KULTURA
Like

Zabiłem Piotra Jaroszewicza. Rozdział 2

15/07/2013
885 Wyświetlenia
8 Komentarze
25 minut czytania
Zabiłem Piotra Jaroszewicza. Rozdział 2

— Lubi pan pogrzeby? — zapytał, rozlewając koniak. — Jak skończymy butelkę, to będzie pan wiedział, dlaczego o to pytam. Rozumiem, że zatrzyma się pan na noc?

0


 

— Tak ustalaliśmy. Co do pogrzebów, to nie mam do nich stosunku emocjonalnego. Ot, coś się kończy. Zaczyna się życie po życiu. Nie wiem nawet, gdzie pochowano Jaroszewicza. Na Powązkach? Był pomysł, żeby tych, którzy wysługiwali się Rosjanom, wykopać i przenieść w inne miejsce. Wielu żołnierzy podziemia zakopywano tam, gdzie później stawiano szalety. W Ameryce takimi rzeczami się nie przejmują. Był taki admirał.

— Popełnił samobójstwo.

— Wykryto, że nosi odznaczenie, które przysługuje tylko tym, którzy byli w walce. A on piął się w górę jako zwolennik oglądania jej z boku. Dociągnął do stopnia admirała.

— Jeremy Boorda.

— Pochowali go na cmentarzu zasłużonych w Arlington. Jak sprawa wyszła na jaw, to dokonano ekshumacji.

— Pogrzeb, o którym chciałbym opowiedzieć, to pogrzeb Jaroszewiczów. Nie mogłem sobie odmówić, żeby nie pójść.

— Chowano towarzysza Piotra z honorami wojskowymi?

— A wie pan, że nie. Dobre pytanie. Był przecież generałem dywizji.

— Były inne rządy.

— To też. Chowano ich na cmentarzu komunalnym. Była to na swój sposób demonstracja tych, którzy zarządzali Polską z ramienia Rosjan.

— Przyszło dużo osób?

— Kilka dobrych tysięcy. Zleceniodawca też przyszedł.

— Mówi pan o Jaruzelskim?

— O nim samym. Nie przyszedł sam.

— Nie było obawy, że ktoś pana rozpozna?

— Przebrany byłem za starą, przygarbioną kobietę. Jasne, że wszystko mogło się zdarzyć. Pomysł, żeby się przebrać, podsunął znajomy, który obstawiał kościół, gdzie miał odbywać się chrzest dziecka ukrywającego się wtedy Borusewicza. Spodziewano się, że tatuś może się pojawić. I nie pomylono się. Tyle że Borusewicz ich przechytrzył. Pojawił się przebrany za kobietę. Dowiedziano się o tym po fakcie.

— Jaruzelski był z obstawą?

— Nie on jeden. Obstawiali się zresztą sami swoimi. Był też Rakowski i Gierek.

— Gierek?

— Zwerbowany niegdyś przez Rosjan do pracy agitacyjnej we Francji, skąd go za to później wyrzucono.

— Rozmawiałem kiedyś w Chicago z Czumą. Andrzejem Czumą. Mówiliśmy o Gierku. Powiedziałem, że był do przełknięcia. Czuma mówi, zależy dla kogo. Za jego rządów przesiedziałem sporo lat, zauważył.

— Gierek stworzył iluzję życia. Holenderski ser. Piwo Żywiec w sklepach. Ale jak przyszło co do czego, to okazywał się bezwzględny. Wystarczy zapytać tych, którzy przeszli Ursus i Radom. Wtedy na pogrzebie, a raczej już po pogrzebie, tłum odprowadzał go do samochodu. Zabójstwo Jaroszewicza było dla nich zagadką. Wielką, nieprzeniknioną zagadką. Kto ich zatłukł? Kto ich tak pokiereszował? Tego strachu nie było w oczach, ale musiał w nich być. Mimo tego, że zebrali się już w wolnym kraju. Otoczeni swoimi. Musieli się zastanawiać. Fanatyk to zrobił? A może zaczęły działać Szwadrony Śmierci? Ten strach był przesłonięty łzami pożegnania dla towarzysza Piotra, ale był. Potrząsał nimi. Nawet tymi młodymi, co już bawili się nami w białych rękawiczkach.

— Młodymi?

— Były wszystkie generacje. Młodych nie mogło zabraknąć. Tych niewinnych z Hitlerjugend. Był i Kwaśniewski. I Miller. Prawdziwe przygody dopiero miały ich czekać. Coś, co nigdy się im nie śniło. Kto mógł przypuścić na tym pogrzebie, że wkrótce powstaną dogodne warunki do zaplanowania skoku stulecia? W Anglii obrabowano pociąg i do dzisiaj się o tym mówi. A tutaj zrobiono skok na majątek państwa. Całego państwa. Takiej “wolności” nie przewidział nawet Urban.

