Bez kategorii
Like

Wspominanie delegacji Tu-154. ostatnie chwile, godziny, dni

01/05/2012
167 Wyświetlenia
0 Komentarze
33 minut czytania
no-cover

Tekst traktuje o bardzo istotnych aspektach tragedii „smoleńskiej” do niedawna prawie nie podnoszonych.
CyprianPolak,

0


tu15402.jpg

Kraj

Tekst
niniejszy liczy blisko osiemnaście tysięcy znaków, czyli 10 stron
znormalizowanego maszynopisu. Proponuję zatem zrobić sobie herbatę , lub
zostawić tekst na luźniejszy czas wieczorem. Aczkolwiek tekst, sądzę, czyta się
dość łatwo (choć z drugiej strony wszystko co dotyczy tematyki „smoleńskiej”
nie jest łatwe ani przyjemne) to jednak nie warto tego robić w ten sposób aby
przelecieć tekst. Nie da się go przeczytać w ten sposób, poza tym wiele rzeczy
umknie także i dlatego że jego istota w znacznej części zawiera się w formie.
Tekst zaś traktuje o bardzo istotnych aspektach tragedii „smoleńskiej” do
niedawna prawie nie podnoszonych.
 
 
Jest
tak, że jeśli umrze jakaś osoba wspominamy w sposób szczególny jej ostatnie
godziny, dni. Robią to osoby bliskie i dalsze. Mówi ktoś na przykład: „Przedwczoraj z nią rozmawiałem!” mając na myśli zaskoczenie wobec
niespodziewanej śmierci. Niespodziewanej, ale naturalnej śmierci w wyniku
utajonej choroby, bądź jej nawrotu. Tak jest w przypadku osoby prywatnej,
szarego człowieka z sąsiedztwa.
 
Podobnie wspominamy jeśli śmierć jest tragiczna,
aczkolwiek będąca oczywistym wypadkiem na przykład kilkorga dziewiętnastolatków
wracających samochodem z dyskoteki z miasteczka do swojej wioski, jadących z
szybkością 170 h i uderzających w drzewo.
 
W tych powyższych przypadkach znajdzie się na pewno
wiele wspomnień w gronie najbliższych osób. Będą bliższe i dalsze, ale nie
zabraknie wspomnień z ostatnich godzin, z ostatnich dni
.
 
Jeszcze większa uwaga będzie zwrócona na relacje
świadków widzących ostatni raz daną osobę jeśli poniesie ona śmierć w
niewyjaśnionych okolicznościach.
 Zwrócona przez policję i
innych śledczych, o ile oczywiście nie ulega żadnym sugestiom, naciskom,
poleceniom, co zakładamy ad hoc, aczkolwiek wiemy że nie zawsze tak bywa. Wtedy
badane jest dokładnie kto ostatni widział denata, z kim się ten widywał
przez ostatnie godziny, szczególnie ostatnią dobę. Co denat robił przez ostatni
czas. Jest też takie żelazne określenie „48 godzin” – czyli dwie ostatnie doby
szczególnie ważne. Słyszymy często, ostatnie dwa dni. Gdy potrzeba cofamy się
bardziej wstecz, gdy o danej osobie nie mamy żadnych informacji. Więc po tych
żelaznych 48 godzinach przede wszystkim dzień trzeci i gdy trzeba następne.
 
Jeśli ktoś uważa że ma zbyt małe pojęcie o pracy
policji w tego typu przypadkach biorąc pod uwagę tzw. real z łatwością
przypomni sobie oglądane filmy i seriale kryminalne, w których to nie raz mógł
zobaczyć, a także programy typu „997”.
 
W przypadku osób publicznych przekładnia zainteresowania
zwykłych zjadaczy chleba związana jest z mediami. Ponieważ (rzecz oczywista)
społeczeństwo znające osobę publiczną z mediów gdy żyła tylko za pomocą nich
może dowiadywać się czegoś o niej po śmierci.
 
A więc najprostsze działanie mediów jest takie:
Im większe jest
 zapotrzebowanie społeczne tym więcej przekazuje
społeczeństwu informacji o nieżyjącej osobie.
 Z naturalnych przyczyn biorą
górę informacje z ostatnich godzin, ostatnich dni.
 Dla mediów z kilku
powodów: najlepiej pamiętają je świadkowie kontaktujący się z nieżyjącym/ą w
ostatnich chwilach, godzinach przed śmiercią, ostatnim dniu, dodatkowo
najbardziej przeżywają te godziny, ostatnie dni, więc media mają szczególnie
wzruszający materiał, autentyczny, świeży, a jak wiemy taki materiał zwiększa
oglądalność, więc o taki materiał choćby z powodów merkantylnych im chodzi.
Ponadto świadkowie pamiętają na świeżo ważne rzeczy, lub choćby atrakcyjne
medialnie szczegóły, które można podać w sposób skondensowany i wyrazisty.
 
Ilość i intensywność takich przekazów medialnych
zależy od atrakcyjności nieżyjącej osoby dla odbiorców mediów. Jeśli jest
bardzo duża oczywiście materiałów będzie dużo.
 
Mamy też sytuacje wyjątkowe gdy telewizje w
przypadku śmierci jakiejś wyjątkowo ważnej osoby dla państwa zmieniają nawet
ramówkę.
 
Tak bywa zwłaszcza w wypadku szczególnie
poruszającej zbiorowej śmierci, tragedii. Znamy taki przypadek z 11 września
2001 gdy nie tylko amerykańskie, ale telewizje całego świata zmieniały swoją
ramówkę, bądź poświęcały tylko temu prawie czas kanały informacyjne.
 
W naszej smoleńskiej tragedii (jak wiadomo uznaną
za wyjątkową w dziejach świata nie tylko przez nasz sejm, ale i odległe państwa
ustanawiające na przykład jak Brazylia bezprecedensową w przypadku obcego
państwa trzydniową żałobę) postacią na której skupiła się główna uwaga Polaków
był śp. prezydent Lech Kaczyński. Uwaga była, stała się, jak też wiemy
wyjątkowa i zaowocowała hołdem setek tysięcy zmierzających do pałacu
prezydenckiego. Różnego rodzaju media szukały nieemitowanych zwłaszcza
materiałów
 z Lechem Kaczyńskim i ogólnie z para prezydencką, a prasa
i wydawnictwa przygotowywały albumy.
 
Ponieważ znamienitych osób które zginęły było wiele
i mogło w przypadku którejś dojść do prezentowania śladowej informacji o niej i
byłoby to czymś naturalnym (choć swoją droga można było się spodziewać o każdej
filmu dokumentalnego, lub przynajmniej dłuższego reportażu) skupmy się na
prezydencie.
 
Było oczywistym że zostanie pokazany przede
wszystkim
 (tu w kontekście całej delegacji)odlot
Tupolewa z lotniska na
 Okęciu połączony z wsiadaniem delegacji do
samolotu.
 Najbardziej medialnie nośne są ostatnie chwile człowieka, które
udaje się pokazać (zwłaszcza gdy wsiada do samolotu, który ulega katastrofie).
 
