Bez kategorii
Like

Gdzie są pszczoły? Globalny kryzys zapylania

06/03/2011
497 Wyświetlenia
0 Komentarze
26 minut czytania
no-cover

Czy można żyć bez pszczół?

0


 

Na całym świecie w zastraszającym tempie giną pszczoły. W Chorwacji w marcu 2007 roku w ciągu 48 godzin z uli zniknęło pięć milionów tych owadów, w USA ich populacja w ciągu czterech lat spadła o jedną trzecią i po raz pierwszy od 80 lat konieczny był import pszczół z Australii. Z kolei w Niemczech ich liczba w ciągu ostatnich pięciu lat zmniejszyła się prawie o połowę.

 

 

 

 

W Polsce mieszka ponad 1,1 miliona pszczelich rodzin. Każda z nich w zależności od pory roku liczy od 10 do 100 tysięcy osobników, czyli latem, w szczycie sezonu, bzyczy ich u nas nawet 110 miliardów. Ale wkrótce może się to zmienić. Jeśli sprawdzą się najczarniejsze scenariusze, owoce, warzywa i wszelkie produkty pozyskiwane z blisko 80 proc. gatunków roślin uprawnych mogą stać się towarem luksusowym albo wręcz nieosiągalnym. Cały świat zmaga się dziś z kryzysem zapylania, a jego punktem wyjścia są stare poczciwie pszczoły. Owady te kojarzą się nam głównie z miodem, ewentualnie z woskiem i mleczkiem pszczelim. Jednak ich prawdziwe znaczenie dla naszej gospodarki wiąże się z przenoszeniem pyłku między kwiatami. Według różnych szacunków wkład pszczół jako zapylaczy w globalną ekonomię jest od kilkunastu do kilkudziesięciu razy wyższy niż zysk z „ubocznych” produktów, takich jak miód. Badacze z Niemiec i Francji oszacowali, że praca stworzeń przenoszących pyłek kwiatowy jest globalnie warta co najmniej 153 mld euro rocznie. Mniej więcej jedna trzecia tego, co jemy, jest pośrednio lub bezpośrednio uzależniona od zapylania przez owady. Bez udziału pszczół plony większości gatunków owoców naszej strefy klimatycznej są dziesięciokrotnie niższe. O ile globalny brak miodu będziemy w stanie przeboleć, o tyle „owocowe” konsekwencje mogą być katastrofalne.

 

Zapamiętajcie dobrze smak owoców, którymi delektowaliście się ostatniego lata, bo wkrótce mogą zniknąć ze straganów i sklepowych półek. Na ratunek wzywamy trzmiele i muchy.

 

 fot. Trzmiel ziemny i pszczoła

 

Wyleciały z ula i nie wróciły

 

Chociaż pierwsze zwiastuny nadchodzącego kryzysu obserwowano już od dawna, w pełni objawił się on dopiero latem 2006 r. Blisko połowa pasiek w Stanach Zjednoczonych straciła wówczas ponad trzy czwarte pszczół. Na przestrzeni czterech kolejnych lat niepokojące oznaki zaobserwowano także w ulach europejskich, m.in. w Portugalii, Hiszpanii, Francji, Belgii, Grecji i Niemczech. Z najnowszych raportów wynika, że w tym roku zjawisko CCD, czyli Colony Collapse Disorder (masowe ginięcie kolonii), w zachodnich mediach nazywane beepocalipse (od angielskiego bee – pszczoła), uderza też w polskie pszczoły.

 

– W ciągu ostatniej zimy z polskich uli zniknęło powyżej 10 procent pszczół ostrzega Tadeusz Sabat, prezydent Polskiego Związku Pszczelarskiego.
 