— Pojawił się na pogrzebie Jaroszewicza?

— Urban? Był. Musiał pewnie rozmyślać, czy nie znalazł się tam na jakiejś liście. Oni wszyscy byli niezbyt pewni. Było tak jak w Ameryce we wrześniu. W pierwszych dniach nikt nie wiedział, o co chodzi. Czy to początek wojny? Ci żałobnicy też nie wiedzieli, co będzie dalej. Dlatego tak tłumnie się stawili. Jak do apelu. Reakcja zbiorowa.

— Przyszli na ten pogrzeb ze strachu?

— O, tak. Strach nimi zatargał. Tylko Jaruzelski był w miarę spokojny. Przecież to był pogrzeb na jego zlecenie. Martwił się pewnie jedynie tym, że ja wciąż byłem na wolności. No i nie wiedział, co stało się z tymi zapiskami Jaroszewicza.

— Czyli po wykonaniu tego, co pan zrobił, miano pana zlikwidować?

— Takie są zasady gry. Nigdy nie było i nie będzie inaczej. Mafia działa na takich samych zasadach. Kuklińskiego nie dali rady, ale zemścili się na synach. Niech pan nie zapomina, że mówimy nie tylko o polskich komunistach, ale o Rosjanach.

— W Rosji wtedy też się zmieniało.

— Na powierzchni. Oprócz tego było duże zamieszanie. Nie wiadomo było, w którą stronę to pojedzie. Stąd na pogrzebie taka liczna obecność. Przyszły wszystkie sieroty. Taki zaczyn Nowego Związku Sierot. Trzeba było posłuchać Aleksandra Kopcia.

— Nigdy o nim nie słyszałem.

— Był taki. Nad grobem Jaroszewiczów wygłosił mowę. Ale jaką mowę? Jedna ze wspanialszych mów, jakie udało mi się kiedykolwiek usłyszeć. Nie słyszał pan o nim, a pomyśleć, że kiedyś ten Kopeć był wicepremierem. Tak. Wicepremierem.

— Może i słyszałem, ale nie pamiętam.

— Rzymscy mówcy przy tym, co mówił Kopeć, musieliby paść na kolana.

— Mówił tak wzruszająco?

— Przypomniał zebranym, że żyją już w państwie prawa. Czy nie wspaniale? Tam oni jak jeden mąż, a mówca zapewnia ich, że żyją w państwie prawa. I że zebrani mają nadzieję, że to państwo prawa doprowadzi do tego, aby sprawcy mordu stanęli przed obliczem sprawiedliwości. A tam wśród nich Jaruzelski w tych ciemnych okularach z zatroskaną twarzą ojca rodziny. I Rakowski smutnie kiwający głową. I Gierek.

— Nie śniło im się wtedy, że wkrótce znów dojdą do władzy.

— Nie koniec na tym. Stoi więc tam tych trzech, zwanych niegdyś pierwszymi sekretarzami. Wokół nich roi się od tych, co przez długie lata wysługiwali się Rosjanom, i oto Aleksander Kopeć powiada, że to państwo prawa musi odnaleźć sprawców zbrodni w taki sam sposób, w jaki uczyniono to z mordercami księdza Jerzego Popiełuszki!

— Podobne przemowy jak na pogrzebie Karla Dönitza w 1980 roku w Aumühle. Kto to pamięta, że krótko, bo krótko, był on zastępcą Hitlera. Karl odchodził z tego świata też jako zasłużony emeryt i autor wspomnień.

— Dönitz spędził przynajmniej kilka lat w więzieniu, choć tam też młodzi zadbali o godziwe życie weteranów. A tu, na tym pogrzebie, Miller i Kwaśniewski wsłuchani w mówcę jak w gołębicę zwiastującą na ziemi pokój.

— Uderzające podobieństwo.

— Aktorzy na dodatek przekonani, że to historia uczyniła z nich ofiary. Zupełnie jak towarzysz Piotr, kiedy chciałem mu pewne sprawy wyjaśnić, to krzyczał.

— Krzyczał?

— Trudno było mu pogodzić się z tym, że odchodzi z tego świata. Ale słuchał uważnie, kiedy przypominałem o pierwszym dniu pewnego marca, kiedy to zamordowano siedmiu ludzi. Bezimiennych. Dla historii bezimiennych. Co mówią komuś takie nazwiska jak Chmiel, Błażej, Ciepliński czy Rzepka?

— Nigdy o nich nie słyszałem.