I telewizje (a przynajmniej tvp bo inne oglądałem
wyrywkowo) spełniały to oczekiwanie…choć nie do końca.
 
No właśnie jak pokazywały ostatnie chwile delegacji
w tym przede wszystkim prezydenta? Pokazywały, trzeba stwierdzić, nie raz,
pokazywały jako powtarzającą się migawkę wchodzenie prezydenta po schodkach do
wnętrza Tupolewa. Krótki był to fragment i tylko na schodkach. Prezentowany w
czerni i bieli przeniknięty nastrojową muzyką. O ile pamiętam prezydent
zatrzymuje się przed włazem i macha ręką. Macha ręką do stojących na lotnisku
odprowadzających, żegnających. Symboliczna wymowa była taka (i taka też była
intencja pokazujących i nasza w odbiorze) iż to ostatni gest prezydenta
skierowany do Polaków.
 
I ja i wielu na pewno czuło pewien niedosyt. Ale
czyż można było się nad tym zastanawiać dlaczego widzimy tylko prezydenta i
tylko na krótkim fragmencie puszczanym w kółko, jakby nie było więcej
materiału? Niejeden był zdziwiony trochę, ale zdziwienie przytłumiały emocje i
żałoba i nie pozwalały mu się rozwinąć.
 
Jeśli bowiem telewizja czy też serwis prasowy
prezydenta (wtedy nie wiedzieliśmy że serwisu prasowego prezydenta nie było ani
na Okęciu, ani w Smoleńsku) która nakręciła ten film, ten krótki fragment, tyle
nam pokazała to uznaliśmy że tyle zostało nakręcone. Po prostu takie robocze sfilmowanie
archiwizujące. To czy rzeczywiście tylko tyle materiału się kręci z wylotu
głowy państwa za granicę nie mówiąc o wyjątkowości delegacji nie
zastanawialiśmy się. Być może zastanowiły się nad tym osoby zawodowo
filmowaniem się zajmujące, ale nam nie powiedziały. Wydawało się też nam
intuicyjnie że jest to prezydent na trapie z innej wizyty. Zaś pokazany dlatego
że chodziło o symbol. Wszak prezydent wchodzący po schodkach trapu wygląda
tak samo niezależnie od tego czy jest to wylot sfilmowany w dniu 10 kwietnia
2010, czy na przykład
 udający się z wizytą w podróż zagraniczną kilka
miesięcy wcześniej.
 A dlaczego by nie miano pokazać prezydenta na trapie z
10 kwietnia, a pokazywać z innego czasu? Nad tym się nie zastanawialiśmy. Czy
była do tego głowa? To tak jakby zastanawiać się na pogrzebie dlaczego odcień
lakieru trumny jest taki a nie inny, albo dlaczego gospodyni (która znamy)
robiąc stypę w domu wyciągnęła nie ten serwis obiadowy, którego się
spodziewaliśmy, tylko inny.
 
W takim więc wspominaniu szczególnie cenne były
osoby, których oczom były znane ostatnie chwile prezydenta i delegacji.

Ostatnie znane ludzkim oczom, bo wiedzieliśmy że prezydent i delegacja mieli
przed sobą .. (no właśnie, bo dokładnie nie wiedzieliśmy ile) jeszcze godzinę,
półtorej, dwie godziny życia? W każdym razie tyle ile się leci do Smoleńska.
Zresztą nad tym się nie zastanawialiśmy jak i nad standardami związanymi z
podróżą samolotem. Oczywiście można by się spodziewać sytuacji, w której spiker
pokazuje odrywający się od pasa startowego samolot i mówi że pasażerom zostało
(na przykład) około 85 minut życia, bo na podobną rzecz każdy kiedyś tam w
kinie, w telewizji, w radio się natknął, ale przecież nie musiało tak być. Poza
tym brzmiałoby to może: pretensjonalnie? (o ile w tej sytuacji byłoby to
odpowiednie słowo).
 
Można by się więc spodziewać jakiejś sytuacji w
której medialnie dłużej pobędziemy na lotnisku Okęcie i będziemy widzami
ostatnich chwil Głównego Pasażera i innych pasażerów na polskiej ziemi. A
także rekonstrukcji takiego pożegnania jeśliby nakręcony materiał byłby znikomy
(bo jak wyżej nie wiedzieliśmy ile… etc.).
 
Wróćmy do prezydenta na schodkach trapu. Mieliśmy
pierwszego świadka Polaka Sławomira Wiśniewskiego na miejscu tragedii
montażystę i przypadkowego kamerzystę katastrofy. Analogicznie takim podobnym
świadkiem byłby kamerzysta filmujący prezydenta na schodkach trapu. Choć tu
rzecz jasna nie tak unikalnym bo prezydent przecież odwracając się i
pozdrawiając ręką nie pozdrawia tylko kamerzysty. Pozdrawia delegację, która
stoi na lotnisku. Mógł więc kamerzysta
ze wzruszeniem przed kamerami opowiadać jak to ostatni filmował śp. prezydenta
Lecha Kaczyńskiego (i resztę delegacji chyba…). No ale póki co tylko
prezydent z delegacji by wystarczał. Jednak tego sentymentalnego świadka (bo
nie dowodowego jak Sławomir Wiśniewski) zlekceważono. (Ba, nie znamy nawet jego
nazwiska.) A takich wspomnień
sentymentalnych (choć nie z ostatnich chwil, godzin, poprzedniego dnia na
polskiej ziemi) było dość dużo.
 
Telewizje jak wiadomo pokazują zwykle materiał
obrobiony, ale czynią wyjątki gdy materiału filmowego jest mało, lub gdy jest
wyjątkowy. Trudno przypuszczać by jakiś kamerzysta filmujący w ramach swego
zawodu ( czyli jak to się mówi inaczej –profesjonalny) odlot prezydenta skręcił
go tylko na schodkach trapu i do tego na ich fragmencie. No, ale tym razem
nie poznaliśmy pozostałych fragmentów filmu z tak cennych dla zbiorowej pamięci
ostatnich chwil prezydenta na polskiej ziemi.
 Każdy skrawek takiego filmu
był cenny i pożądany.
 
Skoro już wiemy że prezydent machał ręką nie tylko,
a nawet przede wszystkim nie do kamerzysty to odważymy się zadać niedyskretne
pytanie do kogo machał? (choć wiemy że symbolicznie do nas) Musiał ktoś być
jeszcze na tym lotnisku.
 
Czy przypominają sobie państwo rozmowy z osobami
odprowadzającymi prezydenta a znajdującymi się na lotnisku emitowane w TVP, TVP
info i innych mediach. Emitowane zaraz po katastrofie i w pierwszych dniach?
Nikt sobie nie przypomni (chociaż kto wie, czasami tak bywa że im dalej w czas
tym więcej świadków) bo ich nie było.
 
