BIZNES
Like

Gdy Balcerowicz gardłem zapłaci

07/07/2014
536 Wyświetlenia
2 Komentarze
22 minut czytania
Gdy Balcerowicz gardłem zapłaci

Emisja pieniądza może przerodzić się w dodruk pieniądza i staje się to wtedy, gdy wymyka się z twardych reguł formuł emisyjnych. Destabilizacja finansów jest obecnie jednym z najważniejszych środków agresji przeciwko państwu i jego suwerenności. Dodruk pieniądza prowokuje się zawsze powszechnymi akcjami strajkowymi. Jak to zrobiono w Polsce

0


Czas aby oswajać się z tą myślą.

 

      Od ćwierćwiecza cały wysiłek żydowskiej agentury, z Balcerowiczem i Korwinem-Mike na czele, szedł w kierunku „wytłumaczenia” Polakom, że z pieniędzmi w państwie jest tak samo jak pieniędzmi w rodzinie. No bo przecież pożyczki trzeba spłacać! Inaczej nie byłoby po chrześcijańsku. Jak państwo pożyczyło to państwo powinno spłacić. Czy aby…

      Jest jednak pewna różnica, o której od tych wysłanników sanhedrynu się nie dowiesz: rodzina nie emituje pieniędzy, nie ma takiej możliwości. Natomiast emisja (obecnie kreacja) pieniądza jest jedną z najważniejszych konstytucyjnych powinności państwa. Nie przypominasz sobie, aby o tym mówiono w szkole. No właśnie…

      Natomiast ekonomiczna dzicz od Korwina-Mikke dowodzi, że żadne pieniądze narodowe nie powinny być emitowane (kreowane), że ubytek wartości nabywczej pieniądza na skutek inflacji oraz potrzeby obsługi zwiększonej ilości transakcji prze wzroście PKB nie powinien być Polakom rekompensowane, że wszystkie te pieniądze powinny być żydowskie, bo tak Jahwe postanowił w talmudzie. Piszą o emisji pieniądza jako o praprzyczynie „podatku inflacyjnego”, którym to Polacy maja być obłożeni jak goje dojdą do władzy.

      Ponieważ PiS zapowiada postawienie Prezesa NBP Marka Belki przed trybunałem stanu za pomysły „dodruku pieniądza” uporządkujmy terminologię. Często bowiem w potocznym rozumieniu mylimy pojęcia emisji pieniądza, kreacji pieniądza i dodruku pustego pieniądza.

      W czasach gdy obowiązywał „gold standard” banki wydawały „noty bankowe” (banknoty) na zdeponowane w skarbcach złoto lub inne aktywa łatwo zbywalne. Mówiło się, że „pieniądz ma pokrycie w złocie”. Pomimo heroicznych wysiłków ministra skarbu z lat 1925-1926 Jerzego Zdziechowskiego, polski przedwojenny złoty tak właśnie był emitowany. Wywoziliśmy zboże i węgiel a za uzyskane pieniądze kupowaliśmy złoto na giełdzie w Londynie. Musieliśmy udowadniać przed żydowskim światem, że mamy pełne prawo używania pieniędzy. Zatem mogło ich być w obiegu jedynie tyle ile złota w skarbcu. Jeśli chcieliśmy coś dodatkowo zdziałać, co wymagało regulowania obrotu pieniężnego, musieliśmy zaciągać pożyczki.

      Znany jest fakt, jak budowniczy Gdyni minister Kwiatkowski zadał ministrowi skarbu pytanie: „…Panie ministrze jak to jest?- wzięliśmy pożyczkę, oddaliśmy dwa razy więcej(!!!), a Gdynia stoi. Panie Ministrze jak to jest…”. Dla inżyniera sprawa wyglądała jasno: gdybyśmy nie brali pożyczek moglibyśmy wybudować dwie Gdynie własnymi siłami!!! Dla żydowskiego przydupasa na stanowisku ministra skarbu było to podważanie prawa do żeru na polskim narodzie. Kto myślał inaczej kończył jak Jerzy Zdziechowski: skatowany w swoim mieszkaniu i z wybitym okiem. Zapytacie: jak się to skończyło? Otóż w chwili wybuchu wojny mieliśmy czterokrotnie większe rezerwy złota niż dużo od nas potężniejsze Niemcy, a na wojnę pojechaliśmy na kobyłach.

