Bez kategorii
Like

Surowe i gotowane

13/02/2012
445 Wyświetlenia
0 Komentarze
12 minut czytania
no-cover

Trudno uwierzyć, jak wiele naszych zachowań i obyczajów pochodzi z czasów gdy jako ludzkość jedliśmy jeszcze ” surowe” nie „gotowane”.

0


Wyrzucałam do kosza poplamioną  bluzeczkę z napisem:    I WANT TO KNOW EVERYTHING, I WANT TO BE EVERYWHERE, I WANT TO DO SOMETHING THAT MATTERS …. i tu nazwa znanej firmy odzieżowej, której nie zamierzam reklamować. Trochę się zdziwiłam.  Język mody interesuje mnie, jak każdy język, ale czysto teoretycznie. Powiedzmy – jak współczesnego badacza-  pismo sumeryjskie. Dlatego trudno mi być w sprawach mody, szczególnie młodzieżowej, au courant. Wydawało mi się, że duże  napisy reklamujące firmy odzieżowe odeszły do lamusa wraz z białymi skarpetkami noszonymi do „cwaniaczków” (mokasynów) i  „szelestami” (dresami ze specjalnego materiału).
(Nie wiem czy istnieją w ogóle takie słowa, muszę zaufać znawcy, czyli synowi. Podejrzewam go jednak czasem, że sobie tę grypserę po prostu wymyśla.)
 W sprawie napisu na bluzce -okazało się, że się mylę. Po krótkiej karierze „firmowej” odzieży, wtajemniczeni, aby odróżnić się od plebsu „wyrażającego siebie” dużym logo znanej firmy na odzieży, wybierali metki co raz mniejsze i dyskretnie umieszczone, na przykład z boku. Do dobrego tonu należało również obcinanie metki, ale tak nieudolnie, żeby dało się odczytać resztki logo, oczywiście firmy z najwyższej półki.
Teraz podobno znowu nosi „się” duże i prymitywne obrazki na odzieży. Najlepiej gdy jest to Myszka Miki , albo Tom & Jerry. Ma to jednak charakter żartobliwego persyflażu.
En vogue jest podobno również noszenie na brzuchu ogromnego logo firmy znanej tylko na antypodach, albo prywatnego butiku.

Nie nadążysz za nimi i właśnie o to chodzi.
.
Piszę o tym wszystkim trochę tak jak Malinowski o obyczajach seksualnych dzikich. Jest to świat zupełnie mi obcy i nie wykluczam, że moi rozmówcy opowiadają mi różne androny, jak dzicy opowiadali Malinowskiemu to, co chciał usłyszeć.

Faktem jest, że język mody jest traktowany przez młodzież śmiertelnie serio.  Ktoś, kto nie przestrzega jej kanonów naraża się na ostracyzm. I to o wiele bardziej surowy niż za brzydki uczynek, na przykład za kradzież pieniędzy koledze.

Jak już o tym pisałam, moda jest jak grypsera w więzieniu. Jest językiem zmiennym, pozwalającym na, reliktową w globalnej wiosce, czynność, jaką jest odróżnianie swoich od obcych.
Język odgrywa w życiu społeczności podobną rolę,  jak fizjologiczny wstręt w życiu jednostki. Każdy obcy był kiedyś dla społeczności prymitywnej zagrożeniem. Najłatwiej można go było rozpoznać po języku. Głęboki dyskomfort jaki odczuwam słysząc, że znany polityk mówi „ poszłem” ma moim zdaniem wyłącznie atawistyczne korzenie. Nie powinno mnie obchodzić jak on mówi, powinno wyłącznie- co robi.

Inny przykład społecznych zachowań reliktowych to irracjonalna niechęć wobec każdego „nowego”. Na przykład wobec nowego pasażera w przedziale. Nie ma sensu tego racjonalizować. Nowy pasażer czuje się intruzem i odbierany jest jako intruz  niezależnie od tego ile miejsc jest zajętych. To samo dotyczy nowego turysty w pokoju schroniskowym. Każdy „nowy” musi swoje odcierpieć zanim zostanie przyjęty do grupy.
Wiedzą o tym dobrze rodzice i starają się nie spóźnić do szkoły czy przedszkola pierwszego dnia, żeby nie narazić dziecka na to, że  grupa obróci się przeciwko niemu.

Nie brzydzimy się własnego białka, a brzydzimy obcego. Nie ma w tym nic niezwykłego, to czysta biologia.
Podobnie istnieją zachowania, które wydają się rozkoszne tylko ich uczestnikom, natomiast odrażające postronnym obserwatorom. Wyobraźmy sobie, że obserwujemy grupę, (trochę znieczuloną), która w jadalni schroniska zabawia się hałaśliwie układaniem sprośnych limeryków, albo grupę głośno dyskutującą o filozofii, w sposób wykluczający dołączenie się do dyskusji postronnej osoby. Czujemy do nich niechęć. A oni bez powodu separują się. Nie ma w tym nic niezwykłego, to zwykła socjologia. Zbyt wiele osób w grupie zawsze zagrażało jej bezpieczeństwu. Dlatego grupa wytwarza mechanizmy odrzucenia intruzów. A podstawowym takim mechanizmem jest nieadekwatność stroju.

