KULTURA
Like

Rzeczpospolita kłamców, czyli Łysiak wkurza

25/05/2014
1274 Wyświetlenia
8 Komentarze
14 minut czytania
Rzeczpospolita kłamców, czyli Łysiak wkurza

„Wkurza mnie dosłownie wszystko” – pisze Waldemar Łysiak we wstępie do wydanej w 2004 roku, czyli w roku Anschlussu do UE, „Rzeczpospolitej kłamców”. A mnie wkurza Łysiak. Wszystko inne też, ale w tej chwili najbardziej wkurza mnie właśnie Łysiak – bo trafił w punkt, obnażył rzeczywistość, pozbawił złudzeń, strzelił w łeb zrzucając mi różowe okulary i sprawił, że stanąłem jak goły na rogu stodoły…

0


 

Gdybyż Łysiak ograniczył się tylko do diagnozy to mógłbym przymknąć oko, ale nie, on musiał się posunąć dalej i oskarżać, wskazać palcem winnych tego całego syfu jaki nas otacza – czyli tytułowych kłamców, kolektywnego Demiurga kreującego otaczający nas świat, ów Salon uzurpujący sobie prawo do wszechwiedzy i decydowania za nas o każdym, nawet najdrobniejszym aspekcie życia.

 

A najgorsze jest to, że Łysiak zrzuca z piedestału świętych pańskich nowej rzeczywistości i bije w ojców założycieli Polski Postokrągłostołowej…

 

Na początku Autor doskonale definiuje czym jest ów Salon, najbardziej wpływowe środowisko III RP – dyktujące trendy, kreujące mody, desygnujące autorytety i zawsze przemawiające ex cathedrea z mocą nie znoszącą sprzeciwu oraz – co dla ludzi myślących staje się oczywiste – wyznacza rządzących. To wszystko, ma się rozumieć, pod płaszczykiem pluralizmu i obrony wykluczonych, które to „ideały” wiszą na Salonowcach jak przeciwdeszczowa kapota na ekshibicjoniście w upalny dzień – no ale, wicie, rozumicie, ludzie przyzwoici inaczej postępować nie mogą…

 

I tu mógł Łysiak skończyć, poprzestać na tym i nie brnąć dalej, nie drążyć…

 

Ale on musiał zabłyszczeć elokwencją, razić w oczy wiedzą, uderzać oczytaniem. I musiał wskazać czytelnikowi nie tylko realia, ale także źródła i osoby, a nawet – o zgrozo! – historyczne korzenie naszego rodzimego Salonu, które umieszcza w paryskich koteriach przełomu XVII i XVIII stulecia oraz niemieckiej „Akademii Prawdziwych Kochanków” co musi siłą rzeczy wywoływać salwy śmiechu u ludzi znających twarze i osiągnięcia naszych rodzimych lwów salonowych… Jakby tego było mało znajduje podobieństwa a nawet identyczności pomiędzy tamtymi spiskowymi sitwami schyłku ery Bourbonów a polskimi „elitami” współczesnymi, które – można odnieść takie wrażenie – zostały żywcem wyciągnięte z czasów tuż przed rewolucją. Gdyby Michnikowi, Blumsztajnowi czy innym tuzom „środowiska ludzi przyzwoitych” nasadzić na łeb pudrowaną perukę nikt nie doznałby żadnego poznawczego dysonansu. Różnica jest tylko taka, że nasi miast gilotyną tną słowem – często znacznie boleśniej i okrutniej…

 

Co najgorsze jednak – Łysiak w „Rzeczpospolitej kłamców” diagnozuje nie tylko polski Salon, co jeszcze od biedy mogłoby mu być wybaczone (wszak najwięksi Salonowcy polskiego pochodzenia są internacjonałami), ale także Salon międzynarodowy – Unię Europejską – jako totalniacki reżim wyblakłych komuchów wcielających w życie internacjonalistyczną ideę swoich dziadów i ojców z Kominternu a wykorzystywany przez Niemcy dążące do hegemonii na kontynencie będącej zwieńczeniem marzeń Bismarcka i Hitlera. Tego zaś wybaczyć nie można, zwłaszcza, że nasi rodzimi euroentuzjaści barwy różowej i czerwonej z wielką radością się pod tą ideą podpisali i każdą krytykę odbierają jako atak na samych siebie. To niedopuszczalne i wołające o pomstę do… no właśnie, skoro laicka Europa w Niebo nie wierzy to kto ma tę zbrodnię pomścić? Odpowiedzcie sobie na to pytanie sami – pomocna może być retrospekcja do czasów, w których dzisiejsi bogowie salonowi byli hołubieni przez ludową władzę…