 

Poważne kryzysy pszczelarstwa zdarzały się już wcześniej. W latach 60. i 70. ubiegłego stulecia pasieki zdziesiątkowała plaga warrozy, pasożytniczej choroby pszczół wywoływanej przez roztocze z rodzaju Varroa. Pokaźne żniwo zebrały też epidemie wirusowe, wywoływane m.in. przez wirusa zdeformowanych skrzydeł. W obydwu wypadkach udało się zidentyfikować przyczynę i dosyć skutecznie się z nią rozprawić. Z CCD jest dużo gorzej. Symptomy ma nietypowe. W gnieździe przebywa królowa, plastry wypełnione są młodymi larwami i zapasami jedzenia. W ulu brakuje tylko pszczół. Co więcej, w jego pobliżu nie ma też śladów po trupach tych owadów. Ul wygląda tak, jakby robotnice i trutnie po prostu nagle go opuściły, pozostawiając larwy i królową na pastwę losu. Naukowcy przypuszczają, że w obliczu śmierci pszczoły zachowują się jak starzy Indianie – opuszczają dom i umierają w samotności. Chora pszczoła nie chce zarazić reszty rodziny ani zakazić miodu, więc jak tylko zaczyna źle się czuć, wylatuje z ula (jeśli nie zdąży, pszczoły strażniczki urządzają jej pogrzeb, wynosząc jej zwłoki na zewnątrz na swoich ramionach). Możliwe jednak, że z pewnych przyczyn (o których dalej) pszczoły po prostu nie trafiają z powrotem do ula, a już tak mają, że do żadnego innego nie polecą.
 

Mimo czterech lat intensywnych badań nie udało się jednoznacznie określić przyczyny CCD. Wśród hipotez znalazły się między innymi te, obarczające winą wprowadzenie upraw roślin modyfikowanych genetycznie (GMO).

 

– Żywność modyfikowana genetycznie na pewno nie ma decydującego wpływu na beepokalipsę, bo problem dotyka też terenów wolnych od GMO, czy ekologicznych pasiek – tłumaczy Tadeusz Sabat.Według niego znacznie bardziej prawdopodobną przyczyną są środki chemiczne używane w rolnictwie. – Najwięcej pszczół ginie tam, gdzie rolnictwo jest zaawansowane technologicznie, zamiast płodozmianu występują monokultury, a środków chemicznych używa się za dużo. Widać to także w Polsce: CCD w największym stopniu dotknęło województw dolnośląskiego i wielkopolskiego, a więc terenów, gdzie rolnicy są najbogatsi i używają najwięcej nawozów – analizuje Sabat.

Jak wynika z badań, największe szkody przynoszą te środki, w których substancją czynną jest imidakloprid

 

Winnym CCD może być także cukier, którym zimą dokarmia się pszczoły. Kiedyś cukier był bielony wapnem, a teraz coraz częściej używa się w tym celu chlorku sodu, czyli soli, a ta dla pszczół jest zabójcza. Zresztą w cukrze mogą być też ślady szkodliwego imidaklopridu, który jest stosowany w uprawie buraka cukrowego – tłumaczy Tadeusz Sabat.

Parlament Europejski pod koniec 2008 roku przyjął rezolucję, w której stwierdził, że wspomniany pestycyd jest szkodliwy, i zwrócił się do państw członkowskich o wycofanie go z użycia. Pod naciskiem pszczelarzy zdelegalizowały go Niemcy, Francja i Słowenia. – W Polsce imidakloprid jest legalny, ale nawet gdyby został wycofany, będzie się rozkładał w glebie przez następne trzy lata – mówi Sabat. I dodaje, że w maju przyszłego roku w całej Unii Europejskiej ma wejść w życie restrykcyjny przepis – rolnik będzie musiał udowodnić konieczność użycia środków chemicznych w swoim gospodarstwie.

Dowodem na to, że pszczołom szkodzi chemia, są Chiny, gdzie pestycydy stosuje się na potęgę. W słynnym filmie dokumentalnym "Milczenie pszczół"  pokazano południowy Syczuan, prowincję w środkowo-zachodniej części kraju, gdzie w wyniku niekontrolowanego użycia środków ochrony roślin pod koniec lat 80. pszczoły zniknęły zupełnie. Zapylania sadów w stu procentach dokonuje się tam ręcznie. Każdej wiosny rolnicy za pomocą szczoteczek do zębów zdejmują pyłek z kwiatów, suszą go, a następnie nakładają go na kwitnące drzewa owocowe miotełkami z bambusa i kurzego pierza. Dziennie jedna osoba może zapylić najwyżej 30 drzew. By zastąpić pszczoły, w każdym gospodarstwie średniej wielkości trzeba by zatrudnić jakieś sto tysięcy ludzi, bo tyle pszczół liczy rodzina zbierająca nektar i zapylająca rośliny od rana do nocy.