Ostatnie spojrzenie prezydenta skierowane w stronę
konkretnej grupy ludzi, a my je lekceważymy. Być to mogło?
 
Zachowania mediów tym kontekście nie będziemy
rozgryzać bo niezrozumiałe. Ale czy w dzisiejszym świecie ludzie będący w
centrum wydarzeń muszą koniecznie czekać aż jakieś łaskawe media podejdą do nich, zwłaszcza gdy
są depozytariuszami ostatnich chwil głowy państwa? Na pewno nie. Zawsze jakieś
media przyjdą do nich. A nawet gdyby (ale tego w pierwszych dniach po
katastrofie nie widzieliśmy) stosowały klucz polityczny to przecież są TV
Trwam, Radio Maryja, Nasz dziennik, jest jeszcze internet gdzie można choćby na
gorąco zamieścić dokładne wspomnienie ostatnich chwil, dwóch trzech dni, ich
służbowych części spędzonych u boku prezydenta. Odprowadzający delegację do
których Lech Kaczyński machał ręką mieliby więc gdzie zaprezentować swoje
wspomnienia z lotniska, gdyby uchowaj Boże ( a czego jak wiemy nie było w
pierwszych dniach) nastąpił jakiś medialny bojkot pamięci prezydenta.
 
Dziwnym trafem nie zaprezentowano nam w owym czasie
składu delegacji odprowadzającej prezydenta, 
ale w natłoku
wrażeń to nam umknęło. Mogło też umknąć telewizjom, choć z drugiej strony
musiały trzymać rękę na pulsie zapełniając swój czas antenowy wieloma rozmowami
ze znającymi różnych członków delegacji. Tak mi się przy tej okazji wydaje że
nie było żadnych, lub prawie żadnych generałów wspominających swoich kolegów.
No, ale może tylko mi się tak wydaje.
 
Tak więc chętnym uchem łowiliśmy wspomnienia o
różnych znamienitych osobach naszego państwa, ale wspomnień odprowadzających (
co jak się pisze przeoczyliśmy) nie zaznaliśmy.
 
No dobrze, a jaki jest ten skład delegacji
odprowadzającej prezydenta, generałów, parlamentarzystów, innych na lotnisko?
Skoro media się nim z nami nie podzieliły to zapytajmy najważniejszą osobę
związaną z prezydentem po śmierci ministra Stasiaka, ministra Sasina.
 
Parlamentarnego
Zespółu ds. Zbadania Przyczyn Katastrofy TU-154M z 10.IV.2010 r. z dnia
22-09-2010 na które został zaproszony
minister Sasin.
 
Poseł Zbigniew Kozak zadaje następujące pytania:
Panie ministrze, ja mam trzy pytania.
Pierwsze, to jest, kto odprowadzał pana
prezydenta na lotnisko?
 
( W zamierzeniu trzcionka jest jednakowa w całym tekście)
Drugie, kto widział wylot samolotu z pasażerami, czy to
jest jakoś utrwalone? No i trzecie, czy jakieś służby, nie wiem, SKW śledziły w
ogóle lot tego samolotu? I kto odpowiadał za bezpieczeństwo tego lotu i czy są
na to jakieś dokumenty? Dziękuję bardzo.
 
Wszystkie
trzy pytania są ciekawe i istotne, ale zapoznając się z trzema pominiemy na
razie w rozważaniach ostanie, a mając na uwadze to o co pytaliśmy także czyli o
filmowanie odlotu pana prezydenta skupimy się na tym które chcieliśmy zadać
ministrowi Sasinowi, czyli kto odprowadzał prezydenta na lotnisko. Nim jednak
do tego przejdziemy pragnę zwrócić uwagę na to że nie tylko my, zwykli zjadacze
chleba nie wiedzieliśmy zaraz po tragedii kto odprowadzał naszego prezydenta i
resztę delegacji. Nie wiedział tego także poseł Zbigniew Kozak. Ha, nie tylko
nie wiedział zaraz po 10 kwietnia, ale nie wiedział do 22-09-2010 czyli przez
pół roku po tragedii. Dodatkowo poseł był (jest) szczególnie zainteresowany sprawą
tragedii smoleńskiej jako członek zespołu parlamentarnego i jako członek PiS.
My zapoznając się z zeznaniem pana Sasina mamy cokolwiek gorszą możliwość, bo
zdaje się nagranie dźwiękowe, jak stenogram były dostępne na stronie
internetowej Parlamentarnego znacznie, znacznie później.
 
Pół
roku później i unikalna i elitarna wiedza, która objawić ma minister Sasin. Ale
oddajmy już głos panu ministrowi aby odpowiedział posłowi Kozakowi:
 
 
Na wszystkie pytania uczciwie powinienem powiedzieć,
nie wiem.
 
?????????
 
Jest taka sytuacja. Minister Sasin zastępca szefa
kancelarii prezydenta po śmierci ministra Stasiaka główna osoba obozu
prezydenckiego pół roku po 10 kwietnia nie wie kto odprowadzał prezydenta.
Można by tę sytuację zrozumieć (choć na pewno byłoby to bardzo nieładnie) gdyby
minister Sasin wycofał się z życia politycznego, wycofał z uczestniczenia w
podtrzymywaniu pamięci, wyjechał na Bermudy, lub do Mandżurii by tam w zaciszu
spędzać czas. Można by to zrozumieć. Ale minister Sasin nie wycofał się. Jest
głównym oficjalnym depozytariuszem pamięci prezydenta biorąc pod uwagę urząd.
Przewodzi Centrum im. Lecha Kaczyńskiego . Jest obecny. Opowiada o prezydencie.
Nadto jak by się wydawać mogło jest przecież szczególnie związany emocjonalnie.
Czyż nie on płakał najbardziej ze wszystkich oficjeli w czasie pamiętnej mszy
na placu Piłsudskiego? Jeśli więc „żyje prezydentem” czyż w gronie przyjaciół z
byłej kancelarii prezydenta nie powspominałby ostatnich znanych chwil
prezydenta, czyli na lotnisku gdzie delegacja wiernych druhów z kancelarii
prezydenta odprowadzała go, a może i wcześniej jeszcze niż na lotnisku na
przykład, w czasie jazdy na lotnisko gdzie wierni druhowie prezydenta z nim
rozmawiali, a nikt nie spodziewał jaka tragedia się wydarzy, tak straszna do
tego tak mistyczna gdyż wszyscy ważni Polacy (oprócz rządu) chcieli oddać hołd
tam w Katyniu naszym zamordowanym bestialsko oficerom. I Katyń zabrał kolejne
ofiary. Fatum. I jeszcze wcześniej gdy prezydent opuszczał wraz ze swymi
wiernymi druhami Pałac Prezydencki, i tuż przed opuszczeniem. Ostatnie rozmowy,
gesty, słowa prezydenta.
 
