25052017Nowości:
   |    Rejestracja

Zacznijmy mówić o sprawach życiowych


Sprawy poważne życiowo dla przeciętnego Polaka to przede wszystkim praca dająca oprócz satysfakcji ambicjonalnej, godziwe pieniądze umożliwiające utrzymanie rodziny. O takiej pracy można mówić w odniesieniu do około 11 mln Polaków, a powinno ją mieć przynajmniej 15 mln. Mamy zatem pracę na dwie trzecie. Na drugim miejscu znajduje się sprawa mieszkania, tak się bowiem składa, że statystycznie brakuje nam przynajmniej 1,5 mln mieszkań, czyli przeciętna polska rodzina ma mieszkanie, ale nie całe. Na trzecim miejscu jest z pewnością szkoła dla dzieci, nie byle jaka, ale posiadająca warunki na dobre i wszechstronne wychowanie. Mogę zaryzykować twierdzenie, że takich szkół brakuje co najmniej dla jednej trzeciej uczniów.


Na następnym miejscu jest chęć uzyskania pewnego komfortu życia, a szczególnie możliwości wyboru określonych dóbr i przyjemnego spędzenia wolnego czasu.

Jeżeli możliwość realizacji tego jest uzależniona od poziomu dochodów osobistych Polaków to jest ona w zasięgu najwyżej połowy naszych rodaków w kraju.

Wszystko to jest już osiągnięte w społeczeństwach zachodniej Europy, stąd taki powszechny pęd do znalezienia się wśród nich.

Niestety mimo już blisko trzydziestoletniego przebywania w tym towarzystwie większość tych umiarkowanych pragnień pozostaje nadal w świecie marzeń mimo że

Tak niewiele potrzeba żeby je urzeczywistnić.

Trzeba zacząć od pracy bo od niej wszystko zależy o ile jest to praca pożyteczna, niestety za sprawą wszechwładnej biurokracji i nepotyzmu w Polsce jest ogromna masa zatrudnionych fikcyjnie. Jest to dziedzictwo PRL, w której musiały się znaleźć stanowiska dla partyjnych i ubeckich bonzów przejęte przez kolejne rządzące partie.

Szczytowym „osiągnięciem” w tej dziedzinie jest administracja Warszawy narosła obecnie do 7 tys. urzędniczych etatów. I pomyśleć, że komisaryczny prezydent Warszawy – Starzyński zrobił z tego prowincjonalnego miasta garnizonowego za carskich czasów – europejską metropolię mając do dyspozycji około 250 urzędników.

Tą chorobą objęte są też przedsiębiorstwa, w których przynajmniej większość udziałów posiada skarb państwa.

Praca pożyteczna to przede wszystkim przemysł i budownictwo, w usługach też przydałaby się inicjatywa rozwojowa, chociaż jak na razie Polacy mało z nich korzystają, jak choćby z hoteli i restauracji wykazując zaledwie jedną trzecią przeciętnego poziomu w UE.

Jesteśmy po prostu za biedni.

Dorobić się możemy przez znaczne zwiększenie produkcji przemysłowej i budownictwa, a przede wszystkim eksportu.

Trzeba zatem raźno wziąć się za te dziedziny, w których mamy natychmiastowe szanse na odrobienie strat. Jak już wielokrotnie pisałem należą do nich przemysł okrętowy, produkcja maszyn i urządzeń dla rolnictwa i budownictwa, przemysł chemiczny, a także lekki pod warunkiem prawidłowego rozwiązania stosunków handlowych z Chinami w skali europejskiej.

Przypisano nam rolę dostawcy dla gospodarki niemieckiej, podział ról jest taki, że w Polsce produkuje się elementy, Niemcy z nich montują produkty eksportowe, jak np. – samochody i zgarniają zysk.

Najwyraźniej korzysta się z doświadczeń GG, w której polskie fabryki produkowały dla Niemiec różne wyroby, tylko że wówczas częstokroć potajemnie produkowano w nich broń i inne produkty dla polskiego podziemia.

Taki podział ról nie daje szans rozwojowych dla polskiego przemysłu nie mówiąc już o zyskach.

