Artykuły redakcyjne
Like

Milczenie Donalda Tuska

01/11/2013
861 Wyświetlenia
13 Komentarze
9 minut czytania
Milczenie Donalda Tuska

W ostatnich dniach Donald Tusk dostał dwa poważne ostrzeżenia na przyszłość. Pierwszym,  było oczywiście zdjęcie opublikowane w tygodniku „wSieci”, dokumentujące radosne „tete-a-tete” naszego premiera z Putinem z 10 kwietnia 2010 roku. Drugim, upublicznienie dolnośląskich „taśm prawdy” Platformy Obywatelskiej przez „Newsweeka”. Spróbujmy przyjrzeć się bliżej tym dwóm, pozornie bardzo odległym faktom.

0


 

Komentatorzy polskiego życia publicznego, kilku z mainstreamu, ale głównie ci z blogosfery nie mieli raczej  wątpliwości, że, jeśli zdjęcie opublikowane przez braci Karnowskich jest autentyczne, to wykonał je człowiek, posiadający, w tamtej chwili, przyzwolenie FSB na obecność  w specjalnej, chronionej zonie, która musiała podlegać szczególnej opiece, z racji pobytu w niej samego Władimira Putina. Pozostała grupa vipów oczywiście także była ważna, ale, nie oszukujmy się, to osoba, wówczas premiera Rosji decydowała o absolutnej szczelności wszelkich służbowych zabezpieczeń. Mówiąc prościej, żaden paparazzi nie miał najmniejszych nawet szans na zrobienie zdjęcia Putinowi i Tuskowi. Sprzęt fotograficzny i wszelkie akcesoria będące w posiadaniu fotografa musiały podlegać szczegółowej kontroli. Nie trudno sobie bowiem wyobrazić, że zamiast spustu migawki można pociągnąć za cyngiel pistoletu albo odpalić ładunek wybuchowy, przypominający lampę błyskową.  Może tylko z tego punktu widzenia patrząc, zdjęcia wykonane wtedy w Smoleńsku można traktować jako ”druk ścisłego zarachowania”. Stawiam dolary przeciwko gruszkom, że FSB doskonale wie, kto wykonał zdjęcie, znajdującego się w euforii Tuska i dobrotliwie, ale jednak z wyższością, uśmiechającego się doń Putina. Trzeba dodać także, że jest więcej niż pewne, że nie możemy mówić tu o żadnym przypadku, czy o akcie antyreżimowego spisku. Bracia Karnowscy znaleźli się na końcu tego pasa transmisyjnego i jestem pewien, że zdają sobie z tego doskonale sprawę. Jeśli wykluczyli fałszywkę i nie dali się wprowadzić na pole minowe, czego nie można jeszcze oczywiście wykluczyć, zdjęcie, zgodnie z polską racja stanu, musieli opublikować.

Sprawa „taśm prawdy” pozornie wydaje się być lżejszego kalibru. Jakichś dwóch szeregowych członków Platformy Obywatelskiej Edward Klimka i Paweł Frost dokumentuje cyfrowo korupcyjne propozycje,  składane im przez kolegów z PO, w zamian za głos na Jacka Protasiewicza w wyborach na dolnośląskiego barona Platformy. I od razu biegną z tym do „Newsweeka” Tomasza Lisa, a ten znany wszem i wobec, jako tarcza oraz sierp i młot Donalda Tuska i Platformy Obywatelskiej, skwapliwie te materiały upublicznia. Los rządu wszystkich lemingów zawisł przez chwilę, tj. 30 października 2013 roku, na włosku. A może tylko takie mieliśmy odnieść wrażenie! Nie to jest najważniejsze!

Ileż przypadków w jednej banalnej historii. Dwóch platformianych frajerów Klimka i Frost, z własnej nieprzymuszonej woli sięga po urządzenia elektroniczne do rejestracji głosu i obrazu, następnie chowają nagrane dowody do kieszeni i jadą do Karpacza na zjazd i głosują? Potem, na pewno z ciężkim sercem, pędzą do znanego platformerskiego sługusa, który oczywiście, teoretycznie, jako ostatni, powinien kompromitować Tuska i Protasiewicza, ale tym razem ochoczo robi wyjątek i odpala tę bombkę. Nikt Tomasza Lisa nie miesza jednak z imienia i nazwiska w tę aferę. Nawet Stefan Niesiołowski (może się boi?).

Wygląda na to, że koledzy Lisa po fachu z TVN-u w ogóle zapomnieli o jego istnieniu. On, Lis, na pewno nie miał z taśmami Klimka i Frosta nic wspólnego. Po prostu „Newsweek” trzyma najwyższe dziennikarskie standardy. I docieka prawdy jak TVN, cała dobę! Dość jednak takich żartów, bo mało kto w nie uwierzy.

