POLSKA
Like

Polska w Unii i Unia w Polsce

11/10/2021
24 Wyświetlenia
0 Komentarze
16 minut czytania
no-cover

Andrzej Owsiński Polska w Unii i Unia w Polsce Ale też i w innych krajach, a szczególnie w tych które są poddane złośliwym napaściom ze strony unijnej biurokracji za niedostatki w pokorze wobec dyktatu. Na wstępie trzeba stwierdzić, że przed siedemnastu laty wchodziliśmy do zupełnie innej UE niż obecna. Obiecywano nam, że w takim przedziale czasu będziemy z całą pewnością pełnoprawnym jej członkiem, korzystającym z dobrobytu na poziomie średniej unijnej. Zapewniano też o przyśpieszeniu tempa rozwoju, ale też i o poszanowaniu równości wszystkich członków wspólnoty, ich tradycji narodowych, a nawet specyfiki ustrojowej. Wszystko to okazało się zwykłym oszustwem, żaden z krajów byłego sowieckiego łagru nie osiągnął tych obiecanek, mimo, że niektóre wykazały się uległością wobec wymagań brukselskiej biurokracji. Nawet szczególnie […]

0


Andrzej Owsiński

Polska w Unii i Unia w Polsce

Ale też i w innych krajach, a szczególnie w tych które są poddane złośliwym napaściom ze strony unijnej biurokracji za niedostatki w pokorze wobec dyktatu.

Na wstępie trzeba stwierdzić, że przed siedemnastu laty wchodziliśmy do zupełnie innej UE niż obecna. Obiecywano nam, że w takim przedziale czasu będziemy z całą pewnością pełnoprawnym jej członkiem, korzystającym z dobrobytu na poziomie średniej unijnej. Zapewniano też o przyśpieszeniu tempa rozwoju, ale też i o poszanowaniu równości wszystkich członków wspólnoty, ich tradycji narodowych, a nawet specyfiki ustrojowej.

Wszystko to okazało się zwykłym oszustwem, żaden z krajów byłego sowieckiego łagru nie osiągnął tych obiecanek, mimo, że niektóre wykazały się uległością wobec wymagań brukselskiej biurokracji. Nawet szczególnie uległe, a wręcz służalcze Czechy, traktowane zresztą lepiej niż pozostałe dawne “demoludy”.

Co realnie z “darów” UE mamy w Polsce?

Pierwszą odpowiedzią jest oczywiście bilans wpłat polskich  i dotacji unijnych korzystny dla Polski. Nie będę już wypominał poniesionych kosztów konsumpcji tych  dotacji, ale przecież można, a chyba nawet należy do tego bilansu wliczyć “lucrum cessans”, zlikwidowanego na życzenie UE polskiego potencjału produkcyjnego. W odpowiedzi pojawi się natychmiast argument  korzystania ze wspólnego rynku. Pragnę zatem podkreślić: wspólny rynek nie jest zdobyczą UE, lecz odwrotnie, to powstanie Unii zahamowało rozwój tego osiągniecia Ojców Europy ze sługą bożym Robertem Schumannem na czele. Stąd możemy darować sobie wyliczenia materialne, natomiast trzeba nieodzownie zwrócić uwagę na obecność UE w Polsce i nasze wpływy na jej obszarze.

Pierwszym zwiastunem unijnym była reforma administracji, potraktowana jako wstęp, a nawet warunek akcesji. Z jej projektem zetknąłem się na początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy w czasie mojej wizyty, na zaproszenie frakcji chrześcijańsko demokratycznej europejskiego parlamentu, powstał problem finansowania organizowanego przez nią w Polsce seminarium. Chodziło o ustalenie kursu złotego do podstawowych walut. Na moją informację że wynosi on 9,5 tys. zł/US$ zareagowano zwątpieniem i postanowiono udać się do jakiegoś urzędującego w administracji dyrektora. Był to jakiś Niemiec, traktujący zresztą eurodeputowanych z nieukrywaną wyższością. Orzekł, że kurs ma wynosić 8 tys. zł, a przy okazji wyjaśnił, że Polska musi przeprowadzić reformę administracyjną przed ewentualnym przystąpieniem do EWG (jeszcze wtedy nie było UE, ale już się szykowała). Między innymi wyciągnął z biurka mapę z podziałem Polski na regiony, jak pamiętam, było ich dziewięć: po trzy – na północy, w centrum i na południu.

Byłem zaskoczony takim zainteresowaniem Polską, ale kiedyś Jan Olszewski powiedział mi, że będąc premierem miał u siebie na biurku dokument świadczący o znacznie dalej posuniętym planowaniu w stosunku do Polski. Była to mapa podziału Polski wg źródeł projektowanego zaopatrzenia w energię elektryczną. Można było uznać że sprawę naszego uczestnictwa już wówczas traktowano jako przesądzoną, a praktycznie to uważano nas jako swoją własność. Cala komedia z negocjacjami i głośnym obwieszczeniem polskiego triumfu z przynależności, nota bene odniesionego przez rząd komunistycznych prominentów, była zorganizowana wyłącznie na pokaz.