Wiele lat temu, wychodząc z założenia, że kobietę najbardziej zdobi nie suknia i biżuteria, lecz przystojny kolega, zaprosiłam na prestiżową imprezę zaprzyjaźnionego goprowca. Opalony, w służbowym  sweterku koloru bordo z podwójnym paskiem na ramieniu, był w schronisku  przedmiotem westchnień wszystkich turystek.
Już na dworcu zorientowałam się, że jest bardzo źle. Aby mnie uhonorować wbił się w garniturek, może nie z I komunii, ale pewnie maturalny. Rękawy były za krótkie, w marynarce puszczały szwy, o fasonie szkoda gadać. I ten zapach naftaliny, jak z babcinej szafy. Stróż w Boże Ciało  to przy nim wzorzec elegancji. W ręku miał bezsensowny wiecheć  goździków.
Wywalczyłam sobie w moim środowisku prawo do ubierania się, nazwijmy to, z nonszalanckim wdziękiem, ale to prawo nie przenosiło się na osoby towarzyszące. „Para z samowara” – to byłaby najcelniejsza recenzja naszego entree.
 
Kolega został natychmiast zakwalifikowany jako stajenny kaprys rozwydrzonej pannicy. Nikt nie uwierzył, że mieszka i pracuje w górach. Zamiast fascynować towarzystwo opowiadaniami o tatrzańskich tragediach, wysłuchiwał żarcików na temat zapachu siana, których- przyznam- do dziś nie rozumiem.
Obraz pastuszka w przyciasnym garniturku ( zupełnie fałszywy, znajomy był po UJ) przesłonił mi obraz opalonego boga gór. Nasza (czysto towarzyska)  znajomość nie wytrzymała tej próby, czego zawsze się potem wstydziłam.

Wracając do języka. Odruchowo traktujemy błąd językowy polityka czy dziennikarza jako bardziej kompromitujący niż jego nieetyczna działalność. Tuskowi i Komorowskiemu chętniej się wypomina nieznajomość angielskiego niż publiczne kłamstwa, na przykład w sprawie stoczni.
Ja sama z wielkim rozbawieniem powtarzałam, że Bush pomylił słowa  opportunity i opportunism i w swoim przemówieniu mówił o oportunistycznych amerykańskich studentach mając na myśli ich możliwości, co słyszałam na własne uszy.
Uświadomiłam sobie, że nie powinno mnie zupełnie obchodzić jak mówi Bush i że nie ma to żadnego związku na przykład z wojną w Iraku. Również wyśmiewanie złej angielszczyzny Tuska czy Komorowskiego jest tylko formą odreagowania frustracji związanej ze stanem państwa, ale z tym stanem nie ma właściwie nic wspólnego.

Nie znam człowieka który by mówił po angielsku bardziej obrzydliwie niż Wołodia Bukowski. A słuchając Bukowskiego zupełnie się tego nie zauważa, jest tak fascynującym rozmówcą i wykładowcą.
(O sobie w ogóle nie mówię, bo nie znam tego języka, choć z niego tłumaczę, ale to tylko dlatego, że potrafię przeliczyć węzeł ( knot) na kilometry na godzinę i odwrotnie.)  

A w sprawach mody (i nie tylko) moim idolem stał się pewien profesor UW. Wiele lat temu podczas bardzo oficjalnego spotkania ( nie znałam go wtedy) mimo woli zawiesiłam o sekundę za długo wzrok na niezbyt czystym mankiecie jego koszuli. „Jeżeli się podwinie, można nosić jeszcze ze dwa dni”- wtrącił nie zmieniając tonu i spokojnie kontynuował wykład. „To wielki człowiek” pomyślałam i się nie pomyliłam. Jest  chyba jedynym ze znanych mi ludzi, który zawsze bardzo uważnie słucha każdego, niezależnie od jego statusu społecznego,  potrafi przyznać rację rozmówcy, a także przyznać się do błędu.
No a poza tym jest dobrym żeglarzem co jest bardzo przydatne.

Trudno uwierzyć, jak wiele naszych zachowań i obyczajów pochodzi z czasów gdy jako ludzkość jedliśmy jeszcze „surowe” nie „gotowane”.
Przekonując o tym pewnego młodego człowieka wtrąciłam: „jak twierdzi w swej znanej  książce  Claude Levi- Strauss”.
„ A wiem, to ten od spodni”- uprzejmie potwierdził młody człowiek.

 

0

Iza

181 publikacje
0 komentarze
 

Dodaj komentarz

Authorization
*
*
Registration
*
*
*
Password generation
343758