— Rozstrzelano ich w więzieniu mokotowskim. Strzałem w tył głowy. Towarzysz “Tomasz” nie skorzystał z prawa łaski. Zresztą dlaczego miałby z niego skorzystać? Chodziło o ludzi, którzy wątpili, czy młody Jaruzelski będzie mógł kiedyś rozwinąć skrzydła i poszybować w górę. Ciekawe, że jak o tym mówiłem, to w oczach Piotra zobaczyłem coś w rodzaju zrozumienia. Może nawet słyszał o Łukaszu Cieplińskim?

— Nazwisko nic mi nie mówi.

— Towarzysz Piotr mógł o nim coś wiedzieć, bo zaczął wykręcać kota ogonem. Że niby z tym nie miał nic wspólnego. Że pasał gęsi na innym pastwisku i nie widział tego, co dzieje się w rzeźni. To, że pierwszy raz usłyszał o ojcu, to uwierzyłem. Z Olimpu nie mógł dostrzec spadającego Ikara. Zresztą gówno ten Ikar go obchodził. A powinien, bo był przecież towarzysz Jaroszewicz przez lata wiceministrem obrony narodowej. Czyli nie byle kim. Ba, był odpowiedzialny wobec Rosjan za dobór ludzi.

— Tego nie wiedziałem.

— Był zaraz po wojnie. Nie wiem, czy jest pan to w stanie pojąć. On nie był sobie jakimś tam oficerem od mokrej roboty. Był jej mózgiem. Siłą sprawczą. Był jednym z kilku, którym Rosjanie zaufali. Powierzyli swój los w kraju im nieprzyjaznym.

— Na tym szczeblu żadna nominacja nie mogła się dokonać bez udziału Rosjan.

— Zgromadzeni na tym pogrzebie wiedzieli to doskonale. I Józio Czyrek, niegdyś wierny sługa Moskwy, i Tadzio Wrzaszczyk. Był także Kociołek. Nie mówiąc o generałach, takich jak Siwicki czy lejący łzy nad grobem Alicji Rozłubirski. A wszystko to odbywało się, jak wspomniał Kopeć, w państwie prawa.

— Chodziło tylko o to, jak to prawo zinterpretować.

— Tym zająć się mieli już inni.

— Jaroszewicz żył w strachu?

— Człowiek nie nosi ze sobą broni, kiedy idzie na spacer. Pies się może zdarzyć, ale z bronią jest inaczej. Nikt normalny nie wychodzi na miasto z palcem na cynglu.

— Skąd pan to wie?

— Obserwowaliśmy go. Dostarczono nam też dokładny opis domu. Ostatecznie to nie miał być zwykły napad. Chodziło o dokumenty, a nie o pieniądze.

— Wychodził na miasto?

— Wieczorami wychodził na spacer z Remusem. W kieszeni miał pistolet. Umiał się nim posługiwać.

— Remus to…?

— Sznaucer. Cichy wspólnik w tych spacerach. Ważny, bo nie będący w stanie nic wyjawić. Byłby jedynym świadkiem tego, co się wydarzyło. Znawcy przedmiotu nazywają psa tej rasy brodaczem monachijskim. Remus był zawsze przy nim. Zastanawiałem się, jak go unieszkodliwić. Początkowo myślałem o trutce. Potem zdecydowałem się na coś innego. Nie dobiliśmy go, bo nie było powodu. Gdyby umiał mówić, sporo mógłby powiedzieć. Chociaż też nie, bo najważniejsze przedrzemał zamknięty w innym pokoju.

— Znajdowały się tam jakieś cenne rzeczy?

— Ma pan na myśli kosztowności? Obrazy? Coś tam na ścianach wisiało, ale za bardzo się na tym nie znam.

— Członkowie Biura Politycznego “wypożyczali” obrazy z Muzeum Narodowego. Nigdy nic nie zostało zwrócone.

— Ludzie lubią gromadzić. Jak są możliwości, to i kradną. Większość z nich nie kończy tak źle jak towarzysz Piotr. Przykładem ci, którzy pojawili się na pogrzebie. Słyszał pan, żeby którykolwiek z nich znalazł się w więzieniu? A dokonali przecież największego skoku w historii Europy.

— Nikt tego nie był w stanie przewidzieć.

— W zgiełku, który zapanował, tylko inteligentni zorientowali się, w czym rzecz. Hitlerjugend zapewniło “starym” godne emerytury, a samo zakasało rękawy i zabrało się do pracy.

— Mówi pan o młodszych?