Przy okazji powstaje pytanie: dlaczego tak długo zwlekano z przejęciem spadku po sowieckim imperium?

Niewykluczone, że tak długo trwały negocjacje w odniesieniu do podziału spadku, a z pewnością oczekiwano na spełnienie warunków wstępnych, ale nie tych oficjalnych, które nie wymagały aż czternastu lat, lecz na zlikwidowanie wszelkich elementów mogących stanowić konkurencję dla istniejących w UE, a raczej w Niemczech przedsiębiorstw. W Polsce ofiarą padły: górnictwo węglowe, hutnictwo, cały przemysł elektromaszynowy, elektronika, a przede wszystkim budownictwo okrętowe przy osobistym zaangażowaniu pani Merkel. Nie darowano nawet włoskiego zaangażowania w modernizację poloneza i zlikwidowano cały przemysł samochodowy. Oszczędzono jedynie przemysł czeski, mimo, że też odbiegał od standardów europejskich, ale go po prostu przejęto.

W rolnictwie, poza ograniczeniami produkcyjnymi i dyskryminującymi różnicami w dotacjach, doszło do prawdziwego pogromu w produkcji mleka, które zredukowano do 8,5 mld litrów przy dotychczasowych 16 mld. Był to poziom Holandii, kraju dziesięciokrotnie mniejszego od Polski. W następnym roku skorygowano i podwyższono do 9,5 mld/l, ale ….Holandii! Urzędnicy unijni zakpili sobie z Polski i dzisiaj jeszcze, mimo, że limitów na mleko już nie ma, nie możemy osiągnąć poziomu produkcji sprzed wielu lat.

Wydumany system dotacji powoduje zaburzenia w uprawach rolnych i hodowli, ponadto nie wyzbyto się dyskryminacyjnych różnic mimo zbliżenia poziomu kosztów wytwarzania. Oczywistym ujemnym skutkiem dotacji jest preferowanie upraw najwyżej dotowanych ze szkodą dla racjonalnej gospodarki i potrzeb konsumenckich.

Obecność UE w polskiej gospodarce to przede wszystkim likwidacja autonomicznej wytwórczości na rzecz dostaw dla przemysłu, głównie niemieckiego. Mamy zatem sytuację, w której poziom produkcji, a także dochodów jest uzależniony od zapotrzebowania na polskie półprodukty. Pozbawiono nas szans na konkurowanie z polskimi produktami na europejskim rynku. Stąd nasza obecność na nim jest tak nikła i ogranicza się głównie do produktów rolnych i przemysłu spożywczego, który jest fragmentarycznie tolerowany.

Jest to oczywiście strata dla Polski, ale też i dla UE ze względu na zubożenie wachlarza wyboru, a także konkurencji cenowej, zawsze korzystnej dla konsumentów.

Jesteśmy wyraźnie sekowani w zakresie usług, czego najjaskrawszym wyrazem jest walka z polskimi kierowcami, niestety, mimo naszego położenia między zachodnią i wschodnią Europą niewiele ponadto mamy do zaoferowania w dziedzinie usług. Kiedyś Warszawa czarowała usługami rzemieślniczymi, ale PRL zniszczył niemal wszystko, wprawdzie Ewa Minge zdołała sobie wyrobić markę na zachodzie, a znajomy krawiec, zaproszony do Nowego Yorku, kiedy się zatrudnił u miejscowego krawca, to natychmiast tamten zamieścił reklamę, że ma “warszawskiego krojczego”, ale takich przypadków jest niewiele.

Natomiast w UE jesteśmy obecni w tej dziedzinie, zawdzięczając głównie polskim hydraulikom, może jeszcze ekipom remontowym, wyżej już trudno się wznieść.

W nauce praktycznie nie istniejemy, ale mimo niskich notowań naszych uczelni mamy spory nabór cudzoziemców i to nie tylko z racji tańszych studiów, lecz też z programów nauczania. Przykładem może służyć warszawska ASP, chwalona za nauczanie warsztatu obok studiów. Podobnie zresztą jest w sztuce, oprócz tradycyjnej szopenistyki, niewiele od nas dociera na zachód, poza wybiórczym osiągnięciem w literaturze, co najważniejsze w zestawieniu z rzeczywistym polskim dorobkiem, nie najwyższego lotu odpowiadającym jednak promowanym na świecie trendom. W zdobytych po wojnie nagrodach literackich Nobla znaleźliśmy się zawdzięczając temu w gronie światowej czołówki. Przez chwilę byliśmy nawet modni filmowo, ale dziś już nas nie ma w Europie. Z drugiej strony możemy przyznać, że w tych dziedzinach niewiele korzystamy ze zdobyczy unijnych, o ile można użyć takiej klasyfikacji nauki i sztuki.

Jedno jest pewne, po wejściu do UE zmieniło się w znacznej mierze oblicze naszych miast i wsi, a szczególnie sieć komunikacyjna, co czyni z nas kraj o zbliżonym wyglądzie cywilizacyjnym do zachodniej Europy. Ten trend był jednak zapoczątkowany jeszcze przed wejściem do UE i przypisanie osiągnięć w tej dziedzinie przynależności do niej może być traktowane jako lekka przesada.

