Bez kategorii
Like

Przeciw Powstaniu

09/08/2012
171 Wyświetlenia
0 Komentarze
18 minut czytania
no-cover

Nie jest to tekst, z którym się zgadzam, ale uważam, że trzeba go przeczytać.

0


Skończmy z narodową martyrologią i mitologiami klęsk

Kolejna rocznica Powstania Warszawskiego skłania do refleksji, której jednak nie widać w mediach. Powstanie – gigantyczna przegrana militarnie i politycznie bitwa, w której śmierć poniosło 200 tys. cywilnych warszawiaków i 20 tys. żołnierzy Armii Krajowej, przedstawiane jest –w rocznicowych programach – prawie jak jakiś piknik.  „Było fajnie, wywieszaliśmy polskie flagi, śpiewaliśmy piosenki”.

Blednie całkowite zniszczenie stolicy Polski, gigantyczne straty materialne, śmierć setek tysięcy ludzi – w tym wielu z intelektualnej elity narodu – ułatwienie okupacji Stalinowi – wszystkie te wymierne straty, spowodowane decyzją Bora-Komorowskiego i krajowego dowództwa AK odchodzą w niepamięć, a pozostaje przesłanie tych, którzy przeżyli: „Warto było!”
Otóż twierdzę, że nie było warto, a nawet nie wolno było!
Twierdzę, że kontynuowanie kultu Powstania Warszawskiego, robienie z tego państwowego święta wpycha Polaków coraz głębiej w fałszywą psychologię, która nie odróżnia zwycięstwa od klęski, i która w konsekwencji niczego nie nauczy ani obecnego, ani następnych pokoleń.

Kiedy trzeba walczyć?
Zacznijmy od określenia kryteriów ocen jakim powinny podlegać decyzje polityków. Niewątpliwie podstawowym kryterium jest tu „dobro wspólne Narodu”.
Dobro – czyli jego fizyczny i moralny rozwój. „Fizyczny” czyli egzystencja biologiczno-materialna Narodu, żeby Polaków przybywało, żeby żyli coraz lepiej, żeby mieli coraz więcej materialnych dóbr.
Ale też moralny rozwój wspólnoty, żeby Polacy byli ludźmi dobrymi, szlachetnymi, wrażliwymi na potrzeby swoich współ-rodaków i innych ludzi, no i by byli narodem odważnym. Odważnym mądrze – jak w wierszu Asnyka – nie chorobliwie, histerycznie, samobójczo.

Czynnik „fizyczny”,  a więc egzystencja biologiczna jest podstawowy. Jakakolwiek polityka traci sens, kiedy Polaków nie będzie, kiedy zginą, wymrą. Dlatego pierwszą troską polityka powinno być zachowanie „substancji biologicznej” Narodu.
Oczywiście są tu sytuacje szczególne, kiedy wyraźnie widać, że agresja obcych zagraża nam w takim stopniu, że żadne inne środki już nie wystarczą i trzeba walczyć. Trzeba poświecić część Narodu, żeby całość ocalała.
Kiedy w 1920 szła na Polskę bolszewicka nawała – młodzi żołnierze, najczęściej ochotnicy – widzieli wyraźnie, że muszą własnymi piersiami zasłonić Ojczyznę – czyli kobiety, dzieci, tych wszystkich, którzy nie uniosą karabinu, a których – gdybyśmy przegrali – czekałby straszny los. I ochotnicy wygrali. A politycy – kiedy tylko była możliwość zawarli pokój w Rydze. Ten pokój był kompromisem, nie zrealizowaliśmy wówczas celu jakie stawiał sobie Piłsudski – tj. stworzenia niepodległej Ukrainy i Białorusi, które odgradzałyby nas od Rosji. Ale kontynuowanie wojny było zbyt ryzykowne i pokój w Rydze został zawarty.
Nawiasem mówiąc „zdradziliśmy” wówczas naszych sojuszników – Białorusinów z dywizji gen. Stanisława Bułak-Bałachowicza i Ukraińców z dywizji atamana Semena Petlury, którzy do końca walczyli ramię w ramię z nami broniąc Warszawy. To tak a propos późniejszej o ćwierć wieku „zdrady” Anglików wobec nas.
Jednak sytuacja w roku 1920 nie pozostawała nam wyboru – musieliśmy walczyć i zwyciężyć albo umrzeć.

Podobnie było w naszych dziejach 300 lat wcześniej gdy szła na Polskę nawała turecka i nasze wojska wspomagane przez kozaków okopały się pod Chocimiem i wytrzymały ponad miesięczne oblężenie w 1621 r. Też wiedzieliśmy, że jeśli chcemy być wolnym narodem, obronić nasze dzieci i kobiety przez mordem i gwałtem – trzeba walczyć. Nie było innego wyboru.
Jednak kiedy nie ma sił do prowadzenia wojny, to trzeba zawierać nawet niekorzystne chwilowo traktaty. Tak było, kiedy w 1672 kiedy ugięliśmy się przed Turkami oddając im Podole. Po to by w kilka lat później odzyskawszy siły pokonać Turków i odzyskać swoje.

