Bez kategorii
Like

Nartowanie i dupcenie

17/03/2012
566 Wyświetlenia
0 Komentarze
13 minut czytania
no-cover

„nartowanie to pikna rzecz, napikniejsza na świecie.. ino zara po dupceniu”.
To stwierdził stary, a doświadczony trudami życia… i nartowania, góral.

0


.

 

Nie ma co przeczyć. Nartowanie też przez dłuższy czas było pasją mojego życia. Można rzec – żyłem dla nartowania.

 

Niestety okoliczności przeróżne, jak uszkodzenie nogi, która silnie reaguje na temperatury poniżej +8 st.C, skutecznie mnie zniechęcają. A i obowiązków coraz to więcej. Jednak „narty chodzą za mną” i śnią się niekiedy po nocach.

Ot, pomyślałem, może by tak chociaż raz zjechać jeszcze ze „świętej góry”, znaczy z Kasprowej. (Bo Kasprowy dla starszych narciarzy to taka święta góra; dopiero „zaliczenie” jazdy tam „pasowało” na narciarza.

 

Synowie wybierali się na narty. Miałem nadzieję, że jakoś się do nich „przykleję”. Bo tylko początkiem marca mogę – temperatura nie za niska, a jeszcze mogę zrobić kilka dni przerwy w pracach ogrodniczych.

Ale gdzie tam, samochód miał już ładunek, a moja waga znacznie obciążyłaby słabe amortyzatory.

Tak  traktuje rodzica, który nauczył ich jeździć na nartach, młode pokolenie.

Fakt, że jednym z powodów mojej perwersyjnej chęci udania się na narty jest brzuch, który zaczął mi już spadać (na kolana). Bo żona podkarmia, ale patrzy na to krzywym okiem. A zabrać ją na Kasprowy – boi się, a do tego „siadły” jej kolana. To kto o mnie zadba po nartowaniu?

 

Młodzież wróciła w niedzielę. W poniedziałek cały dzień jeszcze prace przydomowe. Skończyłem około 20.00. I stwierdziłem, że wszystkich serdecznie chromolę i jadę na 4 dni na narty.

Poszukiwania sprzętu po zakamarkach. Tego niema, tego nie mogę znaleźć (po ciemku wziąłem dwie prawe rękawice narciarskie). Ale jakoś skompletowałem to, co potrzebne. Jeszcze bilet przez internet na pociąg  i zrobiła się 24.00. A odjazd pociągu o 5.40

Pojechałem. W Krakowie o 8.50. Doszedłem do dworca – autobus do Zakopanego stał na stanowisku. 11.20 – Zakopane. Przed dworcem busik do Kuźnic. Kierowca odebrał ode mnie narty i schował. 3 PLN i jestem o 11.40 w Kużnicach.

Pusto, zimno, mgliście, breja. Idę do Jaworzynki – może będą miejsca – zamknięte.

Dogaduję się z chłopakiem w wypożyczalni – przechowa mi plecak. Przepakowywuję. Plecak na plecy, narty na ramię i w drogę.

No, nie do kolejki – nie korzystam. Ja wchodzę pieszo do krzesełka na Goryczkowej. Kiedyś , jakies 20 lat temu, zajmowało mi to 50 min. Teraz – niechby i 2 godziny.

Są już zjeżdżający na dół. Kłaniają się mi z uśmiechem, bo pogoda nie najlepsza. Pani sprzedająca wejściówki zdziwiona, że jeszcze ktoś idzie do góry. A co mi tam. Najwyżej zjadę nartostradą.

Idę.  Żołądek żegna się z cywilizacją.

Bue – znaczy jakieś e 32?

Buue  – znowu jakiś konserwant.

Bue – jest jeszcze i E64, czy coś koło tego.

 

Po godzinie marszu tabliczka „Dolna stacja kolejki 0,4 km”. Dobre sobie. Tylko nie dodali, że z tych 0,4 km to przynajmniej 150 jest do góry.

Bue – tym razem kiełbaska – chyba rzepedzkim dymem wędzona.

Godzina dwadzieścia. Dochodzę. Co prawda pot mi  po … spływa, ale wturlałem się. W bacówce pusto. Barszczyk i fasolka. Pół godziny odpoczynku. Dopasowuję buty. Duże problemy z zapięciem klamer – coś z przodu blokuje możliwość pochylenia… w końcu… jakoś… sposobem. Jest. Pierwszy problem rozwiązany.

14.00 jestem na krzesełku. Mgła. Dojeżdżamy na górę.

Mgła się przerzedza i na górze jest słońce. Poniżej warstwa chmur tak na wysokości ok. 1800 m.n.p.m. Widać samą kopułę Giewontu z krzyżem (Polonia powinna wybierać się w góry z dziećmi, a nie szukać obrazków z Rio), to rzadki widok. Dopiero dalej masyw Czerwonych Wierchów z mgłą wypełniającą żleby.

Jadę w dół. Nawet jakoś idzie.

Robię trzy obroty – i starczy. Jak powstaną zakwasy – to przechlapane.

Zjeżdżam do Ronda i szukam noclegu. Trafiam na Zwierzyniecką – to  uliczka prowadząca „Do Pana Szewca”. (Nigdy wcześniej nie nocowałem w Zakopanem – bo fama szła o wysokich cenach i kłopotach z miejscami).

Miejsce – bez problemu – zapytałem pod numerem 13 bo to było 13. 03. Warunki dobre, a cena przystępna. Gaździna sympatyczna i rzutka (też narciarka).

 

W ogóle jestem pozytywnie zaskoczony zmianami – autobusiki kursują sprawnie, kierowcy uprzejmi i pomocni. I nie jest to tylko wyuczona uprzejmość, ale już styl. Sympatyczne traktowanie na kwaterach, a ceny nie takie wysokie , jak fama głosi. Niższe niż w Białce.