„Partnerstwo” polskie zostało docenione przez Niemców z okazji tradycyjnych targów hanowerskich, tylko że szefowa rządu niemieckiego ocenia je z innego punktu widzenia niż szefowa rządu polskiego. Dla pani Merkel satysfakcjonujące jest dobre wywiązywanie się polskiej gospodarki z tej roli jaką Niemcy jej wyznaczyły.

Pani Szydło cieszy się z polskiej myśli technicznej zaprezentowanej na targach.

Na skalę światową ani pokazany robot, ani elektryczny autobus, produkt fabryki niemieckiego pochodzenia, nie stanowią rewelacji, ale jeżeli chodziło o zademonstrowanie, że Polska nie jest tylko terenem wykonywania niemieckich projektów to może i wystarczyło.

Mnie w każdym razie takie przedstawienie nie satysfakcjonuje, jestem przekonany, że stać nas na znacznie więcej i można było to pokazać.

Polska powinna energicznie włączyć się do światowego procesu techniczno rozwojowego.

Nie korzystamy z potencjału intelektualnego naszych placówek badawczych, głównie z braku możliwości warsztatowych, pod tym względem niewiele się zmieniło od czasów PRL Doświadczyłem tego na własnej skórze.

Wszyscy liczą na państwowy garnuszek, ale ten jest skąpy, bo musi przede wszystkim wykarmić swoich pretorian, a brakuje nam wielkich przedsiębiorstw zainteresowanych i zdolnych do utrzymania odpowiednio zasobnych placówek badawczych.

Ponadto musi istnieć bieżący kontakt z produkcją, czego brakuje placówkom niezwiązanym bezpośrednio z przemysłem.

W rezultacie chodzi o stworzenie nowych miejsc pracy gwarantujących odpowiednią efektywność, a dla pracowników dobre warunki pracy z godziwym wynagrodzeniem.

Skala tego przedsięwzięcia jest ogromna, chodzi bowiem o miliony stanowisk.

Pierwszym krokiem w tym kierunku powinno być budownictwo mieszkaniowe, a także obsługa własnej gospodarki przez dostarczanie jej maszyn i urządzeń polskiej produkcji i oczywiście zwiększenie eksportu do skali odpowiadającej wielkości naszego kraju.

Poruszony temat mieszkań dla Polaków stanowi jedną z największych bolączek społecznych. Poza brakiem ilości mieszkań, przynajmniej półtora miliona, wchodzi w grę i wielkość i jakość. W tej chwili większość naszych zasobów mieszkaniowych to dorobek PRL, charakteryzuje się on bardzo niską przeciętną powierzchnią mieszkalną nieprzekraczającą 50 m.2 i podłą jakością wykonania z pokutującą do dziś „wielką płytą” na czele.

Współczesne budownictwo jest znacznie lepszej jakości, powierzchnia przeciętna to około 100 m2, co stwarza już godziwe warunki bytowania dla rozwojowej rodziny.

Tylko że tych mieszkań buduje się w mikroskopijnej ilości, przeciętnie niewiele ponad 100 tys. rocznie, a trzeba budować przynajmniej 300 tys. i jest to możliwe bez wielkich dodatkowych inwestycji.

Pożądane byłoby stworzenie możliwości budowy własnego domu dla polskiej rodziny, ze strony państwa potrzebne w tym celu jest ułatwienie w dostępie do działek budowlanych. Przestrzeni w Polsce nie brakuje, przeszkodą są biurokratyczne przepisy tworzone chyba specjalnie po to żeby podnieść cenę działek.

Byłoby dobrze gdyby obecnie dostępny tylko elitarnie pęd do budowy własnego domu upowszechnić zarówno za sprawą pomocy, a nie utrudnień jak to ma miejsce obecnie, ze strony administracji terenowej jak i obniżenia kosztów budownictwa. To ostatnie będzie możliwe przy zwiększonej skali produkcji materiałów budowlanych i rozszerzenia prefabrykacji.

Polska ma piękne tradycje w organizowaniu szkolnictwa zarówno z czasów przedrozbiorowych, zaborów, międzywojennego niepodległego państwa polskiego, okupacji, a nawet z czasów PRL, kiedy to wielu nauczycieli narażając się osobiście próbowało ratować polskie dzieci przed bolszewicką indoktrynacją.

Ciekawe, ale dotąd nikt im w minionym prawie trzydziestoleciu za to nie podziękował.