W czasie II wojny mieliśmy wybór. Okupacja niemiecka była niezwykle brutalna, ale zarówno politycy jak i zwykli Polacy wiedzieli doskonale, że to co zbliża się ze wschodu – Armia Czerwona – nie oznacza wolności. Po wywózkach na Sybir ze wschodniej Polski, po represjach NKWD, rozstrzeliwaniach we Lwowie, po wyjściu Armii Andersa , po Katyniu nie było żadnych wątpliwości, że okupacja sowiecka będzie jeszcze gorsza, bo skuteczniejsza. „Niemcy zabiorą nam wolność, a Rosjanie – duszę” – miał powiedzieć  Józef Beck. 
W tej sytuacji Niemcy, które wyraźnie przegrywały wojnę – sami nas okupując – jednocześnie bronili nas przed drugim okupantem. Przy czym w 1944 r. było widać wyraźnie, że Niemcy wojnę przegrały. Że ich upadek to tylko kwestia czasu. W interesie Polski było by Niemcy jak najdłużej trzymali się na wschodzie, a jak najszybciej przegrali na zachodzie. Zresztą w pełnej analogii do wydarzeń 1918 roku.
W tym kontekście plan AK, by walczyć z upadającymi Niemcami był po prostu samobójczy i… głupi.

Błędne polityczne rachuby
Jak zwykle polscy politycy ufają sojusznikom.  Po układzie Jałtańskim, kiedy wszyło na to, że alianci zostawili Polskę w łapach Stalina, Anders przyszedł do Churchilla z wyrzutami, że zostawia nas – sojuszników w sowieckiej strefie wpływów.
Brytyjski premier odpowiedział mu zwięźle: „A zabieraj Pan swoje oddziały!”
Było jasne, że Anglicy nie zerwą ze Stalinem, którego armia licząca 13 mln ludzi niosła na sobie największy ciężar wojny, dla 100 tys. andersowców.  Polityka jest funkcją siły, nie złudzeń. I domeną rozumu, a nie chorych emocji rozhisteryzowanych panienek.
Po wojnie polscy historycy podkreślali zasługi AK, wywiadu w walce z Niemcami, a także znaczenie polskiego wysiłku militarnego dla pokonania III Rzeszy. Były to zabiegi zrozumiałe ze względów propagandowych – zarówno wobec komunistycznych prześladowań Akowców jak i dla podniesienia ducha narodu.
Ale powiedzmy sobie szczerze: bez polskiego wysiłku zbrojnego, bez kilkudziesięciu tys. partyzantów, bez Narviku i Monte Cassino Niemcy też zostałyby pokonane. Co więcej, może ich klęska byłaby większa. Gdyby wojna potrwała cztery miesiące dłużej pierwsze bomby atomowe spadłyby na Berlin, a nie na Hiroszimę. I kto wie jak wówczas potoczyłyby się losy Polski gdyby np. wojska niemieckie stały jeszcze na Bugu?

Nasz wysiłek – z punktu widzenia heroizmu narodowego, zadziorności, woli walki i zwycięstwa, był oczywiście ogromny. Ci dzielni młodzi ludzie, konspirujący, znoszący potem tortury w gestapo, ( a potem w UB) rzucający swoje życie na stos – budzą oczywisty podziw. Ale idzie on w parze z przerażeniem. „Chłopcy silni jak stal, oczy patrzą się w dal…”  – rozbrzmiewa dziarska piosenka Batalionu Parasol. Po to, żeby w kolejnej zwrotce poinformować z dumą, że – „Oddział stoi jak stał, choć poległa już chłopców połowa”. Przerażające!  Nie że „zabiliśmy wrogów połowę, jutro dobijemy drugą” – nie! Powodem naszej dumy ma być to, że poszliśmy na walkę, w której wybili nas prawie do nogi!  Do kitu z taką dumą!

Oczywiście na wojnie heroizm ma swoją wartość. I jeśli czcimy bohaterów np. bitwy pod Zadwórzem w 1920 r., gdzie z  polskiego batalionu zagradzającego drogę Armii Konnej Budionnego, liczącego 330 żołnierzy poległo 318, to dlatego, że tamten heroizm miał sens. Toczyliśmy równorzędną wojnę i dzięki takim bohaterom wygraliśmy ją.
W 1944 r. heroizm warszawskich powstańców był wielki, ale od początku było wiadome, że zostanie zmarnowany. Nie miał on żadnego realnego celu ani politycznego, ani militarnego.
Powiedzmy szczerze – nasz wysiłek militarny po wrześniowej klęsce był praktycznie politycznie i militarnie bez znaczenia dla końcowego bilansu wojny. Czesi nie robili żadnej konspiracji a i tak zostali wyzwoleni.
Polscy politycy przedwojenni w 1939 r. błędnie ocenili swoje siły, a także możliwości  naszych sojuszników – Francji i Anglii. Żaden z tych krajów nie był w stanie Polsce przyjść z pomocą w 1939 r. Anglia – bo nie miała armii lądowej, a Francja – z powodów psychologicznych. Francuzi nie chcieli „umierać za Gdańsk”.  Na skutek błędnego określenia możliwości i wartości sojuszów, my za to zgodziliśmy się umierać za Paryż i Londyn.  I jeszcze bezrefleksyjnie trwaliśmy przy tym szafując krwią naszych rodaków.
Potem podczas całej okupacji właściwie pole manewru było bardzo wąskie – z Niemcami nie byliśmy w stanie zawrzeć pokoju, ale też nie musieliśmy podejmować decyzji  samobójczych.
Jak pisał Józef Mackiewicz – okupacja niemiecka była bezmiernie głupia. Niemcy poniżali Polaków, dokonywali jawnych represji, ostentacyjnie wywołując odruch gniewu. Sowieci później nie popełnią tego błędu. Ich okupacja będzie nazwana „wolnością”.

