Bez kategorii
Like

Science and Fiction

03/07/2012
424 Wyświetlenia
0 Komentarze
32 minut czytania
no-cover

Jeśliby ktoś szukał jakichś szczególnych pokładów science fiction w przypadku „historii smoleńskiej”, to bez wątpienia największe i najbogatsze złoża SF zalegają wokół „wypadku prezydenckiego tupolewa na Siewiernym”.

0


 

Jeśliby ktoś szukał jakichś szczególnych pokładów science fiction w przypadku „historii smoleńskiej”, to bez wątpienia największe i najbogatsze złoża SF zalegają wokół „wypadku prezydenckiego tupolewa na Siewiernym”. Jak doskonale wiemy („Czerwona strona Księżyca” jedynie po części przywoływała szeroko zakrojone „prace kreatywno-badawcze” w tej materii), opracowano mnóstwo detalicznych opisów nieistniejącego zdarzenia, dokonano wizualizacji, obliczeń etc. etc. W dodatku jedni badacze zbadali „lotniczą katastrofę” z 10 Kwietnia na Siewiernym, a drudzy zbadali jeszcze potem drugą „katastrofę”, która się rozegrała nad Siewiernym – taką to obfitością uraczyły nas najświatlejsze umysły badawcze.

 
Czy to jeszcze nauka, czy już fikcja, czy może obie wymieszane, jak mak z popiołem, którym zajmował się Kopciuszek, nim udał się na bal? Od przybytku głowa nie boli, powiada przysłowie, jednakże mimo iż zbadano katastrofę na Siewiernym i nad Siewiernym, to z pewnością zabrakło badaczy badających katastrofę pod  Siewiernym. Zabrakło ich jednak tylko dlatego, że prace archeologiczne (przeprowadzone, o ile pamiętam, jakieś pół roku po „katastrofie”) trwały zbyt krótko i nie wykorzystano ciężkiego, niezawodnego radzieckiego sprzętu. Kto wie, czy gdyby się nie wkopano głębiej w ziemię smoleńską, to i kokpit, i inne zaginione części „prezydenckiego tupolewa” by się ukazały, skoro do XUBS przypisany jest swoisty genius loci – i im dłużej się tam czegoś szuka, tym więcej można znaleźć. Tak np. odnajdywały się „krwawiące szczątki ludzkie” miesiąc po „katastrofie”.

 
Jeśli mówimy o SF, to przypomnę, że teoria maskirowki (głosząca, iż na XUBS była tylko inscenizacja „miejsca powypadkowego”) uchodziła przez długi czas w wielu światłych kręgach za czyste science fiction. Zupełnie niedawno niejaki „prof. Binienda”, wyspecjalizowany już chyba od roku w badaniu uderzenia pewnego skrzydła w pewną brzozę (który już nie wpadł na to, by zbadać uderzenie kół tupolewa w tę brzozę), uznał nawet tę teorię maskirowki za bajkę, co jest jak najbardziej słuszne w sytuacji, w której on sam się zajął paranauką, a więc bajkami pisanymi „uczonym językiem” (coś jak „Cyberiada” Lema). Oczywiście Binienda ubrał swoje opowieści w techniczny żargon, zrobił hokus-pokus, by laik nie wiedział, z którego kapelusza królik ma wyskoczyć, lecz przecież zdziałał ów uczony jedynie tyle, iż wywróżył z ruskich fusów (a więc „danych FMS-a”) coś, co pasowało akurat do „katastroficzno-zamachowej” narracji katastrofologa M. (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2012/06/m.html), a więc do baśniowej opowieści o „rozerwaniu tupolewa w powietrzu”. Jak bowiem wspominałem wyżej, XUBS 10 Kwietnia obfitowało w przeróżne nadzwyczajne wydarzenia, najpierw wydarzyła się katastrofa na ziemi, a później nad ziemią – lub odwrotnie – to akurat jeszcze (tzn. chronologię, sekwencję) badacze w zaciszu pracowni badawczych spokojnie ustalają, obliczają, wizualizują etc., tak by przesądzić, która z tych dwóch katastrof była pierwsza (to tak jak z ustalaniem relacji między kurą a jajkiem), ewentualnie jedyna.