Niestety proces odrodzenia polskiej szkoły w duchu najświetniejszych polskich tradycji nie został konsekwentnie przeprowadzony. Zamiast tego poddano szkołę najrozmaitszym eksperymentom mającym na celu jej „unowocześnienie”.

W efekcie mamy do czynienia z niewielką ilością bardzo dobrych szkół i powszechną masą tkwiącą jeszcze korzeniami w PRL.

Przeszkodą w poprawie sytuacji są niedostatki kadry nauczycielskiej, najlepszym na to dowodem jest ZNP najwyraźniej partyjno ubiackiej proweniencji.

Niestety dopóki warunki pracy i płacy nauczycielskiej nie poprawią się radykalnie będziemy skazani na bylejakość polskiej szkoły ze stałym zagrożeniem szkodliwego oddziaływania.

Ratunkiem mogłoby się okazać wprowadzenie „bonów szkolnych”, ale bez aktywnego udziału rodziców nie da się tego problemu rozwiązać.

Komitety rodzicielskie zaangażowane w spieranie szkoły pod każdym względem mogą przyczynić się do uczynienia z nich dobrych ośrodków i nauki i wychowania.

Biurokraci ministerialni są przekonani, że są w posiadaniu swoistego „kamienia filozoficznego” kształtu polskiej szkoły, a przecież o jakości każdej szkoły nie decydują urzędowe programy, ale ci, którzy w niej pracują – nauczyciele, rodzice i same dzieci. Pozostawiając więcej swobody w organizowaniu i prowadzeniu szkół na pewno wyzwolimy wiele społecznej energii z pożytkiem dla całego procesu wykształcenia młodych pokoleń Polaków.

Pozostaje problem szkolnictwa wyższego, pęd w kierunku zdobycia dyplomu wyższej uczelni spowodował swoisty boom handlowy w ich tworzeniu nie oglądając się na możliwości personalne i techniczne.

W efekcie mamy mnóstwo szkół nominalnie „wyższych” z kadrą, o której się mówiło, że są profesorowie nadzwyczajni i zwyczajni, ale przeważają „nienadzwyczajni”.

Stan faktyczny jest jeszcze gorszy, przeważają absolutnie nienadający się na wykładowców wyższych uczelni. Ponadto mnożone są studia w dziedzinach nie mających odpowiedniego zapotrzebowania, brakuje natomiast specjalistów w dziedzinach potrzebnych dla rozwoju Polski.

Niezbędna jest weryfikacja szkół wyższych i wzmocnienie tych, które stwarzają perspektywy rozwojowe.

Jak zwykle na to potrzebne są pieniądze, a te mogłaby dostarczyć rosnąca gospodarka, a nie tylko budżet państwa.

Podniesienie poziomu dobrobytu polskiego społeczeństwa nie może być osiągnięte bez zwiększenia dochodu narodowego i podniesienia poziomu wydajności pracy.

Podwyższanie płac bez oparcia o wzrastające dochody z działalności gospodarczej może przynieść tylko inflację.

Niezależnie od tego należy przeprowadzić określoną weryfikację wynagrodzeń.

Jak na razie obserwujemy dbałość o relatywnie wysoki poziom płac śladem z PRL w czołówce biurokracji, resortach siłowych, prokuraturze i sądownictwie.

Reszta jest wrzucona do jednego worka na peerelowskiej zasadzie: – komunista – cztery trzysta, socjalista – trzy czterysta, a reszta hołoty – po półtora patyka i marsz do roboty.

Poza tym jak w PRL istnieje raj dla kombinatorów wykorzystujących różne możliwości mnożenia dochodów.

Przywrócenie normalnych relacji zarobkowych będzie możliwe pod warunkiem stworzenia właściwych relacji zatrudnienia uwzględniając użyteczność społeczną podejmowanej pracy.

Pan Tusk w swoim czasie ogłosił, że „polskość to nienormalność”, – nienormalność to stworzyli tacy jak on począwszy od PRL i niestety za ich sprawą kontynuowaną po dzień dzisiejszy.

Najwyższy czas żeby normalność przywracać.