— Nieupapranych krwią. Możemy sobie wyobrazić Niemcy, które po śmierci Hitlera podpisują honorowy pokój z Rosjanami i Zachodem, unikając tym samym okupacji. Działoby się to samo. Kombatanci z SS zakładaliby Partie Piwa i głosili postępowe hasła. Karl Dönitz zostałby dożywotnim prezesem Związku Kombatantów. Kluczem do wszystkiego byłaby władza banków i kontrola źródeł energii. To podstawa rozumienia państwa. Jeśli ktoś chce pojąć, co wydarzyło się po upadku komunizmu, to musi sobie odpowiedzieć na kilka pytań odnoszących się do paru osób. Osób, które stanowią wytłumaczenie wszystkiego. Nie chodzi o ich majątek. Chodzi o kontekst, w jakim zaczęli decydować o losach państwa. Powojenne Niemcy to wzór do naśladowania.

— W tym znaczeniu polityka Niemiec powraca do normy.

— Ma pan na myśli to, co załatwił z Putinem kanclerz Niemiec? Zresztą jaki on tam kanclerz? Jego ojciec… Wiem, wiem. Dzieci nie są winne. Niemcy poudają trochę, że tak nie powinno być, i przystąpią do pracy. Rosja to dla nich wielki niespełniony sen.

— Dzieci hitlerowców domagają się teraz odszkodowań.

— Nigdy się to nie skończy. Chyba że świat trafi szlag, tak jak trafił towarzysza Piotra. Gdyby żył, trzeba by go nagradzać. Za Syberię odszkodowanie wypłacić.

— Ludzie mają krótką pamięć.

— Rzeczywiście. Kto dzisiaj pamięta artykuły pani Alicji? No właśnie. Wyobraża pan sobie dzisiaj w Niemczech “Völkischer Beobachter”? Tak to się nazywało. A “Trybuna” wciąż się ukazuje. Demokracja. Jak ten Kopeć to ujął? “Państwo prawa”!

— Jest jednak różnica pomiędzy hitlerowskimi Niemcami a państwem komunistycznym — powiedziałem.

— Jasne. Tam ofiar wewnątrz społeczeństwa nie było wiele. Ręce same im wyskakiwały do góry. Tutaj było inaczej. Najpierw rozjechano walcem tych, którzy chcieli się bronić. Potem latami przerabiano ludziom głowy na sieczkę!

— Czyli Jaroszewicz wychodził na spacery z psem?

— Wyjeżdżał też samochodem. Rzadko to jednak robił. Miał starego peugeota. Nocą wyjeżdżał. Na taki objazd. Musiał się wtedy relaksować. Potrafili się też z Alicją nieźle kłócić. Piotr był cholerykiem. Nikt nie miał z nim łatwego życia, jak nie mieli ci, którym zaplanował życie w socjalizmie.

— Jaruzelski też maska.

— On jeden nie musiał się denerwować, kiedy oczy towarzysza Piotra zaciągały się bielmem, bo wiedział, że to nie armia podziemna, tylko ktoś wykonujący jego polecenie.

— Znali się dobrze?

— Małżeństwo nie ma takich sekretów, jakie miała ta para. Takich szczegółów nie wyjawiłby Piotr nawet Alicji. Dziennikarze próbowali roztrząsać, czy chodziło o jego wiedzę na temat powstających wielkich fortun, czy tak zwanej afery “Żelazo”. A tu nic z tych rzeczy. Nic. Chodziło o ujawnienie Wojciecha Jaruzelskiego. O jego zasługi dla Informacji Wojskowej. O możliwość ujawnienia, kim jest. To było ważne. Reszta nie miała znaczenia. W Rosji zapowiadało się rozliczenie z komunizmem. Mówiono o procesie KPZR, na którym mieli zeznawać świadkowie z innych krajów. W tym samym czasie zginął w wypadku samochodowym Dubczek*. Nawet szef Stasi Marcus Wolf musiał uciekać do Moskwy, a potem do Iraku czy Iranu, bo zaczęło się robić parno. Tak parno, że przypomniał sobie o swym pochodzeniu i wyjechał do Izraela.

— Czytałem, że kilku Izraelczyków protestowało przed budynkiem, gdzie go przyjmowano, bo Wolf był w końcu koordynatorem zamachu na sportowców izraelskich w roku 1972 na Olimpiadzie w Monachium.

— Jaroszewicz miał być jednym ze świadków w procesie. Jaruzelski tłumaczyłby to względami, rzecz jasna, osobistymi. Zeznania Jaroszewicza próbowałby tak podważać. Internował przecież towarzysza Piotra. Nieładnie się z kolegą obszedł.