Jakże cenne dla Polaków są (zwłaszcza były w okresie
żałoby) te ostatnie wspomnienia. Ostatnia droga prezydenta z pałacu na lotnisko. A tymczasem pan minister Sasin nie
zapytał? Nie pogawędził z kolegami, którzy odprowadzali głowę państwa? Nie
chciał wiedzieć przez pół roku kto z jego kolegów, a wiernych druhów prezydenta
widział go ostatni? Pojąc nie sposób. Nadto jeszcze pan minister Sasin
spodziewał się że zapytają go o to dziennikarze i prawicowi i lewicowi, prawda?
Zapytają zaraz po katastrofalnym rozbiciu się samolotu. Więc szybko nadrobiłby
tę wiedzę, którą prosto zdobyć, bo przecież od życzliwych kolegów z kancelarii,
braci w nieszczęściu, więc nie od jakichś nie lubiących prezydenta panów, tylko
od swoich. Ba, można sobie wyobrazić wręcz że takie rozmowy pojawiają się bez
jakiejkolwiek zachęty ze strony ministra Stasina, w czasie wspólnego spotkania,
bez jednego słowa zachęty z jego strony koledzy, a wierni druhowie prezydenta,
wspominają, wspominają.
 
Minister Sasin nie wiedział przez pół roku kto odprowadzał
pana prezydenta na lotnisko.
 
Minister Sasin nie wiedział przez pół roku kto widział
wylot samolotu i czy to było jakoś utrwalone.
 
Minister Sasin nie chciał zapoznać się z materiałami
filmowymi, bądź zdjęciami które miały uwiecznić ostatnie chwile ukochanego
prezydenta? Nie do uwierzenia. Co się stało proszę państwa!? Nie wiem wprost
jakie pytania tu jeszcze zadawać, w tym odnośnie wiernych druhów prezydenta.
No, po prostu nie wiem. Odnośnie wiernych druhów bo choć minister Sasin nie
wiedział i się nie dowiedział to inni wierni druhowie z kancelarii prezydenta
wiedzieli, ci którzy odprowadzali. Bo chyba wiedzieli skoro odprowadzali? A
może odprowadzając nie… bo ja nic już nie rozumiem. Chyba że tunelowanie
poznawcze. W tunelu przysypany kamieniami i tylko pragnie by krew wypłynęła na
wierzch i wskazała miejsce zbrodni. Tunelowania pojedyncze, tunelowania
zbiorowe.
 
Ale, ale zapomnielibyśmy zapytać jak minister Sasin
tłumaczy swoją niewiedzę dotyczącą tego kto odprowadzał prezydenta. No bo
przecież tłumaczy. I rzeczywiście tłumaczy. Bingo. Przede wszystkim z tego
powodu, że ja od dwóch dni przed tym wylotem tragicznym już znajdowałem się,
byłem w podróży prawda i wtedy znajdowałem się już w Smoleńsku.
No to już wiemy.. chociaż.. nie, nie wiemy dlaczego od
dwóch dni w podróży (prawda) skoro do Smoleńska leci się 62 minuty. Z innych
informacji nie wynika i minister Sasin raźno nie stwierdza że jechał pociągiem:
był w innych wypowiedziach i samochód i samolot (jaki?) ponadto w tym zeznaniu
równocześnie od dwóch dni jest w podróży i równocześnie znajdował się w
Smoleńsku. Jak pisał prozaik i filozof Borghes: „Czas jest naszym największym i
najbardziej trwożliwym problemem”.
 
Uzupełnijmy całość tej wypowiedzi: W związku z czym,
ani nie jestem w stanie powiedzieć, czy ktoś pana prezydenta odprowadzał. Było
w zwyczaju takim, że przy wylotach prezydenta ktoś z ministrów czy doradców
prezydenta żegnał prezydenta na lotnisku, w tym sensie, że, ja szczerze
przyznam się, że nie wiem czy ktoś wtedy żegnał jakby. (podkreśl.
CP)     W tym wszystkim, co się potem
działo, ten szczegół mi umknął. Czy…
Przewodniczący Antoni Macierewicz:
Ja myślę, że minister Duda był ….?
Minister Jacek Sasin:
Nie wiem tego, właśnie tego nie wiem. (Cóż za pech
tego właśnie nie wie.)
Szczerze mówiąc, jakoś nie przyszło mi do głowy, żeby
nawet to ustalić.
 (Ale jest za to szczery)
Ale, bo też nie wydawało mi się, że to rzeczywiście
jakąś sprawę szczególnie ważną, no bo jakby 
(ulubione jakby słowoministra Sasina – widać znajomośćFaulknera) nie widziałem tutaj
też żadnej tajemnicy w tym wylocie. Wydawało mi się, że tutaj nie było żadnej
takiej sytuacji, które mogły mieć jakiś wpływ na to, co się potem stało.
Wzruszy nas też taki fragment wypowiedzi ministra Sasina,
wiernego druha prezydenta : No nie posiadam takiej wiedzy po prostu. Nie mam
takiej wiedzy, nie mam takiej wiedzy.
 (To odnośnie monitoringu lotu przez
polskie służby). Ale pan minister Sasin jakby krzyczy. Nie ma tu wykrzykników,
ale czyż możemy wątpić że przeżywa gdy trzykrotnie upewnia nas że nie ma takiej
wiedzy. Liczba to znamienna bo wiemy że nim trzykrotnie kur zapiał.. A minister
Sasin bardzo nas upewnia bo bardzo kochał pana prezydenta.
 
I aż dopiero potem pan T. Szczegielniak z kancelarii prezydenta podzielił się z nami ostatnimi
chwilami prezydenta na polskiej ziemi, choć jakby nie do końca bo jakby (by
użyć ulubionego wspomnieniowego słowa ministra Sasina) przyjechał wszedł na
taras widokowy (który był w remoncie) popatrzył i odjechał więc jakby nie wiemy
kto odprowadzał pana prezydenta, był z nim w drodze od pałacu prezydenckiego.
 
I jeszcze dłużej czekamy na trzeciego druha pana prezydenta
Andrzeja Klarkowskiego, który w lutym (nieco wężej) i w marcu (nieco
szczegółowiej) dzieli się z nami ostatnim i unikalnym bo bliskim i dokładnym
widokiem nie tylko prezydenta, ale.. całej delegacji! Wyobrażacie sobie
Państwo! Całą delegację widział! Zuch! Gieroj! Niemal rok czasu trzymał te
skarby dla siebie! Przypominają się postacie z literatury, będące projekcją
wyrafinowanej potrzeby autora, smakosze chowający skarby bogatych wspomnień
tylko dla siebie, aby w samotności je trawić jak bohater „Pachnidła”zapachy.
 