 
Jeśli chodzi o science fiction, to i blogerzy ścigali się w przeróżnych hipotezach, nie tylko uczeni z wszystkich stron świata (zwani ekspertami) – i chyba nie muszę przypominać, że były to scenariusze wzajmnie ze sobą nie do pogodzenia. Poczynając od 1) zamachu przed przyjazdem Delegacji na Okęcie (Prezydent miał nawet być zabity już w piątek 9 kwietnia 2010, a Delegaci uprowadzeni zanim by dojechali na lotnisko), poprzez 2) zamach przeprowadzony na Okęciu (np. hangar, tunele), 3) uprowadzenie „prezydenckiego tupolewa” z powietrza na jakieś specjalne wojskowe lotnisko (np. Sieszcza, Szatałowo), 4) przelot na inne niż Witebsk-Wostocznyj lotnisko – czynne lub nieczynne (np. Briańsk, Moskwa, Witebsk-Siewiernyj i in.), 5) użycie symulatora głosu (imitującego głos Prezydenta) podczas rozmowy Braci, ale też – o czym chyba spora część blogerów i komentatorów zapomniała – kończąc na… 6), tzn. stawiano również taką hipotezę, że nie wszystkich Delegatów zamordowano. Stawiano taką właśnie hipotezę w blogosferze, przypomnę, w kontekście „indolencji rządu” – sądzono bowiem, że zakładnicy mogą być przetrzymywani, stąd „nie prowadzi się dochodzenia ws. zamachu na Delegację” albo też jest „zakaz otwierania trumien” i „nie bada się zwłok”.

 
Dlaczego zatem nagle scenariusz, w którym faktycznie część osób miałaby ocaleć i uniknąć „katyńskiego rozwiązania” miałby być dla nas „nie do przyjęcia” jako „zupełnie szalony”? Czy już do tego stopnia pogodziliśmy się z pewnymi „wyrokami historii smoleńskiej”, że zwyczajnie takie rozwiązanie (z naszego punktu widzenia) „nie wchodzi w grę”? Czy bylibyśmy rozczarowani wieścią, iż nie zginęło 96 osób, tylko mniej, a więc, że nie „wsie pogibli”? Ja wcale nie byłbym rozczarowany, lecz wprost szczęśliwy na wieść o jakiejkolwiek autentycznie ocalonej osobie z tej „listy 96”. Skakałbym z radości. Ktoś jednak może przytomnie powiedzieć, iż nie ma, jak na razie, na to żadnego dowodu. I słusznie – ale też ja odrzekłbym w odpowiedzi, że taki wariant czy scenariusz „smoleński” nie był chyba do tej pory zbyt dogłębnie badany, prawda? Nawet w blogosferze, w której „analizuje się wszystko”. Może więc warto go – nawet czysto hipotetycznie – rozważyć.

 
Jeśliby wszak zebrać to, co zdołaliśmy obejrzeć (mam na myśli „udokumentowanie zwłok”), to pomijając podejrzany i przedziwny materiał a la e-ostrołęka (tudzież inne „dziwne” zdjęcia), gdzie trudno mówić o identyfikowalności ciał – mamy upublicznione fotografie zaledwie trzech martwych (zidentyfikowanych) osób (na Siewiernym) (chodzi o śp. Prezydenta Kaczyńskiego, śp. Prezydenta Kaczorowskiego i śp. Marszałka Putrę; zdjęcia te zamieszczone są choćby w książce M. Krzymowskiego i M. Dzierżanowskiego: „Smoleńsk. Zapis śmierci”). Z relacji z drugiej ręki (np. tych pochodzących od pełnomocników prawnych Rodzin) wiemy z kolei, iż (pomijając już szeroko skomentowane rażące błędy w dokumentacji medyczno-sądowej, którą przekazano Polsce) fotografie zwłok były bardzo kiepskiej jakości: „Np. były to rozmyte zdjęcia czarno-białe, jakby odbite na kserokopiarce” (cyt. za „Musieli zginąć”, Misiak i Wierzchołowski, s. 38).