      W okresie międzywojennym większość państw dostrzegło, że można obniżać parytet złota z swych walutach i nic się nie dzieje. Dla ludności i przedsiębiorców ważny jest nominał. Jeśli jakaś transakcja opiewała na 100 USD to nikt się nie pytał jaki za tym stoi parytet złota. Ważne, że w obiegu było więcej środków pozwalających „smarować” procesy wymiany. Pieniądz dalej był twardy, gdyż stawała za nim potęga gospodarki zdolna dostarczać na rynek atrakcyjne towary i usługi. Czy sobie to uświadamiano czy nie, gospodarka stała się ważnym „parytetem” waluty.

      Nasze nostalgiczne wspomnienia o pieniądzu kruszcowym biorą się stąd, że kruszec zawsze posiada wartość jubilerska, numizmatyczną i kolekcjonerską. Jest – puki co – łatwo zbywalny i dobry na trudne czasy. Trudno jest podważyć do niego zaufanie, poza znanym w historii przypadkiem, gdy to napływ do Hiszpanii złota z „nowego świata” doprowadził do ruiny gospodarkę tego kraju. Jednak era pieniądza kruszcowego definitywnie skończyła się w 1972 roku, a do jego upadku przyczyniła się Francja żądając wydania złota za zgromadzone dolarowe papierki. Obecnie żyjemy w erze pieniądza „fiducjarnego” (fides oznacza wiara) opartego o zaufanie. Tego zaufania bronią albo gospodarki albo lotniskowce.

      Zatem, poprzez „emisję pieniądza” będziemy rozumieli podejmowanie decyzji o ilości pieniądza w obiegu tak, aby zapewnić równowagę towarowo-pieniężną. Może to być wykonywanie różnymi sposobami jak: dobór parytetu złota w banknotach, ilościowa teoria pieniądza, emisja pieniądza dłużnego.

      Po wojnie Polska (jak większość państw obozu socjalistycznego) stosowała zasady ilościowej teorii pieniądza sformułowanej jeszcze w XVII wieku przez angielskiego ekonomistę Johna Locke’a. Według tej teorii ilość pieniądza w obiegu powinna być proporcjonalna do ilości transakcji zwieranych na rynku. Jako współczynnik proporcjonalności przyjęto krotność krążenia pieniądza pomiędzy sferą produkcji i konsumpcji. Po wyniszczeniach wojennych i przy zupełnym braku kapitału Polska podjęła potężny wysiłek inwestycyjny czego wynikiem była budowa średnio 45 przedsiębiorstw w szczery polu rocznie! Zatem metoda ta funkcjonowała zupełnie przyzwoicie aż do…

      Aż do czasu gdy do godności biskupich w kościele zaczęli dochodzić obrzezańcy ochronieni przed holokaustem w polskich klasztorach. Iluminaci spokojnie i z mozołem budowali drogę do polskich umysłów. Tatuś (oficjalnie wujek) Adasia Kidnaszewskiego, co to do godności papieskiej został wyniesiony, wszem i wobec ogłosił, że na tę ziemię nowy duch zstąpi, który zmieni jej oblicze. Jednak wywołał duch nie po mieczu, ale po kądzieli i ilościowa teoria pieniądza została zamieniona na emisję pieniądza dłużnego.

Jednak powiedzmy sobie, dlaczego ta operacja mogła się udać i jakich błędów „komunie” nie można wybaczyć.

      Otóż kardynalnym błędem było przyjęcie tayloryzmu jako naukowej doktryny zarządzania gospodarka. Wyraża się ona w słynnym powiedzeniu Roberta Taylora „…przychodzisz do pracy, pozostaw swój rozum w szatni – nie będzie ci potrzebny…” Doktrynerom politycznym, co to nigdy żadnego przedsiębiorstwa nie zorganizowali łatwo było powtarzać bzdury, że przedsiębiorstwo w kapitalizmie i socjalizmie pracuje tak samo. Że dyrektor zarządza tak samo w w imieniu państwa jak w imieniu prywatnego właściciela. Nasze przedsiębiorstwa stały się „urzędami do spraw produkcji”. Nikomu bowiem w kapitalizmie nie przyszłoby do głowy, aby do realizacji planu blachy karoseryjne sezonować na deszczu tylko po to, aby farba się lepiej trzymała, bo plan goni. Nasze przedsiębiorstwa porażone chorobami pracy nie mogły stanowić właściwego parytetu dla obrony waluty. Za „dulara” można było kupić wszystko w lepszej jakości. Za tego „dulara” kupiono mentalność Polaków.