Tak to wygląda w skrócie dostępna historia dotycząca
niektórych wspomnień o panu prezydencie i delegacji z ostatnich chwil pasażerów
feralnego lotu Tu154 M o numerze bocznym 101 na polskiej ziemi.

 

ze strony:

http://niepoprawni.pl/blog/3509/wspominanie-delegacji-tu-154-ostatnie-chwile-godziny-dni

 

 

Inne zapisy autora:

0

Bez kategorii
Like

Wspominanie delegacji Tu-154. Ostatnie chwile, godziny, dni

17/08/2011
0 Wyświetlenia
0 Komentarze
33 minut czytania
no-cover

: No nie posiadam takiej wiedzy po prostu. Nie mam takiej wiedzy, nie mam takiej wiedzy. (min. Sasin)

0


 

Tekst niniejszy liczy blisko osiemnaście tysięcy znaków, czyli 10 stron znormalizowanego maszynopisu. Proponuję zatem zrobić sobie herbatę , lub zostawić tekst na luźniejszy czas wieczorem. Aczkolwiek tekst, sądzę, czyta się dość łatwo (choć z drugiej strony wszystko co dotyczy tematyki „smoleńskiej” nie jest łatwe ani przyjemne) to jednak nie warto tego robić w ten sposób aby przelecieć tekst. Nie da się go przeczytać w ten sposób, poza tym wiele rzeczy umknie także i dlatego że jego istota w znacznej części zawiera się w formie. Tekst zaś traktuje o bardzo istotnych aspektach tragedii „smoleńskiej” do niedawna prawie nie podnoszonych.

 

 

Jest tak, że jeśli umrze jakaś osoba wspominamy w sposób szczególny jej ostatnie godziny, dni. Robią to osoby bliskie i dalsze. Mówi ktoś na przykład: „Przedwczoraj z nią rozmawiałem!” mając na myśli zaskoczenie wobec niespodziewanej śmierci. Niespodziewanej, ale naturalnej śmierci w wyniku utajonej choroby, bądź jej nawrotu. Tak jest w przypadku osoby prywatnej, szarego człowieka z sąsiedztwa.

 

Podobnie wspominamy jeśli śmierć jest tragiczna, aczkolwiek będąca oczywistym wypadkiem na przykład kilkorga dziewiętnastolatków wracających samochodem z dyskoteki z miasteczka do swojej wioski, jadących z szybkością 170 h i uderzających w drzewo.

 

W tych powyższych przypadkach znajdzie się na pewno wiele wspomnień w gronie najbliższych osób. Będą bliższe i dalsze, ale nie zabraknie wspomnień z ostatnich godzin, z ostatnich dni.

 

Jeszcze większa uwaga będzie zwrócona na relacje świadków widzących ostatni raz daną osobę jeśli poniesie ona śmierć w niewyjaśnionych okolicznościach. Zwrócona przez policję i innych śledczych, o ile oczywiście nie ulega żadnym sugestiom, naciskom, poleceniom, co zakładamy ad hoc, aczkolwiek wiemy że nie zawsze tak bywa. Wtedy badane jest dokładnie kto ostatni widział denata,z kim się ten widywał przez ostatnie godziny, szczególnie ostatnią dobę. Co denat robił przez ostatni czas. Jest też takie żelazne określenie „48 godzin” – czyli dwie ostatnie doby szczególnie ważne. Słyszymy często, ostatnie dwa dni. Gdy potrzeba cofamy się bardziej wstecz, gdy o danej osobie nie mamy żadnych informacji. Więc po tych żelaznych 48 godzinach przede wszystkim dzień trzeci i gdy trzeba następne.

 

Jeśli ktoś uważa że ma zbyt małe pojęcie o pracy policji w tego typu przypadkach biorąc pod uwagę tzw. real z łatwością przypomni sobie oglądane filmy i seriale kryminalne, w których to nie raz mógł zobaczyć, a także programy typu „997”.

 

W przypadku osób publicznych przekładnia zainteresowania zwykłych zjadaczy chleba związana jest z mediami. Ponieważ (rzecz oczywista) społeczeństwo znające osobę publiczną z mediów gdy żyła tylko za pomocą nich może dowiadywać się czegoś o niej po śmierci.

 

A więc najprostsze działanie mediów jest takie: Im większe jest zapotrzebowanie społeczne tym więcej przekazuje społeczeństwu informacji o nieżyjącej osobie. Z naturalnych przyczyn biorą górę informacje z ostatnich godzin, ostatnich dni. Dla mediów z kilku powodów: najlepiej pamiętają je świadkowie kontaktujący się z nieżyjącym/ą w ostatnich chwilach, godzinach przed śmiercią, ostatnim dniu, dodatkowo najbardziej przeżywają te godziny, ostatnie dni, więc media mają szczególnie wzruszający materiał, autentyczny, świeży, a jak wiemy taki materiał zwiększa oglądalność, więc o taki materiał choćby z powodów merkantylnych im chodzi. Ponadto świadkowie pamiętają na świeżo ważne rzeczy, lub choćby atrakcyjne medialnie szczegóły, które można podać w sposób skondensowany i wyrazisty.

 

Ilość i intensywność takich przekazów medialnych zależy od atrakcyjności nieżyjącej osoby dla odbiorców mediów. Jeśli jest bardzo duża oczywiście materiałów będzie dużo.

 

Mamy też sytuacje wyjątkowe gdy telewizje w przypadku śmierci jakiejś wyjątkowo ważnej osoby dla państwa zmieniają nawet ramówkę.

 

Tak bywa zwłaszcza w wypadku szczególnie poruszającej zbiorowej śmierci, tragedii. Znamy taki przypadek z 11 września 2001 gdy nie tylko amerykańskie, ale telewizje całego świata zmieniały swoją ramówkę, bądź poświęcały tylko temu prawie czas kanały informacyjne.

 

W naszej smoleńskiej tragedii (jak wiadomo uznaną za wyjątkową w dziejach świata nie tylko przez nasz sejm, ale i odległe państwa ustanawiające na przykład jak Brazylia bezprecedensową w przypadku obcego państwa trzydniową żałobę) postacią na której skupiła się główna uwaga Polaków był śp. prezydent Lech Kaczyński. Uwaga była, stała się, jak też wiemy wyjątkowa i zaowocowała hołdem setek tysięcy zmierzających do pałacu prezydenckiego. Różnego rodzaju media szukały nieemitowanych zwłaszcza materiałów z Lechem Kaczyńskim i ogólnie z para prezydencką, a prasa i wydawnictwa przygotowywały albumy.

 

Ponieważ znamienitych osób które zginęły było wiele i mogło w przypadku którejś dojść do prezentowania śladowej informacji o niej i byłoby to czymś naturalnym (choć swoją droga można było się spodziewać o każdej filmu dokumentalnego, lub przynajmniej dłuższego reportażu) skupmy się na prezydencie.