 
Co więcej, część ciał (o czym otwarcie mówili krewni określonych osób) nie zostało „okazanych” Rodzinom w Moskwie. Czy jest możliwe, iż Ruscy nie mogli ich znaleźć w swej gigantycznej kostnicy „od katastrof”, skoro już 10 Kwietnia „wszystkie ciała” przetransportowano? Może nie chciano okazać tych ciał krewnym ze względu na obrażenia wskazujące na inne przyczyny śmierci niż wypadek komunikacyjny, a może całkowicie zostały zniszczone (spalone, rozkawałkowane), tak jak to mówił w kwietniu 2010 P. Prusowi na Siewiernym gen. K. Parulski (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/08/prokuratorzy-na-siewiernym.html) (por. też http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/07/natowscy-oficerowie-konferuja.html)? Czy jednak nie jest możliwy taki wariant zdarzeń, że tych ciał po prostu Ruscy by nie mieli i dlatego nie mogliby ich „okazać”, gdyż te osoby (z Delegacji)… nie zginęły?

 
Nie ma wątpliwości, że przy scenariuszu takim, jakim zarysowałem niedawno w „szokujących notkach”, tzn. iż polski rząd (ale też premier J. Kaczyński) wie 10 Kwietnia o tym, że 1) nie ma żadnej lotniczej katastrofy, wie też 2) o uprowadzeniu Delegacji, lecz (załóżmy: w pewien sposób przygotowany przez służby kontrwywiadowcze na możliwy zamach i wsparty potem logistycznie i militarnie przez NATO) 3) urządza kontr-akcję związaną z odzyskaniem zakładników – Rodziny mogłyby być, a nawet musiałyby być wtajemniczone w taką operację (ze względu na konieczność ukrywania potem osób uratowanych). Zarazem zobligowane byłyby do niewyjawiania tajemnicy aż do czasu zakończenia śledztwa (tudzież „cichej wojny”).

 
Jak sobie wyobrażam takie wtajemniczenie? Tak choćby, iż zapowiedziano by Rodzinom, że bliscy nie będą mogli naraz wrócić do domów, gdyż w obliczu grożącego (nie tylko Polsce) konfliktu zbrojnego, dla bezpieczeństwa państwa niezbędne jest „ukrycie” tychże osób i udawanie, że „zginęły w katastrofie”. Na pewno tego rodzaju rozwiązanie byłoby bardzo bolesne dla Rodzin (długotrwała rozłąka – niewykluczone, że brak kontaktu), lecz z drugiej strony byłoby ono dla nich „do wytrzymania”, jeśli wtajemniczeni wiedzieliby, o jak poważną sprawę chodzi. Podejrzewam zresztą, że każdy z nas „wszedłby w taką grę”, gdyby wiedział, iż w ten sposób chroni i swoją rodzinę, i tę ukrywającą się osobę, i zarazem polskie państwo. (Dokładnie tak, jak ukrywano ludzi za okupacji czy za stanu wojennego, by nie szukać odległych przykładów historycznych.) Mając świadomość, że ktoś nam bliski jest w śmiertelnym niebezpieczeństwie, a jego ukrywanie się jest podyktowane wyższymi względami, bylibyśmy, sądzę, w stanie nawet udawać, że (ten ktoś) nie żyje – by chronić (i tę osobę, i nas, i innych). Czy tak stało się po 10-tym Kwietnia? Taką stawiam hipotezę od „czarnego” weekendu (hipotezę w ramach teorii maskirowki).