Teraz zapylaniem zajmują się ludzie, ale na dłuższą metę to się nie sprawdzi. W ciągu 20 lat trzeba znaleźć inne rozwiązanie. Kraj się zmienia, coraz więcej ludzi migruje do miast, nie ma komu pracować – mówi doktor Tang Ya z Uniwersytetu Syczuańskiego.

 

Fala zabija pszczoły

 

Inna teoria mówi, że zanikanie pszczół spowodowane jest szkodliwym oddziaływaniem telefonów komórkowych. Emitowane przez nie – a także przez coraz popularniejsze sieci z bezprzewodowym Internetem – fale elektromagnetyczne zakłócają zdolności nawigacyjne pszczół, przez co robotnice nie potrafią odnaleźć drogi do ula.

Najnowsze badania wskazują jednak, że choć fale elektromagnetyczne wpływają na pszczoły, to ich znaczenie nie jest tak duże. Na pewno nie można zrzucać całej winy na komórki – mówi doktor Paweł Chorbiński, weterynarz z Katedry Epizootiologii i Kliniki Chorób Zakaźnych Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu.

Istnieje nawet teoria, która mówi, że jeśli wyginą pszczoły, człowiek będzie miał przed sobą tylko cztery – pięć lat życia – dodaje doktor Chorbiński.

 

Oczywiście do grona podejrzanych należą także liczne pasożyty, aczkolwiek wiele wskazuje na to, że infekcje bakteryjne, grzybicze i wirusowe oraz inwazje roztoczy to zjawiska wtórne – pojawiają się, by po prostu dobić młode nieporadne robotnice i królową matkę. Słychać coraz bardziej śmiałe głosy, że CCD to wynik zbyt intensywnej eksploatacji pszczół. Pszczelarze zarabiają krocie, wynajmując swe roje sadownikom i plantatorom. Pasieki są przewożone z miejsca na miejsce, od jednej uprawy do drugiej, często na olbrzymie odległości. Na czas kwitnienia migdałowców do samej Kalifornii trafia blisko połowa spośród 2,5 mln pszczelich rodzin z terenu całych Stanów Zjednoczonych. Pszczoły zdezorientowane ciągłą zmianą miejsca nie mogą trafić do swoich kolonii, błąkają się, dopóki nie padną z wyczerpania, a opustoszałe ule stają się łatwym łupem dla pasożytów.

 

Wirus izraelski

 

W dochodzeniu dotyczącym masowego ginięcia pszczół za jednego z głównych podejrzanych uznaje się wirus izraelskiego paraliżu pszczół. Wykryto go w Izraelu w 2004 roku. „Wirus powoduje śmierć dorosłych pszczół. Owady wylatują z ula i zamierają poza nim, w polu. Czasem widać pszczoły mające objawy paraliżu, pełzające wokół uli z drżącymi skrzydełkami” – piszą Sylwia Kasprzak i Grażyna Topolska z SGGW na łamach miesięcznika „Pszczelarstwo”.

Coraz więcej naukowców skłania się jednak do teorii, która łączy poprzednie hipotezy.  Na masowe ginięcie pszczół prawdopodobnie wpływa wybuchowa mieszanka czynników: środków chemicznych, wirusów, fal elektromagnetycznych i pewnie jeszcze kilku innych, z których nie zdajemy sobie sprawy – twierdzi doktor Gene Robinson, biolog z Uniwersytetu w Illinois.

 

Superpszczoły albo superrośliny

 

Dopóki przyczyny CCD będą leżeć w sferze domysłów, widmo świata bez zapylaczy jest całkiem realne. W badania nad tym zjawiskiem inwestuje się olbrzymie pieniądze, ale równie duże środki przeznaczone są na prace nad planem „B”, czyli rozwiązaniem problemu zapylania bez udziału pszczół miodnych. Miliony lat koewolucji zapylaczy i zapylanych przez nie roślin doprowadziły do wypracowania niezwykle wyrafinowanych strategii. Prosty z pozoru proces, jakim jest przeniesienie ziarna pyłku z pręcika na znamię słupka kwiatu, został „obudowany” całym szeregiem mechanizmów mających zabezpieczyć roślinę przed samozapyleniem. Zapylacze, zapewniając wymianę materiału genetycznego między poszczególnymi osobnikami tego samego gatunku, stali się gwarantem zachowania bioróżnorodności roślin. Kształt, barwa oraz zależne od oświetlenia ruchy kwiatu są u wielu gatunków ściśle przystosowane do konkretnego gatunku „kuriera”. W wielu przypadkach są nim pszczoły miodne, a zastąpienie ich to zadanie trudne. Ręczne zapylanie przy pomocy pędzelka, chociaż niezwykle skuteczne np. w przypadku upraw domowo-balkonowych, nie przyjmie się na liczących setki hektarów plantacjach.