Tomasz Lis odgrywa w tej historii całkiem poczesną rolę. To już nie tylko dziennikarz-propagandysta i poplecznik partii rządzącej. To zdecydowanie ktoś więcej. Raczej nasłana szara eminencja pociągająca za polityczne sznurki, gdzieś z foyer. Zadanie do wykonania musiało być naprawdę poważne, że „dziennikarz” Tomasz Lis zdecydował się ujawnić, tak ostentacyjnie, swoją agenturalną rolę.

I jako się na wstępie rzekło Donald Tusk dostał dwa ostrzeżenia z agentura sowiecką w tle, bo to jest podstawowa konstatacja, która łączy smoleńskie zdjęcie z „taśmami prawdy”. Pierwszym posłańcem złych wiadomości było „szerokie gardło”, które wypluło zdjęcie dla tygodnika „wSieci”. Donald Tusk wie dużo, bardzo dużo na temat Smoleńska i o świadomości tej wiedzy trzeba mu od czasu do czasu przypominać, by już do końca swoich dni nie spał spokojnie. Może był to sygnał, że nazbyt biernie przygląda się rozwojowi badań nad 10 kwietnia profesora Cieszewskiego?

A zaraz potem, przebrany za posłańca przybył stary dobry znajomy „pluszak” premiera, wcześniej jakże dla niego miły i opiekuńczy, agent i „dziennikarz” w jednej osobie, używający pseudonimu operacyjnego „Tomasz Lis”. Nie, absolutnie nie występował jako rzecznik Grzegorza Schetyny. Tego wykorzystano tylko  jako pretekst. Zresztą Schetyna, to już wrak człowieka; oczy rozbiegane, ręce drżą, koniec już bliski. A Tomasza Lisa także pilotuje „szerokie gardło”.

Jeśli jednak Donald Tusk myślał, że jeszcze coś znaczy na tej politycznej szachownicy, to  niespodziewanie „możni tego świata” znad Wołgi, Newy i Moskwy uświadomili mu rzeczy zgoła odmienne. Lis podał na tacy także jeszcze jedną informację. Nie tylko premier musi chodzić na krótkiej smyczy, także cała, „jego”, formacja polityczna. Bo PO to już kolos na glinianych nogach, który może co najwyżej rozdawać synekury w spółkach skarbu państwa. O synekurach w partii i prawdziwej polityce decyduje już od dawna „szerokie gardło”. I niewątpliwie najwięcej na ten temat mógłby powiedzieć niejaki Leszek Miler. Ale on nic nie powie, bo czeka na wytyczne. Niekoniecznie musi się doczekać, ale historia z ruskimi srebrnikami uczy, że jeszcze się do czegoś przyda. Miler, poza tym, cierpliwy jest…

Milczenie to teraz obowiązek i egzystencjalny imperatyw Donalda Tuska a także… plan na resztę życia. Beata Gosiewska może wzywać premiera 24 godziny na dobę, żeby skomentował zdjęcie ze Smoleńska, a ten pary z gęby nie puści. Prędzej zapadnie się pod ziemię, jak to uczynił w ostatnich dniach. Nie dziwmy się. To nic przyjemnego, gdy dręczą cię senne koszmary, a nad ranem w łóżku, obok nas, leży obcięty, zakrwawiony koński łeb. Doprawdy sytuacja nie do pozazdroszczenia.

Pamiętacie powieść Thomasa Harrisa pt. „The Silence of the Lambs”(„Milczenie owiec”). Pamiętacie ten dialog:

– A więc coś cię obudziło. Co? Coś ci się śniło? Co to było?

– Obudziłam się i usłyszałam krzyk owiec. Obudziłam się w ciemności i gdzieś obok przeraźliwie beczały owce. (…)

– Nadal budzisz się czasami w środku nocy, prawda? Budzisz się w kamiennej ciemności i w uszach masz krzyk owiec?

Czy już wiecie skąd to upiorne milczenie Donalda Tuska?

Inne zapisy autora:

0

Maciej Rysiewicz
Maciej Rysiewicz http://www.gorliceiokolice.eu

Dziennikarz i wydawca. Twórca portali "Bobowa Od-Nowa" i "Gorlice i Okolice" w powiecie gorlickim (www.gorliceiokolice.eu). Zastępca redaktora naczelnego portalu "3obieg". Redaktor naczelny portalu "Zdrowie za Zdrowie". W latach 2004-2013 wydawca i redaktor naczelny czasopism "Kalendarz Pszczelarza" i "Przegląd Pszczelarski". Autor książek "Ule i pasieki w Polsce" i "Krynica Zdrój - miasto, ludzie, okolice". Właściciel Wydawnictwa WILCZYSKA (www.wilczyska.eu). Członek Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.

628 publikacje
270 komentarze
 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

 
Authorization
*
*
Registration
*
*
*
Password generation
334816