 
Teraz, tj. w tym zarysowanym wyżej kontekście, niech sobie Państwo przypomną, czy właśnie przedstawiciele Rodzin nie mówili/nie mówią rzeczy zadziwiających (czasem niepokojących, a czasem wcale nie) i czy nie zachowują się poniekąd tak, jakby… czekali na powrót bliskich? (Oczywiście nie ma w tym, co piszę obecnie, nawet cienia wyrzutu – absolutnie; i chcę to bardzo wyraźnie zaznaczyć – uważam wprost, iż rola krewnych Delegatów jest w ogóle kluczowa w odkrywaniu prawdy o tragedii z 10 Kwietnia – w przeciwieństwie do roli przeróżnych ekspertów.) Przypomnijmy więc sobie, co słyszeliśmy od samego początku od Rodzin. Przede wszystkim pojawiały się rozliczne i głośno wyrażane wątpliwości dot. tego, kogo pochowano i w jaki sposób pochowano. O identyfikacjach opowiadano, że postawione były zupełnie na głowie (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/11/woko-relacji-p-zuzanny-kurtyki.html). Mówiono o zalutowaniu trumien i uniemożliwieniu nawet pożegnania się ze zmarłymi. Wiemy też, że powtarzano ceremonie pogrzebowe, ponieważ „wracały jeszcze jakieś szczątki”. Wznoszono symboliczne groby. Nie zezwalano Rodzinom na ekshumacje (do tej pory, wg oficjalnych danych, odbyły się tylko trzy, aczkolwiek była też otwierana w kwietniu 2010 trumna Prezydenta już po sprowadzeniu ciała śp. prof. L. Kaczyńskiego do Polski). Były (i wciąż są) też zdumiewające problemy z odzyskaniem rzeczy po Delegatach (zwłaszcza nośników elektronicznych) itd.

 
To wszystko już wiemy i szeroko to omawiano w blogosferze (ale i w mainstreamie). Było również jednak jeszcze coś istotnego. Pojawiały się wywiady, filmy wspomnieniowe etc. z Rodzinami. Najwspanialsza pod tym względem (co już nieraz zaznaczałem) jest książka p. J. Racewicz „12 rozmów o miłości. Rok po katastrofie” – znakomicie wydana, pełna zarówno oficjalnych, jak i zupełnie prywatnych (momentami wprost intymnych) zdjęć, poruszająca. Wypowiadają się w tej książce wyłącznie osoby spokrewnione (z członkami załogi „prezydenckiego tupolewa” lub poszczególnymi pasażerami), nie ma zatem żadnego dziennikarskiego „ubarwiania narracji”. I np. p. B. Kazana opowiada w niej coś takiego (s. 66-67):

 
Nie mogę sobie przypomnieć, jak Mariusz był ubrany tego poranka, nic nie pamiętam… Wstałam tylko na chwilę, ale zaraz się położyłam. Gdybym wtedy wiedziała… Mieliśmy pożegnać się dopiero w Moskwie. Możesz mi nie wierzyć, ale jestem pewna, jak niczego na świecie, że ręka Mariusza, gdy jej dotykała – była ciepła… Tak jakby zachowała resztki ciepła na ten ostatni nasz dotyk. (…) czułam, że to było Jego pożegnanie ze mną (…)”

 
Nie muszę chyba dodawać, iż żadne zwłoki parę dni po śmierci danej osoby (niekoniecznie nawet w wypadku lotniczym) nie mogą być ciepłe. Czy w ten sposób p. Kazana coś nam sygnalizuje? To np. iż M. Kazana… nie zginął? Nie wiem. Przyznaję szczerze: nie wiem i niczego tu nie chcę przesądzać. Zwracam tylko Państwa uwagę na tę wypowiedź. Nieco wcześniej zaś czytamy (s. 56-57):