      Błędem, ale błędem wynikającym z założeń doktrynalnych, była także forma rozproszenia emisji do gospodarki. Nawet, gdy ówcześni władcy zdawali sobie sprawę z niskiej efektywności inwestycji w przedsiębiorstwa państwowe, nie mogli zaproponować innej alternatywy, bo takiej alternatywy nie było. Pozostało więc rozproszenie emisji poprzez budżet. Pieniądze z emisji, po ich wyliczeniu zgodnie z formułami emisyjnymi, trafiały w pierwszej kolejności do budżetu, w którym mogły się stawać łatwym łupem populistów.

     Emisja pieniądza może przerodzić się w dodruk pieniądza i staje się to wtedy, gdy wymyka się z twardych reguł formuł emisyjnych. Destabilizacja finansów jest obecnie jednym z najważniejszych środków agresji przeciwko państwu i jego suwerenności. Dodruk pieniądza prowokuje się zawsze powszechnymi akcjami strajkowymi. Jak to zrobiono w Polsce. Oto przepis:

Wybiera się jakiegoś buca ekonomicznego z charyzmą. Wałęsa do tego wyjątkowo się nadawał, bo katolik, a jednak z „naszych”. Przypina mu się logo do klapy, aby go bardziej uwiarygodnić. Wizerunek Czarnej Madonny był wybrany koncertowo. Wysyła się takiego gościa do Watykanu aby „akumulatory naładował” i zaczyna się. Najpierw strajkuje kilka zakładów, później moda obejmuje całą Polskę. Akcje strajkowe są skuteczne, bo pleban przyjdzie i pobłogosławi, artysta wiersz wyrecytuje a śpiewak z gitarą zaczyna mury obalać. Władza przypierana do muru przestaje bronić formuł emisyjnych i dyscypliny budżetowej a bardziej swoich stołków. Chcą podwyżek, to dajmy im te podwyżki. Przecież każdy wie, że nic złego się nie stanie. Jeśli ONI (strajkujący) tego nie wiedza to tym gorzej dla nich. Co dostaną w poborach to inflacja im zabierze, co mieli uciułane jako wdowi grosz, to też z tego pozostaną tylko wspomnienia. Euforia obejmuje wszystkich. Sanhedryn zaciera ręce. Udało się!!!

     Rygorami formuł emisyjnych nikt się nie przejmował gdyż cele polityczne były ważniejsze. Powstały w ten sposób nawis inflacyjny, z premedytacją wzmacniany akcjami protestacyjnymi, doprowadził do kompletnego braku zaufania Polaków do polskiej waluty. Brakowało wówczas co najmniej 25% pokrycia towarowego na będący w obiegu pieniądz. Ratunku upatrywano w reglamentacji. Nic więc dziwnego, że Polacy masowo wykupywali waluty obcych państw obłędnie podnosząc ich kurs. Jaka jest wartość nabywcza dolara przekonali się dopiero po upłynnieniu jego kursu. Hasbara dalej zaleca przedstawianie ówczesnych dochodów Polaków po czarnorynkowym kursie dolara. Tę „prawdę” rozgłaszają wybitni polscy(?) patrioci jak Pietrzak i Kaczmarski. Oni dostali role obŻYDzania naszej rzeczywistości i podJUDzania do działań. Na szczęście polski język trafnie odnotował metody działania pokrętnej żydowskiej duszy.

     Komuna to był wyjątkowy kraj. Kraj praktycznie bez lichwy. Poza krótkim okresem działalności ORS-u praktycznie niczego nie można było kupić na kredyt (w trochę lepszej sytuacji byli przedsiębiorcy). Każdy rozsądny nie wypuszczałby na rynek dodatkowych pieniądze w sytuacji gdy i tak było ich w nadmiarze. I przyszedł duch Balcerowicza i zmienił oblicze tej ziemi. Każdy, kto miał „zdolność kredytowa” mógł pieniądze dostać. Pełna demokracja finansowa!!! Znikły kolejki. Brawo!!! O zdolności kredytowej zadecydował poziom lichwy. Kogo było stać na odsetki przekraczające 100% rocznie ten miał prawo do pieniędzy. Kto już był zadłużony tracił prawo do życia. Żydowskie mendy będące na usługach tego systemu milczą o nagłym wzroście „nadumieralności mężczyzn” z przyczyn ekonomicznych w tamtym okresie. Ich liczba zrównała się z ilością ofiar wypadków drogowych. Nikt nie zareagował!.