 

Było oczywistym że zostanie pokazany przede wszystkim (tu w kontekście całej delegacji) odlot Tupolewa z lotniska na Okęciu połączony z wsiadaniem delegacji do samolotu. Najbardziej medialnie nośne są ostatnie chwile człowieka, które udaje się pokazać (zwłaszcza gdy wsiada do samolotu, który ulega katastrofie).

 

I telewizje (a przynajmniej tvp bo inne oglądałem wyrywkowo) spełniały to oczekiwanie…choć nie do końca.

 

No właśnie jak pokazywały ostatnie chwile delegacji w tym przede wszystkim prezydenta? Pokazywały, trzeba stwierdzić, nie raz, pokazywały jako powtarzającą się migawkę wchodzenie prezydenta po schodkach do wnętrza Tupolewa. Krótki był to fragment i tylko na schodkach. Prezentowany w czerni i bieli przeniknięty nastrojową muzyką. O ile pamiętam prezydent zatrzymuje się przed włazem i macha ręką. Macha ręką do stojących na lotnisku odprowadzających, żegnających. Symboliczna wymowa była taka (i taka też była intencja pokazujących i nasza w odbiorze) iż to ostatni gest prezydenta skierowany do Polaków.

 

I ja i wielu na pewno czuło pewien niedosyt. Ale czyż można było się nad tym zastanawiać dlaczego widzimy tylko prezydenta i tylko na krótkim fragmencie puszczanym w kółko, jakby nie było więcej materiału? Niejeden był zdziwiony trochę, ale zdziwienie przytłumiały emocje i żałoba i nie pozwalały mu się rozwinąć.

 

Jeśli bowiem telewizja czy też serwis prasowy prezydenta (wtedy nie wiedzieliśmy że serwisu prasowego prezydenta nie było ani na Okęciu, ani w Smoleńsku) która nakręciła ten film, ten krótki fragment, tyle nam pokazała to uznaliśmy że tyle zostało nakręcone. Po prostu takie robocze sfilmowanie archiwizujące. To czy rzeczywiście tylko tyle materiału się kręci z wylotu głowy państwa za granicę nie mówiąc o wyjątkowości delegacji nie zastanawialiśmy się. Być może zastanowiły się nad tym osoby zawodowo filmowaniem się zajmujące, ale nam nie powiedziały. Wydawało się też nam intuicyjnie że jest to prezydent na trapie z innej wizyty. Zaś pokazany dlatego że chodziło o symbol. Wszak prezydent wchodzący po schodkach trapu wygląda tak samo niezależnie od tego czy jest to wylot sfilmowany w dniu 10 kwietnia 2010, czy na przykład udający się z wizytą w podróż zagraniczną kilka miesięcy wcześniej. A dlaczego by nie miano pokazać prezydenta na trapie z 10 kwietnia, a pokazywać z innego czasu? Nad tym się nie zastanawialiśmy. Czy była do tego głowa? To tak jakby zastanawiać się na pogrzebie dlaczego odcień lakieru trumny jest taki a nie inny, albo dlaczego gospodyni (która znamy) robiąc stypę w domu wyciągnęła nie ten serwis obiadowy, którego się spodziewaliśmy, tylko inny.

 

W takim więc wspominaniu szczególnie cenne były osoby, których oczom były znane ostatnie chwile prezydenta i delegacji. Ostatnie znane ludzkim oczom, bo wiedzieliśmy że prezydent i delegacja mieli przed sobą .. (no właśnie, bo dokładnie nie wiedzieliśmy ile) jeszcze godzinę, półtorej, dwie godziny życia? W każdym razie tyle ile się leci do Smoleńska. Zresztą nad tym się nie zastanawialiśmy jak i nad standardami związanymi z podróżą samolotem. Oczywiście można by się spodziewać sytuacji, w której spiker pokazuje odrywający się od pasa startowego samolot i mówi że pasażerom zostało (na przykład) około 85 minut życia, bo na podobną rzecz każdy kiedyś tam w kinie, w telewizji, w radio się natknął, ale przecież nie musiało tak być. Poza tym brzmiałoby to może: pretensjonalnie? (o ile w tej sytuacji byłoby to odpowiednie słowo).

 

Można by się więc spodziewać jakiejś sytuacji w której medialnie dłużej pobędziemy na lotnisku Okęcie i będziemy widzami ostatnich chwil Głównego Pasażera i innych pasażerów na polskiej ziemi.A także rekonstrukcji takiego pożegnania jeśliby nakręcony materiał byłby znikomy (bo jak wyżej nie wiedzieliśmy ile… etc.).

 

Wróćmy do prezydenta na schodkach trapu. Mieliśmy pierwszego świadka Polaka Sławomira Wiśniewskiego na miejscu tragedii montażystę i przypadkowego kamerzystę katastrofy. Analogicznie takim podobnym świadkiem byłby kamerzysta filmujący prezydenta na schodkach trapu. Choć tu rzecz jasna nie tak unikalnym bo prezydent przecież odwracając się i pozdrawiając ręką nie pozdrawia tylko kamerzysty. Pozdrawia delegację, która stoi na lotnisku. Mógł więc kamerzysta ze wzruszeniem przed kamerami opowiadać jak to ostatni filmował śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego (i resztę delegacji chyba…). No ale póki co tylko prezydent z delegacji by wystarczał. Jednak tego sentymentalnego świadka (bo nie dowodowego jak Sławomir Wiśniewski) zlekceważono. (Ba, nie znamy nawet jego nazwiska.) A takich wspomnień sentymentalnych (choć nie z ostatnich chwil, godzin, poprzedniego dnia na polskiej ziemi) było dość dużo.

 

Telewizje jak wiadomo pokazują zwykle materiał obrobiony, ale czynią wyjątki gdy materiału filmowego jest mało, lub gdy jest wyjątkowy. Trudno przypuszczać by jakiś kamerzysta filmujący w ramach swego zawodu ( czyli jak to się mówi inaczej –profesjonalny) odlot prezydenta skręcił go tylko na schodkach trapu i do tego na ich fragmencie. No, ale tym razem nie poznaliśmy pozostałych fragmentów filmu z tak cennych dla zbiorowej pamięci ostatnich chwil prezydenta na polskiej ziemi. Każdy skrawek takiego filmu był cenny i pożądany.

 

Skoro już wiemy że prezydent machał ręką nie tylko, a nawet przede wszystkim nie do kamerzysty to odważymy się zadać niedyskretne pytanie do kogo machał? (choć wiemy że symbolicznie do nas) Musiał ktoś być jeszcze na tym lotnisku.

 

Czy przypominają sobie państwo rozmowy z osobami odprowadzającymi prezydenta a znajdującymi się na lotnisku emitowane w TVP, TVP info i innych mediach. Emitowane zaraz po katastrofie i w pierwszych dniach? Nikt sobie nie przypomni (chociaż kto wie, czasami tak bywa że im dalej w czas tym więcej świadków) bo ich nie było.