 

Salon, zdaniem Łysiaka, składa się wyłącznie z przedstawicieli „lewicy laickiej”, ludzi zaczadzonych Marksem, Engelsem, Sartrem a miejscami nawet Leninem i Stalinem, zwalczających każde prawicowe odchylenie z mocą równą – a często i większą – tej, z jaką robili to komunistyczni aparatczycy mrocznej i słusznie minionej epoki PRL-u. Zresztą, co tu dużo gadać, przecież ta elita Salonowa to dawni staliniści albo dzieci stalinistów, którzy przeciwko komunie zbuntowali się dopiero po gomułkowskiej odwilży i moczarowskiej walce z syjonistami z roku 1968-go. Ci „zasłużeni opozycjoniści”, którzy przy okrągłym stole „wynegocjowali” nam „wolność” twardo tkwią korzeniami w czasach UB-eckich katowni i kul pakowanych w tył głowy niezłomnym żołnierzom, nazwanym dla złagodzenia wymowy i nadania odium „żołnierzami wyklętymi”. Staliniści, maoiści, goszyści, trockiści i najgorszego sortu komuchy przebrane w szatki demokratów i piewców wolności – tak Waldemar Łysiak definiuje Salon, tę elitę elit współczesnej Polski i nie tylko. I ma, cholera, rację. Czy to nie może wkurzyć?

 

Jak już wspomniałem ci stalinowcy stali się opozycjonistami ni mniej, ni więcej ale w marcu roku ’68, kiedy to władza szukająca na siłę wroga, którego mogłaby wskazać ludowi, rozpętała antysyjonistyczną (czyt: antyżydowską) nagonkę kosząc niemal wszystkich posiadających starozakonne korzenie „intelektualistów” tworzących PeeReLowski Salon koncesjonowany (warto w tym miejscu przypomnieć, że również wtenczas z kraju zwiał major Zygmunt Bauman, zasłużony pogromca „band” AK i NSZ dziś tak chętnie fetowany przez prezydenta Dutkiewicza). Widać zatem dokładnie, że nie zbuntowali się oni przeciwko władzy z jakichś tam wyższych pobudek ale po prostu dlatego, że skończyło im się koryto. Dodając dwa do dwóch – czyli stalinowców plus okrągłostołową umowę – wychodzi nam nieubłagany wynik: żyjemy w kraju założonym przez stalinowców, przez akolitów Bieruta i Stalina puszczonych w trąbę przez towarzysza Wiesława. Kiedy to nastąpiło nagle zbratali się z lewicą zachodnią, głównie francuską, która sypnęła groszem i pomocą by wesprzeć swoich uciśnionych towarzyszy. Toż przecież dzisiejsze ikony literatury i wolnego słowa – Słonimski, Miłosz i wielu innych – byli właśnie takimi stalinowskimi przechrztami, koniunkturalistami, którzy karierę na zachodzi zrobili nie dlatego, że zwiali ze zniewolonego kraju, ale dlatego, że to władza tego kraju wypięła się na nich i szurnęła ich z kraju. Z tego właśnie środowiska wywodzi się capo di tutti capi dzisiejszego Salonu Adam Michnik, dawny sekretarz Antoniego Słonimskiego, łącznika masońskiej loży „Kopernik” (należącej do skrajnie lewackiego Wielkiego Wschodu) z krajem a przez wielkiego poetę i jeszcze większego patriotę Mariana Hemara nazwanego po prostu – cytuję – „kurwą”…

 

Dla Łysiaka Salonowcy nie są ludźmi honoru bo „nie może być przyzwoity ktoś, kto ma różowe lub czerwone zboczenie” a oni wszyscy właśnie takie „coś w mózgu” mają – lewicowe skrzywienie podparte intelektualistycznymi ambicjami każącymi im stawać na miejscu Mesjasza i prowadzić narody ku wiecznej szczęśliwości. Z tym jednak zastrzeżeniem, że o ile Chrystus pozostawiał ludziom wolną wolę i pozwalał samym decydować, o tyle Salonowcy uważają, że ludzie są za głupi i trzeba ich do tej szczęśliwości pchać siłą – a jeżeli, kiedy już tam trafią, wcale szczęśliwi nie będą to należy i trzeba kijem oraz groźbą wytłumaczyć, że jednak są. Wypisz – wymaluj stalinizm w czystej postaci, choć zamisat dołu z wapnem stosujący ogłaszaną z ambony „Gazety Wyborczej” infamię i anatemę, to jednak w warstwie ideologicznej niczym nie różniący się od tego z lat czterdziestych i pięćdziesiątych.