Nie trzeba głośno mówić
Było jednak jasne już w 1943 roku, kiedy do wojny przystąpiły USA i kiedy Niemcy ponieśli klęskę pod Stalingradem, że Hitler wojnę przegra.  Było też jasne, że w obozie zwycięzców znajdzie się Związek Sowiecki – agresywne, ideologiczne mocarstwo, które zamierza wchłonąć Polskę i narzucić nam swój ustrój. W tej sytuacji polskie podziemie i polski rząd powinny były bezwzględnie oszczędzać siły narodu i przygotowywać konspirację przeciwko nadciągającym sowieciarzom. Niemców należało oszczędzać bo każdy niemiecki żołnierz opóźniał nadejście drugiego, groźniejszego przeciwnika.
Tymczasem działalność  militarna AK wymierzona była przeciw Niemcom. Podobnie działalność propagandowa  Biura Informacji i Propagandy zmierzała wprost do nakręcenia i tak ogromnych antyniemieckich emocji. Czy możemy się temu dziwić? Struktury AK były zinfiltrowane przez wywiad sowiecki, o czym świadczy choćby sprawa Józefa Mackiewicza, którego od wykonania wyroku śmierci wydanego przez AK obronił tylko fakt, że potencjalny wykonawca – Sergiusz Piasecki znał Mackiewicza i zażądał weryfikacji wyroku.
Podobnie pouczający jest los kierownika akowskiego BIP – płk. Jana Rzepeckiego. Który w 1947 r. aresztowany ujawnił wszystkich swoich współpracowników i wezwał ukrywających się żołnierzy AK do złożenia broni. W nagrodę został potem wykładowcą na komunistycznej Akademii Sztabu Generalnego.
Wbrew temu co głosiła komunistyczna propaganda w latach 1945-53 nie było żadnej polityki dwóch wrogów. AK – wbrew oczywistym przesłankom – walczyła dzielnie z Niemcami, a wspierała nadciągającą Armię Czerwoną. Zbrojnie ale też i propagandowo. Czymże innym było używanie wobec sowietów eufemistycznego określenia „sojusznik naszych sojuszników”.

W tę dwuznaczną i ślepą politykę wpisuje się decyzja o wybuchu powstania w Warszawie. Bez gwarancji skutecznej pomocy ze strony aliantów, za to z pewnością, że Stalin nie pomoże, bez broni – bo przecież pistolety i karabiny przeciwko Stukasom , czołgom, artylerii i broni maszynowej – nie były żadną bronią. Wydawanie w tej sytuacji rozkazu do walki było po prostu zbrodnią.
W wyniku tej decyzji stolica Polski została zrównana z ziemią. Zginęło 200 tys. ludności cywilnej i 22 tys. żołnierzy AK. Niemcy stracili tylko 16 tys. zabitych i zaginionych. 
Zabici Niemcy – to przede wszystkim prości żołnierze, często kryminaliści albo Rosjanie z brygady Kamińskiego.
Tymczasem wśród strat polskich mieliśmy kwiat Narodu – którego symbolem stali się wybitni poeci – Krzysztof Kamil Baczyński i Tadeusz Gajcy.   Na skutek zbrodniczej decyzji Bora-Komorowskiego strzelaliśmy do wrogów brylantami.
Utrata dużej części elity, rozbicie konspiracyjnej AK w Warszawie ułatwiło komunistom podbicie Polski po pokonaniu Niemców. Ułatwiło komunistyczną indoktrynację i panowanie nad pozbawionym przywódców, struchlałym społeczeństwem.
Bezwzględnie Powstanie Warszawskie było jedną z większych naszych narodowych klęsk i powinno być przedmiotem rozważnej refleksji i przestrogą dla przyszłych pokoleń.
Sądząc jednak po tonie w jakim relacjonują tę kolejną rocznice media, na to się nie zanosi.

Janusz Sanocki
 

Inne zapisy autora:

0

Jacek

Zagladam tu i ówdzie. Czesciej oczywiscie ówdzie. Czasem cos dostane, ciekawsze rzeczy tu dam. ''Jeszcze Polska nie zginela / Isten, áldd meg a magyart'' Na zdjeciu jest Janek, z którym 15 sierpnia bylismy pod Krzyzem.

1481 publikacje
0 komentarze
 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

 

Authorization
*
*
Registration
*
*
*
Password generation
343758