 
…w żaden sposób nie mogę się pogodzić z tym, że to się skończyło, po prostu w żaden sposób, w żaden. Jak mam zaakceptować fakt, że ktoś, kogo kocham bez końca, znika nagle? Że zostają Jego rzeczy, niedoczytana książka na półce, stosy papierów, plany na następne dni, a Jego nie ma? Moskwa, ta cała procedura identyfikacji, nie była dla mnie żadnym momentem pożegnania, żadną chwilą, kiedy zrozumiałam, że Go straciłam. Absolutnie. (…) To było coś tak nierealnego, coś tak niezrozumiałego dla mnie, wszystko to, co tam się działo… Wiesz, że nie było ani chwili, w której łączyłabym swoją obecność w Moskwie z Mariuszem? Brałam udział w czymś, co w żaden sposób mnie nie dotyczyło, tak przynajmniej uważałam. Mówiłam sobie – wyjechał, ale przecież wróci, jestem cierpliwa i mogę czekać. Będę czekać na Niego. Wróci, otworzy drzwi, jak zawsze, uśmiechnie się i przytuli mnie na powitanie. I czekam. Mijają dni, tygodnie, miesiące, a Jego ciągle nie ma. (…) To się nawet nazywa „syndrom wyparcia”… Mniejsza o to. Rozmawiałyśmy o tym nieraz i świetnie wiesz, Joasiu, że długo wierzyłam w to i wciąż wierzę, że będzie taki dzień, że On wróci… Że to się nie dzieje naprawdę. Nazywam to wiarą, choć teraz już chyba wiem, że to jakiś przedziwny system obronny… (…)”

 
Po drugie – co także dość łatwo zweryfikować, sięgając do relacji Rodzin – informacja o „trzech rannych osobach” przekazywana była do poszczególnych Rodzin (z różnych źródeł) w taki sposób, jakby wiedziano kto konkretnie został uratowany (tak np. p. Z. Moniuszko miał usłyszeć od 36 splt, o ile wiem, że uratowało się dwóch pilotów i stewardessa (http://www.fakt.pl/Ojciec-sp-stewardessy-Jej-cialo-bylo-w-stanie-idealnym-,artykuly,94207,1.html)). Po trzecie – pojawiały się przedziwne uspokajające komunikaty (właśnie z wojska) dot. tego, iż komuś się nic nie stało lub nie leciał „tym samolotem” (lecz np. jakiem-40). Po czwarte, pojawiały się też wypowiedzi zupełnie kuriozalne, jak ta B. Klicha, skierowana do p. K. Kwiatkowskiej: „Byłem ostatnio na cmentarzu na Salwatorze. Nigdy wcześniej tam nie byłem, ale była piękna pogoda, więc poszedłem tam na spacer. I muszę pani powiedzieć, że Kwiatkowski ma bardzo ładne miejsce” (http://www.eostroleka.pl/wdowa-po-sp-generale-kwiatkowskim-8222minister-klich-gratulowal-mojemu-mezowi-miejsca-na-cmentarzu8221,art26359.html; niestety linki do starych tekstów „NDz” obecnie nie działają – otwiera się główna strona).

 
Po piąte – pojawiały się nawet takie relacje medialne, iż twierdzono, że nikomu się nic nie stało, tzn. że wylądowano szczęśliwie, tj. „bez strat” (przywoływał je 10 Kwietnia J. Olechowski (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/05/milicjanci-przeczaco-kreca-gowami.html); pojawiają się one także w książce P. Kraśki: „Anna Hałas-Michalska pędziła samochodem z Katynia, gdzie była od paru godzin z rodzinami, które chciały położyć kwiaty na grobie swoich bliskich i zapalić znicz, czekając na uroczystości. Gdy ktoś powiedział, że „tutka” miała awarię, nie wierzyła tak jak my w Smoleńsku, że to coś poważnego. Wokół niej rozdzwoniły się telefony. Kolejna informacja: – Samolot się rozbił, ale wszyscy żyją” s. 17). Po szóste, P. Wudarczyk mówił o tym, że część delegacji przybyła „drugim samolotem” (i, zaznaczam, nie miał na myśli jaka-40 z dziennikarzami (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/05/by-jeszcze-jeden-samolot_31.html)) – ta sprawa wciąż jest owiana całkowitą tajemnicą w „historii smoleńskiej”.