Wszystko, co zostało wymienione, a także wiele jeszcze nie wymienionych osiągnięć wynikających z naszego uczestnictwa w UE nie obejmuje spraw może najważniejszych, a mianowicie wpływu na naszą tożsamość.

Po pierwsze: czy mamy poczucie faktu, że jesteśmy Europejczykami, takimi samymi jak Francuzi, Włosi czy Niemcy?

Po drugie: czy mentalność i obyczajowość, a także stosunki międzyludzkie uległy zmianie i w jakim kierunku?

Po trzecie: czy jesteśmy lepiej wykształceni i lepiej przystosowani do współczesnego świata?

Obserwacja naszego społeczeństwa raczej nie napawa optymizmem z racji naszego pobytu w UE. Ciągle mamy uczucie upośledzenia, “prawdziwi” Europejczycy starają się nam nieustannie przypominać o swojej wyższości.

Nie jest to przyjemne, ale przecież nie najgorsze w zestawieniu ze zmianami  w naszej mentalności i obyczajach. Z czasów bardzo odległych mojej młodości określenie “Europejczyk” było uznaniem za dobre maniery i obycie, obecnie nie jest to najlepsza rekomendacja. Wyraźnie odczuwamy brutalizację wzajemnych stosunków, plugawość używanego języka, brak poszanowania dla prawdy itd. Wzorce do tego pochodzą z unijnych źródeł. Powszechna staje się promocja postaw antyreligijnych, w tej akcji biorą nawet udział (zapewne nieświadomie) członkowie hierarchii kościelnej.

Jak już nadmieniłem, podział administracyjny Polski jest dokonany na polecenie Brukseli jeszcze przed przystąpieniem do UE, ale wyraźnie jako warunek. W rezultacie mamy wprawdzie nie dziewięć, ale aż 16 regionów, którym nadano nazwy mające na celu stworzenie z nich odrębnych krain. Tylko województwom łódzkiemu i lubelskiemu nie dało się przypisać innych nazw poza miastami stołecznymi. Te regionalne nazwy zazwyczaj nie są zgodne z obszarem krain historycznych od których się wywodzą, ani nie stanowią z racji swojej specyfiki naturalnego podziału. Są po prostu zjawiskiem przypadkowym, tworem biurokratycznym.

Przedwojenny podział na województwa stanowił je jako organy pomocnicze w administrowaniu państwem. Wojewoda był przedstawicielem rządu nawet wobec ministrów z wyłączeniem premiera i ministra spraw wewnętrznych jako wyznaczonego zwierzchnika. Samorząd na szczeblu wojewódzkim istniał jedynie w Wielkopolsce, jako dziedzictwo historyczne, i na Śląsku, jako wymóg traktatu wersalskiego. Poza tym istniały samorządy na szczeblu gminnym i powiatowym.

W PRL cały samorząd niezależnie od ilości szczebli był instytucją fasadową podobnie jak i sejm. “IIIRP” przejęła formalnie “gierkowski” podział administracyjny w którym w mnogości 49 województw istniał dwuszczeblowy samorząd. Obecnie mamy trzy szczeble samorządu z których gminny i powiatowy mogą uchodzić jako rzeczywiste organy miejscowej władzy, natomiast wojewódzki nie odpowiada zasadniczej potrzebie ze strony określonych więzi społecznych. Odnosi się wrażenie że jest pomyślany przez unijne władze jako organ konkurencyjny dla administracji państwowej, która w zamierzeniu ma ulec obumarciu.

Takie regiony zostały wymuszone na wszystkich krajach unijnych włącznie z Francją dość długo opierającej się tej koncepcji. Jest to przedsięwzięcie dość kosztowne i utrudniające sprawną administrację państwa, ale najwyraźniej o to chodzi. Z kolei partie polityczne starają się wykorzystać sytuację i traktować mnogość szczebli samorządowych jako łup wyborczy dający możliwość nagradzania swoich reprezentantów. Można to potraktować jako zabawę w państwo, gdyby nie koszt tej zabawy i szkody wynikłe z konfliktów interesów.

Polska odczuwa dość boleśnie wtrącanie się biurokracji unijnej w sprawy wewnętrzne państwa, czego koronnym przykładem jest sprawa sądów, wygrywanych, nie tylko przeciwko dobremu funkcjonowaniu wymiaru sprawiedliwości, ale też przeciwko podstawom ustroju państwa. Takich dywersyjnych działań ze strony UE jest wiele, po to chyba istnieje rozbudowany ponad wszelką miarę aparat jej administracji

Mamy zatem rezultat po upływie 17 lat nadmiernej i szkodliwej dla nas obecności UE w Polsce i celowo ograniczonego do minimum naszego w niej udziału. I to jest najważniejszy powód do podjęcia walki o zmianę “oblicza tej ziemi”.

Inne zapisy autora:

0

Andrzej Owsinski
Andrzej Owsinski

766 publikacje
0 komentarze
 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

 
Authorization
*
*
Registration
*
*
*
Password generation
334816