Napisane przez:


 

Podziel się z innymi

Polecane artykuły

Ilość komentarzy: 2 dla artykułu "Zacznijmy mówić o sprawach życiowych"

  1. zjanusz zjanusz pisze:

    Największą tragedią w III RP (raczej PRL) było oświatowe i propagandowe zamieszanie. Kolejne reformy szkolnictwa zamiast poprawić kształcenie młodych ludzi prawie całkowicie je „rozwaliły”. Ja w PRL ukończyłem 7 klas podstawówki + 4 liceum + 4,5 studia i jedynie pod względem angielskiego odstawałem wykształceniem w porównaniu do dzisiejszych młodych ludzi kończących studia, a prawdopodobnie w wielu innych dziedzinach nauki ich przewyższałem. Młodym ludziom pakowano do głowy z jednej strony, że jako Polacy jesteśmy głupi i zacofani względem Zachodu, a z drugiej propagowano i zmuszano do kształcenia się na kolejnych szkolnych szczeblach, aż do szkoły wyższej takich, dla których najwyższym możliwym osiągnięciem intelektualnym było ukończenie jednej ze szkół zawodowych (które uprzednio przezornie polikwidowano). „Wyprodukowano” w ten sposób wielu nieszczęśliwych ludzi z dyplomami szkół średnich i wyższych. Zacytuję klasyka: „Idiota z dyplomem, to taki sam idiota, tylko z pretensjami”, w dodatku nieraz unieszczęśliwiony na całe życie. Także propagowanie robienia tzw. kariery przez młodych ludzi w miejsce wstrzymania się z prokreacją, w dodatku przy stale ograniczanych możliwościach robienia tej „kariery” na drodze rozwoju małej przedsiębiorczości i zarezerwowaniu możliwości robienia kariery w administracji dla „swoich” dzieci zaowocowało u wielu młodych wstrzymaniem zakładania rodzin, frustracją i silnym parciem w kierunku emigrowania z Polski. Nie warunki materialne, brak mieszkań, ale brak jasno wytyczonych perspektyw rozwoju i bogacenia się wypcha młodych ludzi z Polski, a u pozostałych rodzi niezadowolenie i zamęt w myśleniu. Niedługo może okazać się, że po wymarciu powojennych wyżów demograficznych mamy nadmiar mieszkań, których nie będzie miał kto utrzymywać i trzeba je będzie wyburzać, albo przyjąć do Polski islamistów. A perspektyw rozwoju dla młodych jak dotąd nie było, taki dalej nie będzie. Pomyślmy co by było gdyby tak znowu wprowadzić w Polsce kapitalizm jak za Wilczka, uprościć prawo, a zwłaszcza zmniejszyć ilość krępujących przepisów gospodarczych i zwolnić do produkcji niepotrzebnych w związku z uproszczeniem przepisów wielką część urzędników? No ale wcześniej, to chyba musiałby nastąpić krach gospodarczy, jak po wprowadzeniu stanu wojennego w 1981r i Polacy mądrzejsi o wiedzę z okresu PRL-bis nie daliby się wykiwać jak w tedy (i teraz).

  2. pablo3 pablo3 pisze:

    tak, w zasadzie zgadzam sie z Panem Januszem. kasta urzednicza uwaza sie za madrzejrza i lepsza, co jest poparte w duzej mierze statusem spolecznym i majatkowym, a takze licznymi przywilejami, glownie nieformalnymi. dlatego, trudno przypuszczac, aby to co napisal Pan Andrzej, bylo przez nich odpowiednio wykorzystane, a tym bardziej zrealizowane. tym bardziej, ze „Mateuszek” a dla innych „Balcerowicz”, to swiete postacie. to prawda, ze za „Mateuszka” wiele rzeczy sie realizuje i gospodarka ruszyla z kopyta, ale miara porownawcza z Balcerowiczem, musi zawsze wypasc korzystnie. i z tego powodu, a takze tego o czym napisal Pan Andrzej, potrzebne jest wypracowanie odpowiedniej rownowagi ekonomiczno-spolecznej. wypada, aby wokol kasty rzadzacej i ich rodzin, powstaly wielkie monopole, na wzor japonskich zaibatsu i koreanskich czeboli, a dla reszty spoleczenstwa winny zostac otwarte rowniez szerokie mozliwosci rozwoju, typu pakietow Wilczka, odlichwowanego systemu kredytowo-inwestycyjnego, czy odpowiedniego wyregulowania parytetu gospodarczego, etc…

Dodaj komentarz

Dodaj komentarz

 

303705