 
Po siódme, w książce M. Krzymowskiego i M. Dzierżanowskiego („Smoleńsk. Zapis śmierci”, s. 41-42) jest mowa o tym, że podczas „wstępnej identyfikacji” w namiotach przy pobojowisku („ofiar lotniczego wypadku na Siewiernym”, oczywiście) do czasu „znalezienia” zwłok Prezydenta udało się ustalić tożsamość „około 10 osób” (a i to głównie po „rzeczach przy” ofiarach, typu przypięta do paska legitymacja czy dokumenty osobiste). Ile później ciał zidentyfikowano Krzymowski z Dzierżanowskim nie piszą. Zupełnie zaś nie wiadomo, w jaki sposób „strona polska” dokumentowała te wszystkie pospieszne procedury (i czy dokumentowała je w ogóle, skoro nie zdołała udokumentować dla potrzeb prokuratury akcji poszukiwawczo-ratowniczej na pobojowisku i w „raporcie Millera” czytamy wprost, iż wszelkie dane na jej temat „strona polska” posiada od „MAK”, czyli komisji Burdenki 2).

 
Po óśme, oficjalne komunikaty mówiły o przeprowadzeniu sekcji zwłok ofiar już z 10 na 11 kwietnia w moskiewskiej kostnicy (pomijam tu tajemniczą i wyjątkową, bo jedyną, sekcję smoleńską, w której miał brać udział gen. K. Parulski), tak więc polscy specjaliści, którzy mieli przybyć (dopiero) z min. E. Kopacz z tego względu już nie mieli uczestniczyć w badaniach medyczno-sądowych. Tę ostatnią kwestię wprawdzie przypominała na grudniowym (2011) posiedzeniu „Zespołu”, p. mec. M. Wassermann, lecz pisali o niej już dawno także Krzymowski i Dzierżanowski (s. 123): „- Ze względu na dobro śledztwa w ciągu dwudziestu czterech godzin musimy przeprowadzić sekcje zwłok. Nie możemy czekać na przyjazd Polaków – oświadczył polskim dyplomatom szef Biura [Ekspertyz Medyczno-Sądowych w Moskwie – przyp. F.Y.M.] profesor Władimir Żarow. W tej sytuacji polscy eksperci nie uczestniczyli w żadnej sekcji (z wyjątkiem prezydenta, w Smoleńsku, którą obserwował prokurator Parulski). Na taką procedurę wyraziła zresztą zgodę prokuratura wojskowa w Warszawie, która już w dniu katastrofy upoważniła Rosjan do samodzielnego zbadania zarówno ciał, jak i wraku. W punkcie drugim oficjalnej prośby o pomoc prawną proszono Federację Rosyjską o dokonanie „oględzin szczątków samolotu TU-154 oraz oględzin i otwarcia zwłok”, w punkcie czwartym o „przeprowadzenie badań identyfikacyjnych ofiar”, a w punkcie siódmym o „zabezpieczenie materiału niezbędnego do badań toksykologicznych ze zwłok wytypowanych członków załogi”.”