 

Ostatnie spojrzenie prezydenta skierowane w stronę konkretnej grupy ludzi, a my je lekceważymy. Być to mogło?

 

Zachowania mediów tym kontekście nie będziemy rozgryzać bo niezrozumiałe. Ale czy w dzisiejszym świecie ludzie będący w centrum wydarzeń muszą koniecznie czekać aż jakieś łaskawe media podejdą do nich, zwłaszcza gdy są depozytariuszami ostatnich chwil głowy państwa? Na pewno nie. Zawsze jakieś media przyjdą do nich. A nawet gdyby (ale tego w pierwszych dniach po katastrofie nie widzieliśmy) stosowały klucz polityczny to przecież są TV Trwam, Radio Maryja, Nasz dziennik, jest jeszcze internet gdzie można choćby na gorąco zamieścić dokładne wspomnienie ostatnich chwil, dwóch trzech dni, ich służbowych części spędzonych u boku prezydenta. Odprowadzający delegację do których Lech Kaczyński machał ręką mieliby więc gdzie zaprezentować swoje wspomnienia z lotniska, gdyby uchowaj Boże ( a czego jak wiemy nie było w pierwszych dniach) nastąpił jakiś medialny bojkot pamięci prezydenta.

 

Dziwnym trafem nie zaprezentowano nam w owym czasie składu delegacji odprowadzającej prezydenta,ale w natłoku wrażeń to nam umknęło. Mogło też umknąć telewizjom, choć z drugiej strony musiały trzymać rękę na pulsie zapełniając swój czas antenowy wieloma rozmowami ze znającymi różnych członków delegacji. Tak mi się przy tej okazji wydaje że nie było żadnych, lub prawie żadnych generałów wspominających swoich kolegów. No, ale może tylko mi się tak wydaje.

 

Tak więc chętnym uchem łowiliśmy wspomnienia o różnych znamienitych osobach naszego państwa, ale wspomnień odprowadzających ( co jak się pisze przeoczyliśmy) nie zaznaliśmy.

 

No dobrze, a jaki jest ten skład delegacji odprowadzającej prezydenta, generałów, parlamentarzystów, innych na lotnisko? Skoro media się nim z nami nie podzieliły to zapytajmy najważniejszą osobę związaną z prezydentem po śmierci ministra Stasiaka, ministra Sasina.

 

Tak się złożyło że musimy sięgnąć do czasu cokolwiek odleglejszego od 10 kwietnia, bo aż do posiedzenia

 Parlamentarnego Zespółu ds. Zbadania Przyczyn Katastrofy TU-154M z 10.IV.2010 r. z dnia

22-09-2010 na które został zaproszony minister Sasin.

 

Poseł Zbigniew Kozak zadaje następujące pytania:

Panie ministrze, ja mam trzy pytania.

Pierwsze, to jest, kto odprowadzał pana prezydenta na lotnisko?

Drugie, kto widział wylot samolotu z pasażerami, czy to jest jakoś utrwalone? No i trzecie, czy jakieś służby, nie wiem, SKW śledziły w ogóle lot tego samolotu? I kto odpowiadał za bezpieczeństwo tego lotu i czy są na to jakieś dokumenty? Dziękuję bardzo.

 

Wszystkie trzy pytania są ciekawe i istotne, ale zapoznając się z trzema pominiemy na razie w rozważaniach ostanie, a mając na uwadze to o co pytaliśmy także czyli o filmowanie odlotu pana prezydenta skupimy się na tym które chcieliśmy zadać ministrowi Sasinowi, czyli kto odprowadzał prezydenta na lotnisko. Nim jednak do tego przejdziemy pragnę zwrócić uwagę na to że nie tylko my, zwykli zjadacze chleba nie wiedzieliśmy zaraz po tragedii kto odprowadzał naszego prezydenta i resztę delegacji. Nie wiedział tego także poseł Zbigniew Kozak. Ha, nie tylko nie wiedział zaraz po 10 kwietnia, ale nie wiedział do 22-09-2010 czyli przez pół roku po tragedii. Dodatkowo poseł był (jest) szczególnie zainteresowany sprawą tragedii smoleńskiej jako członek zespołu parlamentarnego i jako członek PiS. My zapoznając się z zeznaniem pana Sasina mamy cokolwiek gorszą możliwość, bo zdaje się nagranie dźwiękowe, jak stenogram były dostępne na stronie internetowej Parlamentarnego znacznie, znacznie później.

 

Pół roku później i unikalna i elitarna wiedza, która objawić ma minister Sasin. Ale oddajmy już głos panu ministrowi aby odpowiedział posłowi Kozakowi:

 

Minister Jacek Sasin:  

Na wszystkie pytania uczciwie powinienem powiedzieć, nie wiem.

 

?????????

 

Jest taka sytuacja. Minister Sasin zastępca szefa kancelarii prezydenta po śmierci ministra Stasiaka główna osoba obozu prezydenckiego pół roku po 10 kwietnia nie wie kto odprowadzał prezydenta. Można by tę sytuację zrozumieć (choć na pewno byłoby to bardzo nieładnie) gdyby minister Sasin wycofał się z życia politycznego, wycofał z uczestniczenia w podtrzymywaniu pamięci, wyjechał na Bermudy, lub do Mandżurii by tam w zaciszu spędzać czas. Można by to zrozumieć. Ale minister Sasin nie wycofał się. Jest głównym oficjalnym depozytariuszem pamięci prezydenta biorąc pod uwagę urząd. Przewodzi Centrum im. Lecha Kaczyńskiego . Jest obecny. Opowiada o prezydencie. Nadto jak by się wydawać mogło jest przecież szczególnie związany emocjonalnie. Czyż nie on płakał najbardziej ze wszystkich oficjeli w czasie pamiętnej mszy na placu Piłsudskiego? Jeśli więc „żyje prezydentem” czyż w gronie przyjaciół z byłej kancelarii prezydenta nie powspominałby ostatnich znanych chwil prezydenta, czyli na lotnisku gdzie delegacja wiernych druhów z kancelarii prezydenta odprowadzała go, a może i wcześniej jeszcze niż na lotnisku na przykład, w czasie jazdy na lotnisko gdzie wierni druhowie prezydenta z nim rozmawiali, a nikt nie spodziewał jaka tragedia się wydarzy, tak straszna do tego tak mistyczna gdyż wszyscy ważni Polacy (oprócz rządu) chcieli oddać hołd tam w Katyniu naszym zamordowanym bestialsko oficerom. I Katyń zabrał kolejne ofiary. Fatum. I jeszcze wcześniej gdy prezydent opuszczał wraz ze swymi wiernymi druhami Pałac Prezydencki, i tuż przed opuszczeniem. Ostatnie rozmowy, gesty, słowa prezydenta.

