBWE w Wiedniu w randze ambasadora. Przez lata miał przy tym szczególnie dobranego współpracownika – pułkownika Świetlickiego. Jak opisywał „attaché” w „Przeglądzie” z 11 kwietnia 2004 r.: „Szlajfer – Świetlicki to duet godny MSZ-owskiej powieści. Pierwszy jest człowiekiem demokratycznej opozycji, drugi pułkownikiem polskiego wojska, a raczej jego pewnej służby, który został wojskowym emerytem, a potem rozpoczął karierę w MSZ. Nagle pojawił się u Szlajfera w DPiA jako jego człowiek i jego zastępca. Jakim cudem? (…) Obu panom jest razem świetnie. Najpierw całe lata byli w Departamencie Analiz, choć trudno uznać, by pan pułkownik miał predyspozycje do pracy w tej komórce. Potem Szlajfer wyjechał do Wiednia i natychmiast wziął na zastępcę Świetlickiego”.

.
W 2005 r. pod koniec rządów postkomunistów z SLD Szlajferowi trafiła się niesłychana gratka. Postkomuniści uznali go – byłego opozycjonistę, za najdogodniejszego kandydata do reprezentowania III RP jako ambasador w USA. Był to wybór niesłychany. Na najważniejsze stanowisko ambasadorskie wysyłano właśnie Szlajfera. To on miał utrzymywać kontakty z największą Polonią w świecie, tak patriotyczną, tak katolicką i tak antykomunistyczną. Wysyłano do tego typu kontaktów człowieka znanego z uprzedzeń do polskiej historii, znanego z niewybrednych ataków na obrońców polskości i zajadłego tropiciela „polskiego nacjonalizmu”. Dość przypomnieć jego obrzydliwą napaść na broniących prawdy o Polsce profesorów Zbigniewa Musiała i Bogusława Wolniewicza w książce „Polacy/Żydzi. Zderzenie stereotypów” (Warszawa 2003, s. 105-106). Dodajmy, że Szlajfer, pełen uprzedzeń do Kościoła katolickiego, był w 1992 r. współautorem oszczerczego antykatolickiego tekstu, drukowanego w „East European Reporter” (nr z maja-czerwca 1992 r.). Tekst ten pod jakże wymownym jednoznacznym tytułem „Is the Catholic Church a threat to democracy?” („Czy Kościół katolicki jest zagrożeniem dla demokracji?”) zawierał grubiańskie oszczercze oskarżenia pod adresem Kościoła katolickiego w Polsce. Stwierdzano tam m.in. (s. 20), że „(…) obecna polityka Kościoła polskiego jest nie do pogodzenia z naszą wizją demokratycznego porządku politycznego (…). Sprawa polega na tym, że poprzez swój obecny triumfalizm i ekspansjonizm Kościół prawdopodobnie stacza ostatnią desperacką walkę w obronie starej historycznej Polski (…). Kościół musi się zmienić. Jedyne punkty w tej debacie to, jak to długo będzie trwało i jakie będą społeczne koszty transformacji”. I takiego to człowieka pełnego uprzedzeń do Kościoła katolickiego miano wysłać na tak odpowiedzialne stanowisko ambasadora w USA!

 

Nagle Szlajfer dostał cios z niespodziewanej strony. Jeden z naukowców amerykańskich oskarżył go o współpracę z SB. Potem przyszła cała fala oskarżeń o „kłamstwo lustracyjne”. Nawet w wybraniającej Szlajfera „Gazecie Wyborczej” przytoczono w tekście Wojciecha Czuchnowskiego „Telewizja lustruje Szlajfera” (nr z 15 czerwca 2005 r.) niektóre niezbyt wygodne dla Szlajfera fakty. Znalazła się wśród nich wypowiedź prof. Jerzego Eislera z IPN, skądinąd związanego z michnikowcami, iż: „(…) podczas pobytu w areszcie Szlajfer pod presją SB złożył obszerne zeznania. Notatki, które wtedy robił, podobnie jak jego zeznania, służyły jako materiał dla prokuratora. Wykorzystywane też były wielokrotnie przez komunistyczną propagandę” – mówi Eisler. (…) Podlegał ostracyzmowi – miano mu za złe jego postawę w śledztwie, tym bardziej że w odróżnieniu od niektórych nie przeprosił za to, jak się zachował – tłumaczy Eisler.

 

 

(J.R. Nowak – Czerwone dynastie w SZ)

 

 

Na co liczą ludzie pokroju Szlajferta? Na zbiorowy zanik pamięci, wywołany m.in. „pracą organiczną” jego kumpla sprzed pół wieku Adama Michnika?

.

Ale przecież salonowy poeta Czesław Miłosz pisał wyraźnie:

.

Który skrzywdziłeś człowieka prostego

Śmiechem nad krzywdą jego wybuchając,

Gromadę błaznów koło siebie mając

Na pomieszanie dobrego i złego, 

.

Choćby przed tobą wszyscy się kłonili

Cnotę i mądrość tobie przypisując,

Złote medale na twoją cześć kując,

Radzi że jeszcze dzień jeden przeżyli, 

.

Nie bądź bezpieczny. Poeta pamięta.

Możesz go zabić – narodzi się nowy.

Spisane będą czyny i rozmowy. 

.

Lepszy dla ciebie byłby świt zimowy

I sznur i gałąź pod ciężarem zgięta.

 

 

Oto Polska prawie 30 lat po odzyskaniu niepodległości.

 

Pomieszanie dobrego i złego.

 

Szlajfer robiący za kolejny autorytet i protesty oPOzycji wobec planowanej degradacji Jaruzelskiego i Kiszczaka…

.

A to tylko jeden dzień z wielu.

 

9.03 2018

 

Napisane przez:


 

Podziel się z innymi

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Dodaj komentarz

 

316083