— Jak opowiada pan o tym pogrzebie, o tych, co się tam pojawili, przychodzi mi na myśl, że z bliska zło jest banalne i proste. Taki z pana opowieści wyłania się Piotr Jaroszewicz. Stwarza go kontekst wypadków, w których uczestniczy, ale on sam, przynajmniej opierając się na tym, co pan mówi, był anonimowym sprzedawcą lodów. Człowiekiem bez wyrazu. Bez twarzy.

— Nawet strach nie czynił z niego kogoś wyjątkowego. Alicja miała w sobie więcej ikry. Za nic nie chciała dopuścić do tego, żebym otworzył sejf. Gotowa była kąsać i krzyczeć. Była skrępowana, ale doprowadziła do tego, że musiałem ją zastrzelić. W środku nocy, co było ryzykowne. Zadzwonią sąsiedzi. Ktoś powiadomi policję. Trzeba byłoby w pośpiechu się ewakuować. Na dodatek i ja odniosłem pewne obrażenia. Do uciszenia jej użyłem sztucera z kolekcji broni Piotra. Bynajmniej nie tylko myśliwskiej. Trochę tego przez lata uzbierał. Na broni akurat się znam, więc mógłbym coś na ten temat powiedzieć. Miał taką ciekawostkę jak pistolet Duo. Ba, miał pepeszę, która pewnie gdyby mogła mówić, to miałaby coś do powiedzenia.

— Jeden strzał?

— Pyta pan o Alicję? Dwa. Za to w głowę, więc większa pewność. Historia zna dziesiątki przypadków, że kogoś tam postrzelono, a przeżył. Kałuża krwi to jeszcze nie pewność. Oprócz tego Alicja była bardziej odporna na koleje losu. Była młodsza od Piotra. O dobrych kilkanaście lat. Niech pan też nie myśli, że była pacyfistką. W sypialni mogła zawsze popieścić swojego mauzerka.

— Kiedy dokładnie to się stało?

— Chodzi o to, kiedy się rozpoczęło? W poniedziałek 31 sierpnia, bo momenty kulminacyjne przewidziane były na 1 września. Taka data historyczna. Jeden świat miał się zawalić, a drugi powstać. Żartuję. Uzasadnione to było czymś innym.

— Nie było obaw, że ktoś ich odwiedzi?

— Dotyka pan sedna sprawy. Wyjaśnia to też, dlaczego był to poniedziałek. Był taki film “Nie lubię poniedziałku”. Powinni go sobie obejrzeć, to nie wpuszczaliby do domu obcych. Mieli w niedzielę gości. Rodzinę. Takie spotkania są miłe. Wspomnienia. Przypominane dawne lata wyciskają z oczu łzy. Dziadkowie, protoplaści rodów gładzą po głowach wnuczęta. Nikt nie zapyta dziadunia, komu to podawał spracowaną dłoń? Na jakich papierach składał podpisy? Do kogo kierował toasty? Dziadziuś dzisiaj to starszawy pan. Zasapie się, gdy wchodzi po schodach. Oprócz tego cukrzyk.

— To też była zbrodnia.

— Mówi pan o cukrzykach? No, tak. Nie ogłaszano, że jest to choroba społeczna, bo musiano by wydać na to pieniądze. Umierali zresztą tylko najsłabsi. Silniejsze sztuki sobie radziły. Musiały radzić. Słabsze wymierały. Tylko wybrańcy nie musieli się o nic martwić. Sprowadzano dla nich wszystko z Zachodu.

— Przypomina się Czarnobyl. Zgony związane z krążeniem. Powiadamiali tylko swoich. Zbrodnia, dla której nie istnieje żadna statystyka.

— Dlatego Remusa oszczędziłem. Pies jak pies. Najwyżej kogoś ugryzł. Ale za tyle złego, co wyrządzili ludziom oni, to nawet śmierć nie jest właściwą zapłatą.

(Ciąg dalszy tej historii Czytelnicy znajdą w mojej książce pt. “Zabiłem Piotra Jaroszewicza” wydanej przez Zysk i Spółka w 2012 r.)

Inne zapisy autora:

0

Henryk Skwarczynski
Henryk Skwarczynski

Henryk Skwarczyński, urodzony w 1952 w Felicjanowie koło Koluszek – polski pisarz i podróżnik. Na emigracji w Stanach Zjednoczonych od 1980 r. Współpracownik Radia Wolna Europa i Głosu Ameryki. Autor książek „Z Różą i Księżycem w Herbie” , „Majaki Angusa Mac Og”, „Uczta głupców”, „Zabiłem Piotra Jaroszewicza” i innych.

19 publikacje
0 komentarze
 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

 
Authorization
*
*
Registration
*
*
*
Password generation
334816