 

Jakże cenne dla Polaków są (zwłaszcza były w okresie żałoby) te ostatnie wspomnienia. Ostatnia droga prezydenta z pałacu na lotnisko. A tymczasem pan minister Sasin nie zapytał? Nie pogawędził z kolegami, którzy odprowadzali głowę państwa? Nie chciał wiedzieć przez pół roku kto z jego kolegów, a wiernych druhów prezydenta widział go ostatni? Pojąc nie sposób. Nadto jeszcze pan minister Sasin spodziewał się że zapytają go o to dziennikarze i prawicowi i lewicowi, prawda? Zapytają zaraz po katastrofalnym rozbiciu się samolotu. Więc szybko nadrobiłby tę wiedzę, którą prosto zdobyć, bo przecież od życzliwych kolegów z kancelarii, braci w nieszczęściu, więc nie od jakichś nie lubiących prezydenta panów, tylko od swoich. Ba, można sobie wyobrazić wręcz że takie rozmowy pojawiają się bez jakiejkolwiek zachęty ze strony ministra Stasina, w czasie wspólnego spotkania, bez jednego słowa zachęty z jego strony koledzy, a wierni druhowie prezydenta, wspominają, wspominają.

 

Minister Sasin nie wiedział przez pół roku kto odprowadzał pana prezydenta na lotnisko.

 

Minister Sasin nie wiedział przez pół roku kto widział wylot samolotu i czy to było jakoś utrwalone.

 

Minister Sasin nie chciał zapoznać się z materiałami filmowymi, bądź zdjęciami które miały uwiecznić ostatnie chwile ukochanego prezydenta? Nie do uwierzenia. Co się stało proszę państwa!? Nie wiem wprost jakie pytania tu jeszcze zadawać, w tym odnośnie wiernych druhów prezydenta. No, po prostu nie wiem. Odnośnie wiernych druhów bo choć minister Sasin nie wiedział i się nie dowiedział to inni wierni druhowie z kancelarii prezydenta wiedzieli, ci którzy odprowadzali. Bo chyba wiedzieli skoro odprowadzali? A może odprowadzając nie… bo ja nic już nie rozumiem. Chyba że tunelowanie poznawcze. W tunelu przysypany kamieniami i tylko pragnie by krew wypłynęła na wierzch i wskazała miejsce zbrodni. Tunelowania pojedyncze, tunelowania zbiorowe.

 

Ale, ale zapomnielibyśmy zapytać jak minister Sasin tłumaczy swoją niewiedzę dotyczącą tego kto odprowadzał prezydenta. No bo przecież tłumaczy. I rzeczywiście tłumaczy. Bingo. Przede wszystkim z tego powodu, że ja od dwóch dni przed tym wylotem tragicznym już znajdowałem się, byłem w podróży prawda i wtedy znajdowałem się już w Smoleńsku.

No to już wiemy.. chociaż.. nie, nie wiemy dlaczego od dwóch dni w podróży (prawda) skoro do Smoleńska leci się 62 minuty. Z innych informacji nie wynika i minister Sasin raźno nie stwierdza że jechał pociągiem: był w innych wypowiedziach i samochód i samolot (jaki?) ponadto w tym zeznaniu równocześnie od dwóch dni jest w podróży i równocześnie znajdował się w Smoleńsku. Jak pisał prozaik i filozof Borghes: „Czas jest naszym największym i najbardziej trwożliwym problemem”.

 

Uzupełnijmy całość tej wypowiedzi: W związku z czym, ani nie jestem w stanie powiedzieć, czy ktoś pana prezydenta odprowadzał. Było w zwyczaju takim, że przy wylotach prezydenta ktoś z ministrów czy doradców prezydenta żegnał prezydenta na lotnisku, w tym sensie, że, ja szczerze przyznam się, że nie wiem czy ktoś wtedy żegnał jakby. (podkreśl. CP)    W tym wszystkim, co się potem działo, ten szczegół mi umknął. Czy…

Przewodniczący Antoni Macierewicz:

Ja myślę, że minister Duda był ….?

Minister Jacek Sasin:

Nie wiem tego, właśnie tego nie wiem.(Cóż za pech tego właśnie nie wie.)

Szczerze mówiąc, jakoś nie przyszło mi do głowy, żeby nawet to ustalić. (Ale jest za to szczery)

Ale, bo też nie wydawało mi się, że to rzeczywiście jakąś sprawę szczególnie ważną, no bo jakby(ulubione jakby słowo ministra Sasina – widać znajomość Faulknera) nie widziałem tutaj też żadnej tajemnicy w tym wylocie. Wydawało mi się, że tutaj nie było żadnej takiej sytuacji, które mogły mieć jakiś wpływ na to, co się potem stało.

Wzruszy nas też taki fragment wypowiedzi ministra Sasina, wiernego druha prezydenta : No nie posiadam takiej wiedzy po prostu. Nie mam takiej wiedzy, nie mam takiej wiedzy. (To odnośnie monitoringu lotu przez polskie służby). Ale pan minister Sasin jakby krzyczy. Nie ma tu wykrzykników, ale czyż możemy wątpić że przeżywa gdy trzykrotnie upewnia nas że nie ma takiej wiedzy. Liczba to znamienna bo wiemy że nim trzykrotnie kur zapiał.. A minister Sasin bardzo nas upewnia bo bardzo kochał pana prezydenta.

 

I aż dopiero potem pan T. Szczegielniak z kancelarii prezydenta podzielił się z nami ostatnimi chwilami prezydenta na polskiej ziemi, choć jakby nie do końca bo jakby (by użyć ulubionego wspomnieniowego słowa ministra Sasina) przyjechał wszedł na taras widokowy (który był w remoncie) popatrzył i odjechał więc jakby nie wiemy kto odprowadzał pana prezydenta, był z nim w drodze od pałacu prezydenckiego.

 

I jeszcze dłużej czekamy na trzeciego druha pana prezydenta Andrzeja Klarkowskiego, który w lutym (nieco wężej) i w marcu (nieco szczegółowiej) dzieli się z nami ostatnim i unikalnym bo bliskim i dokładnym widokiem nie tylko prezydenta, ale.. całej delegacji! Wyobrażacie sobie Państwo! Całą delegację widział! Zuch! Gieroj! Niemal rok czasu trzymał te skarby dla siebie! Przypominają się postacie z literatury, będące projekcją wyrafinowanej potrzeby autora, smakosze chowający skarby bogatych wspomnień tylko dla siebie, aby w samotności je trawić jak bohater „Pachnidła”zapachy.

 

Tak to wygląda w skrócie dostępna historia dotycząca niektórych wspomnień o panu prezydencie i delegacji z ostatnich chwil pasażerów feralnego lotu Tu154 M o numerze bocznym 101 na polskiej ziemi.

Inne zapisy autora:

0

Avatar
CyprianPolak

Rece wyciagniete po polski majatek narodowy musza zostac odciete!

126 publikacje
0 komentarze
 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

 
Authorization
*
*
Registration
*
*
*
334816