 

Na kwaterze – przestronnie i wygodnie. Jest kuchnia, gdzie można nawet samemu gotować. Jakieś zakupy, herbata, kanapka, prysznic – i jestem tak padnięty, że idę spać. Leżąc już analizuję, co mnie nie boli. Że noga – wiadomo, prawa ręka – pozostałość jesiennej nauki latania, też. Kłopot, że trudno mi utrzymać kijek. Wszystkie mięśnie – no czuję. Chyba tylko nos i uszy…

Drugi dzień.

Wejście – 1h15min.

Nawiązuję kontakt werbalny z panią od wejściówek. Mówi, że jestem drugi wchodzący z nartami.

Na górze mgła i prószy. Trudna jazda „w mleku”.

To specyficzny rodzaj nartowania. Bo jest jazda na stoku – to mogą wszyscy, ale piękna jest jazda ze skrętem „ciętym” – wygląda to jak pływanie. Bez wysiłku, bo narty same wyrzucają ze skrętu w skręt – trzeba tylko odpowiednio ustawić sylwetkę. Mało takich narciarzy – i zawsze przyjemnie na nich popatrzeć.

Jest jazda w kopnym śniegu – też specyficzna, a wymagająca dużych umiejętności. I jest jazda we mgle. W zasadzie najwyższe umiejętności, bo jedzie się jak z zamkniętymi oczyma (wszystko jedno – i tak, nic się nie widzi). Błędnik nie działa, bo nie ma punktów odniesienia. Śnieg i mgła zlewają się. Wykonywanie skrętów jest bez udziału wzroku – na podstawie wyczuwania terenu nogami. Trudne, ale wrażenia niesamowite.

Mnie to „wyczuwanie terenu nogami” za bardzo nie wychodzi. Jazda szarpana, bardzo męcząca. A oczu nie otwieram, bo zacina drobnym śniegiem – nie mam gogli, a okulary tu tylko dodatkowo przeszkadzają.

I co też to żelastwo nie potrafi z człowiekiem zrobić….

 

„Zaliczam” 4 zjazdy i do domu. Czuję wszystkie mięśnie i doskonale wiem, gdzie zaczynają się nogi. Jakoś dotarłem. Poleżałem pół godziny. Trzeba jeszcze zejść i coś kupić. I problem – schody.

Schody, jak sama nazwa wskazuje, to wymysł górali, aby okazywać swą wyższość nad ceprami.

Wracam. Prysznic i na „wyro”. Nartowanie jest cudowne. Jak to dobrze, że jestem sam i nie mam okazji do tej większej przyjemności. Chyba bym nie przeżył.

 

Trzeci dzień. Pani stwierdza, ze jestem piąty – była grupa 4 osób.

1h15min., ale już bez „wysiłku woli”. Na górze „lampa”. Jeździ się nieźle – a trzeci dzień jest kryzysowy.

Mam już nawet kilka odcinków płynnej jazdy. Nawet pojechałem po nieratrakowanej trasie – ale to jeszcze nie te umiejętności.

6 zjazdów. Twarz piecze od „przysmażania”. Schody jakby bardziej przystępne. Nawet trochę czytałem wieczorem.

4 dzień. Tym razem jestem 9, a zacząłem wchodzić prawie pół godziny wcześniej niż poprzednio.

(Rozmawiam w bacówce – też zauważają, że bardzo mało ludzi wchodzi pieszo. A jeśli już – to raczej starsi. Często pod 70-kę).

1h5min. Po wejściu – już nie odczuwałem konieczności picia. Aklimatyzacja.

Znowu „lampa”. Krem i zasłaniam się jak mogę przed słońcem. Jest więcej ludzi.

Nogi jeszcze słabe, ale mam już sporo „dobrych” odcinków. Dostrzegam, że dziewczyny zatrzymują się , aby popatrzeć jak jadę. Znaczy, że chyba zbliżam się do normy.

 

Cóż. Znaczy – jeszcze jakoś daję radę.

Trzeba zakończyć eskapadę. Czas wrócić do mojego zielska ogrodowego.

Więc, jakby ktoś z czytających zamierzał upiększyć swą działkę liliami, albo piwoniami, albo funkiami – to zapraszam do nabycia u mnie. Tą drogą wspierać będziecie takie eskapady.

A gdyby naszła was chęć uprawy warzyw takich jak pomidory, ogórki, czy selery – to też rozsady można u nas zamówić. Takie warzywa nie zawsze bywają najpiękniejsze, ale nie ma po nich „żołądkowych pożegnań cywilizacji”. A smak jest taki, że człowiek wie dlaczego je.

 

No to wróciłem (żona mnie przywiozła z dworca). Psy wykonały taniec radości. Kot od razu pobiegł do miseczki – to przejaw jego miłości – tak swego Pan kocham, że pozwalam mu się nakarmić smakołykami.

Położyłem się spać. Jeszcze tylko przyszedł kot. Miałknął prosząco, a kiedy go zawołałem, wskoczył na łóżko, polizał  po nosie , przytulił się i zaczął mruczeć mi do ucha kołysankę.


PS. Kiedy rano pochyliłem głowę, to nawet zauważyłem coś poniżej brzucha. I to bez patrzenia w lustro. O!!!
0

Krzysztof J. Wojtas

Zainteresowania z róznych dziedzin. Wszystko po to, aby ustalic wartosci, jakimi warto sie kierowac w wyborach.

207 publikacje
5 komentarze
 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

 
Authorization
*
*
Registration
*
*
*
Password generation
343758