 

„Faustowski pakt z komunizmem” – tak Łysiak nazywa to umoczenie intelektualistów w reżim a potem, by nie poprzestać na gładkich słówkach, dobija mocniej – sprostytuowanie. Za nakład, za wczasy, za mieszkanie, za szmal, za święty spokój. I wymienia z imienia i nazwiska tych, którzy zatrudnili się w komuszym burdelu – Szymborska, Gałczyński, Lec, Ficowski… i wielu innych, zeszmaconych wcale nie pod przymusem konformistów, którzy odrzucili honor zamieniając go na marksizm praktykujący choć w większości wcale wierzącymi marksistami nie byli – ale to dawało frukta, to się opłacało bo ułatwiało życie w siermiężnej rzeczywistości wczesnego PRL-u. Potem nagle zmienili front, ale stało się to dopiero – jak już zostało wspomniane – po roku ’68, kiedy władza sama się od nich odwróciła a za opozycyjność nie groziła już kula w tył łba a jedynie klaps na uspokojenie – a i to tylko w skrajnych przypadkach. No i, zapomniałbym i pominął, kiedy na tej opozycyjności można było zarobić równie dobrze (a nawet lepiej) jak na służalstwie i to nie tylko polskie złotówki ale również twardą walutę hojnie sypaną przez zachodnich pięknoduchów.

 

Ci, którzy jeszcze niedawno służyli kierowniczej sile narodu powoli sami stali się kierowniczą siła opozycji, znowu jedynie słuszną i nie znoszącą krytyki. A potem, za jakieś trzy dekady, to oni stali się – znowu – kierowniczą siłą „nowej” Polski, już – jak to ogłosiła czwartego czerwca osiemdziesiątego dziewiątego Joanna Szczepkowska – niekomunistycznej. Dobre sobie! Toż przecież te prostytutki stworzyły ten kraj, to oni są bohaterami, autorytetami i wzorami dla współczesnego Salonu kreującego naszą rzeczywistość, to oni są opoką dla tego Salonu, który już po takim łysiakowym dictum trudno nazwać inaczej niż domem schadzek, zamtuzem, lupanarem a najlepiej bez owijania w bawełnę i wprost – zwykłym i najbardziej podłym burdelem. Burdelem, w którym wizyta może się skończyć – w najlepszym wypadku – złapaniem francy.

 

O tym właśnie jest „Rzeczpospolita kłamców. Salon”. Ale nie tylko. To książka poniekąd historyczna, pokazująca na przykładzie „elity intelektualnej” polską drogę od nieludzkich czasów stalinowskich do unijnego Anschlussu i koło, jakie przez ten czas zatoczyliśmy. Łysiak obrazuje to wszystko całym mnóstwem cytatów z ludzi, którzy zeszmacić się nie dali: Zbigniewa Herberta, Gustawa Herlinga – Grudzińskiego, Mariana Hemara, Stefana Kisielewskiego, Leopolda Tyrmanda. Cytatów niekropkowanych, niecenzurowanych i absolutnie politycznie niepoprawnych, których praktycznie nigdzie indziej znaleźć się nie da. To daje jej moc dokumentalną, moc obnażania rzeczywistości i pozbawiania złudzeń. I dlatego właśnie Łysiak mnie tak strasznie wkurza…

– – – – – – – – – –

Książka dostępna tutaj: Waldemar Łysiak “Rzeczpospolita kłamców. Salon”

Inne zapisy autora:

0

Alexander Degrejt
Alexander Degrejt

Prawicowiec, wolnościowiec, republikanin i konserwatysta. Katol z ciemnogrodu.

133 publikacje
29 komentarze
 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

 
Authorization
*
*
Registration
*
*
*
Password generation
334816