 

Instytuty naukowe prowadzą bardzo zaawansowane technologicznie badania nad selekcją odpornych linii hodowlanych pszczół na podstawie analizy DNA. Genom pszczoły miodnej zsekwencjonowano już w 2006 roku, tuż przed plagą CCD. Do tej pory udało się zidentyfikować kilka wariantów genów zapewniających zwiększoną odporność na pasożyty. Naukowcy z grupy Agricultural Research Service z Honey Bee Breeding, Genetics and Physiology Research Unit w Baton Rouge opublikowali w październiku zeszłego roku wyniki badań nad linią charakteryzującą się wysoką ekspresją genów z grupy VSH (Varroa-sensitive hygiene – dosłownie „higiena związana z warrozą”). Pszczoły z tej linii potrafią rozpoznać i wyeliminować z gniazda poczwarki i larwy, na których żerują roztocza, niszcząc inwazję pasożyta w zarodku.

 

Inni badacze próbują „rozgryźć” problem od drugiej strony, starając się uzyskać nowe odmiany roślin, z powodzeniem zapylające się samodzielnie. Pierwszy sukces na tym polu ogłosili sadownicy z Kalifornii. W ich wypadku motywacja była niezwykle silna – tamtejsze plantacje migdałów bardzo poważnie ucierpiały wskutek plagi CCD. Badacze z grupy Craiga Ledbettera, genetyka z Crop Diseases, Pests and Genetics Research Unit w Parlier, wyhodowali odmiany tych drzew, które dają wspaniałej jakości owoce wskutek samozapylenia. Kluczem do sukcesu była krzyżówka samopylnych hiszpańskich migdałowców (dających nie najlepsze owoce) z najlepszą kalifornijską odmianą o wiele mówiącej nazwie nonpareil (niezrównane). W ślady tych badaczy pójdą zapewne zespoły na całym świecie i za kilkanaście lat przynajmniej w przypadku części upraw pszczoły staną się zbędne. 

 

Wołanie bartnika na puszczy

 
 

Na razie jednak w skali globalnej zdecydowanie większe nadzieje można wiązać z propagowaniem innych gatunków zapylaczy. Pszczoła miodna (Apis mellifera mellifera) znakomicie spisywała się zarówno jako producentka miodu, jak i przenosicielka pyłku.

 

fot. Pszczoła miodna (Apis mellifera mellifera)

 
 

Stosunkowo łatwa w „obsłudze” zdominowała pasieki w całej niemal Europie i Ameryce Północnej. Od połowy XIX w. inne odmiany pszczół, żyjące w stanie półdzikim w barciach, zostały zepchnięte na margines. Pasieki, w których utrzymuje się rodziny „borówek”, przetrwały w Polsce zaledwie w kilku rejonach, m.in. w puszczach Augustowskiej i Białowieskiej. Trudno się dziwić – obsługa barci zamieszkanych przez wyjątkowo kąśliwych mieszkańców, dających w dodatku dużo mniej miodu niż „udomowieni”, stała się zajęciem dla pasjonatów. Jednak dziś, w obliczu kryzysu, kiedy bardziej zaczyna się liczyć zapylanie, dzikie i półdzikie gatunki oraz odmiany pszczół mają szansę na wielki powrót.

 

fot. "Wielorodzinny" ul (Huiweiler – Niemcy)

 

Pszczelarze sięgają także dalej . Pszczoły miodne to zaledwie siedem z liczącej blisko 20 tys. gatunków rodziny pszczołowatych. Tam gdzie nie chodzi o miód, wybór jest teoretycznie olbrzymi. Problemem jest już natomiast znalezienie gatunków, które są sprawnymi zapylaczami, tworzą duże kolonie i dają się hodować w kontrolowany sposób. To ostatnie nastręcza najwięcej problemów – wystarczy przypomnieć wizję z filmu „Rój”: dzikie pszczoły zaczynają atakować ludzi.  Na szczęście wśród pszczołowatych są gatunki o nieco łagodniejszym usposobieniu. Na polskim rynku pojawiły się już wysokiej klasy specjalistki od zapylania, kryjące się pod wdzięcznymi nazwami w rodzaju  murarka ogrodowa (Osmia rufa), porobnica włochatka (Anthophora plumipes) czy też nożycówka pospolita (Chelostoma florisomne).