 
Jak zaznaczają Krzymowski z Dzierżanowskim, nazwiska Parulskiego nie ma na protokole sekcji zwłok Prezydenta (s. 113), co dodatkowo nakazuje postawić pewien znak zapytania przy tejże właśnie sekcji. „Kilka tygodni później, oglądając znajdujące się w aktach śledztwa zdjęcia wykonane w trakcie sekcji, Jarosław Kaczyński stwierdził, że na stole sekcyjnym, oprócz ciała jego brata, znajdował się też fragment nogi z generalskim lampasem. Prokuratura nie potwierdziłą tych informacji, oświadczając jedynie, że z całą pewnością na Wawelu pochowano ciało prezydenta.”  Pod znakiem zapytania stoi także Załącznik nr 7 (do „raportu Millera”) dotyczący stanu zwłok ofiar, gdyż nie został on przekazany do wiadomości opinii publicznej (http://komisja.smolensk.gov.pl/portal/kbw/633/8954/Protokol_z_zalacznikami_dostepny_na_stronach_internetowych.html).

 
Różne dane dotyczące wyglądu ciał ofiar zawiera książka „Zbrodnia smoleńska. Anatomia zamachu” jednakże trudno ocenić, na ile podane w niej (makabryczne dodam) informacje pochodzą z wiarygodnych źródeł, zwłaszcza że w tejże książce forsuje się tezę, że rannych dobijano na pobojowisku (XUBS), tzn. dokonywano egzekucji na Siewiernym „po katastrofie” (spowodowanej zestrzeleniem tupolewa). Krytycznie omawiałem tę książkę w Aneksie-1 do „Czerwonej strony Księżyca” (http://fymreport.polis2008.pl/wp-content/uploads/2012/02/FYM-Aneks-11.pdf), przy tej okazji jednak proszę zwrócić uwagę na dokument (pismo KP do T. Arabskiego) z 9 marca 2010, zeskanowany na s. 41-42 mojej recenzji, gdzie jest mowa o planowanym wylocie Tu-154M 10-04 o godz. 6.30. To zresztą autorzy „Zbrodni smoleńskiej” (s. 659) jako pierwsi podali (na ile zweryfikowaną to osobna sprawa) informację, iż na Siewiernym odbywały się dziwne przeloty tupolewów 8 i 9 kwietnia 2010:

 
8 kwietnia przybył samolot Tu-154M Rossiya Airlines, wpisany jako lot treningowy. Samolot wykonał podejście do lądowania na kursie 259, a następnie odejście na drugi krąg.Po kilkakrotnym powtorzeniu tej procedury wykonał lądowanie i po kilkunastu minutach wrocił do Moskwy. Żołnierzom nie polecono podstawienia trapu do maszyny. Poza lakonicznymi wpisami nie wiadomo nic o tym locie. Zastanawiające jest to, że nie potrzebował zabezpieczania kontroli lotów, nie miał na pokładzie ani cargo, ani pasażerów, nie tankował paliwa.
 
Kierownik lotów w Smoleńsku (nie był to Paweł Plusnin –brak jest podpisu kierownika w dokumentacji, nieznane jest jego nazwisko) nie odnotował, jaki był numer ogonowy tej maszyny, ani kto był jej dowódcą, a jedynie zapisał fakt wykonania jej lotu – tym razem „technicznego”. Nie wpisał nawet godziny startu i lądowania enigmatycznego tupolewa. Najbardziej zastanawiające są jednakloty wykonane 9 kwietnia, w przeddzień katastrofy. Te rownieżodbyły tupolewy, ich właścicielem także była Rossiya.  Dwa z nich miały status „Litiernyj K”, zaś trzeci „Litiernyj A”. Kto więc był tego dnia w Smoleńsku? Premier Putin czy prezydent Miedwiediew? Który z nich zdecydował się na potajemną wizytę na Siewiernym?

 
Jeśli wtedy czuwał nad filmowaniem „pogody w Smoleńsku” S. Wiśniewski, to materiały z tych przylotów powinien w swoim archiwum X mieć. Nic dziwnego jednak, że ich do tej pory nie pokazał, skoro w oficjalnym śledztwie smoleńskim liczy się przede wszystkim SF.
0

Free Your Mind

keep on bloggin' in the free world

13 publikacje
0 komentarze
 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

 
Authorization
*
*
Registration
*
*
*
Password generation
343758