 

     

fot. Murarka ogrodowa                                     fot. Porobnica włochatka

   

 Trzmiel z pudełka

 

W branży naturalnych zapylaczy hitem ostatnich lat są poczciwe trzmiele (często nazywane do dziś – zupełnie niesłusznie – bąkami). Ich zasadniczą przewagą jest większa odporność na złą pogodę. Dla wielu roślin, w tym drzew owocowych, kluczowa dla rozpoczęcia kwitnienia jest długość dnia – może być chłodno, a one i tak w pewnym momencie rozwiną kwiaty. Tymczasem pszczoły są niezwykle wrażliwe na temperaturę. Na dobrą sprawę nie ruszają się z ula, jeśli na zewnątrz jest mniej niż 12 stopni Celsjusza; podobnie  działa na nie zachmurzenie. Trzmiele są twardzielami – wkraczają do akcji już przy 8 st. C i niewiele robią sobie z braku słońca. Doskonale sprawdzają się przy pogodzie takiej, jaką mieliśmy chociażby minionej wiosny. Trudno się więc dziwić, że rynek sadowniczy i ogrodniczy podbijają niewielkie ule z trzmielami. W najprostszej wersji to po prostu zwykłe tekturowe pudełka z liczącą od kilkudziesięciu do kilkuset osobników  rodziną trzmieli ziemnych (Bombus terrestris) – wystarczające przeciętnie na 1,5–2,5 tys. m kw. upraw. Koncern Koppert, holenderski potentat na rynku ekologicznych środków ochrony roślin, oferuje także ule w wersji hi-tech – pudełka wyposażone w system łączności bezprzewodowej, z „bramkami” sterowanymi zdalnie przez stację pogodową. Dzięki temu trzmiele wylatują z gniazda tylko wtedy, kiedy panują optymalne warunki do zapylania, a światło jest wystarczająco intensywne, by owady zachowały dobrą orientację w przestrzeni.

 

 

 fot. Trzmiel ziemny

 

Z punktu widzenia hodowców wielkim atutem trzmieli jest też fakt, że można hodować je przez cały rok, w warunkach zamkniętych, przypominających do pewnego stopnia hodowle terrarystyczne. Owady te – w przeciwieństwie do innych pszczołowatych – nie mają rozbudowanego tańca godowego. Przyszłe matki nie są wybredne i zadowalają się niemalże pierwszym lepszym trutniem. Co więcej, sterowanie poziomem dwutlenku węgla i temperaturą w pomieszczeniu hodowlanym pozwala na kontrolowanie rójek i zwiększenie liczby matek. Teoretycznie rzecz biorąc – dysponując niewielką grupą zarodową – można wyprodukować szybko całkiem sporą liczbę rodzin. A to dobry znak. Zapotrzebowanie na trzmiele jest tak olbrzymie, że polscy hodowcy przyjmują zapisy na ule z dwumiesięcznym wyprzedzeniem.

 

Jeszcze korzystamy z usług owadów, ale gdy kryzys się pogłębi albo CCD przeniesie się na inne gatunki, trzeba będzie sięgnąć po stworzenia zapylające większego kalibru. Wizja wpuszczania pod osłoną nocy stada nietoperzy do tunelu z pomidorami, aczkolwiek niezwykle ciekawa, wydaje się jeszcze na szczęście dość odległa…

 

 

 

Źródło: Focus.pl, Przekrój.pl, miesięcznik.pszczelarstwo.pl, biodar.com.pl, zgapa.pl, materiały własne (foto)

  

0

Hrabia Ups-Gafa

Najwiekszym zlem, na które cierpi swiat, to nie sila zlych, lecz slabosc dobrych - Charles Louis Montesquieu

225 publikacje
0 komentarze
 

Dodaj komentarz

Authorization
*
*
Registration
*
*
*
Password generation
343758