     Do zmiany ustawy o bankowości, a więc do roku 1997, różnice pomiędzy oprocentowaniem depozytów i kredytów nie były szokujące. Był to okres w którym na depozytach „zarabiało się”. Ten chłap rzucony rentierom stanowił społeczną osłonę grabieży. Oni byli zadowoleni. Oni reklamowali banki jako instytucje, w których „pomnaża się” pieniądze. „Swoi” zostali utuczeni, a o to przecież chodziło. A że przedsiębiorstwa padały jak much – kogo to w końcu obchodziło?

     Aż doszliśmy do roku 1997. W Konstytucji zabroniono (Art.220 p2) finansowania budżetu państwa pożyczkami z Narodowego Banku Polskiego. Tym aktem wyeliminowano możliwość stosowania ilościowej teorii pieniądza do emisji naszej narodowej waluty. Jeszcze na banknotach będących w obiegu możesz przeczytać ”BANKNOTY EMITOWANE PRZEZ NARODOWY BANK POLSKI SĄ PRAWNYM ŚRODIEM PŁATNICZYM W POLSCE”. Z drugą częścią tego zdanie można się zgodzić, tymczasem wypisywanie o tym, że NBP emituje jakąś walutę jest totalną bzdurą. Nie ma chyba w tym przypadku, że sztandarowe sprawozdanie NBP usieka się do tytułu „Podaż pieniądza M3 i czynniki jego kreacji”. Widocznie ktoś przytomny doszedł do wniosku, aby wyraz „emisja” zastąpić czymś bardziej odpowiadającym narodzinom polskiego pieniądza. Nasz pieniądz jest „kreowany”. Aby nie było wątpliwości to powiedzmy, że jest to pieniądz kreowany nie w Polsce i że jest on kreowany na poczet długu.

Powiedzmy więc sobie, za jakie grzechy powinni wisieć Balcerowicz, Korwin-Mikke i inni, którzy twierdzą, że pieniądze pożyczone przez państwo trzeba oddać.

Nawet przystępując do architektury monetarnej dla której bazą monetarną są waluty obce a emisji dokonuje się na poczet długu można było:

1 <-> Zmusić banki komercyjne wykupujące obligacje skarbu państwa do refinansowania tych kwot w Narodowym Banku Polskim (pożyczki lombardowe) jako pożyczkodawcy pierwszej instancji z pominięciem rynku międzybankowego i banków centralnych zagranicznych banków działających w Polsce.Myli się bowiem kto myśli, że banki komercyjne dysponują gotówką w chwili zakupu tych papierów. Jest to dla nich wymarzona sytuacji aby zwiększyć swoje zasoby. Zwracają się zatem do swych banków centralnych o pożyczki, dla których zastawem (warrantem) jest obligacja. Myliłby się także ktoś, kto uważa, ze banki centralne te pieniądze mają. Nie, jednak widząc obligację widzą kogoś, kto te pieniądze może spłacić i całkiem bezpiecznie mogą je wyczarować z powierza. Na koncie banku komercyjnego pojawia się więc zapis o „przyznanym” kredycie. Bank komercyjny ten elektroniczny pieniądz dopiero teraz przekazuje na rachunek budżetu. Dzień roboty i 7% zysku na czysto!. Należy jeszcze dodać, że pożyczone (wykreowane) przez bank centralny pieniądze nigdy z systemu bankowego nie są wycofywane i pozostają tam na zawsze, natomiast obligacja może być wykorzystana kilkakrotnie do wykreowania pieniędzy w ten sposób. W bankowości nazywa się to podwójnym delewarowaniem.

W chwili obecnej bankom komercyjnym pozostawia się pełną swobodę w zaopatrywaniu się w środki pieniężne. Mogą to robić na rynku międzybankowym lub w swoich macierzystych bankach centralnych. Działając „racjonalnie” nigdy nie wezmą pożyczki w NBP niebotycznie oprocentowanej. Obecnie jest to 4% podczas gdy w EBC dostaną na 0%. Mamy takich samych fachowców od wyczarowywania waluty jak amerykański FED i europejski EBC. Poradzą sobie. Potrafią wbić kilka cyfr do komputera.

Uważam Balcerowicza za matoła. Wolę to niż posądzanie go o to, że jest tanim polskim szabas gojem. Jednak on o tym wszystkim wie i dlatego powinien wisieć. Musimy się z tą myślą oswajać, bo chodzi tu o jakieś 50 mld rocznie oszczędności dla nas i państwa.

2 <-> No zgódźmy się. Mamy rachityczną gospodarkę, nie potrafi ona bronić naszej waluty i musimy to robić przy pomocy wysokich stóp oprocentowania pożyczek. Jednak do cholery! – czy wszystkie pieniądze z odsetek muszą stawać się własnością międzynarodowego żydostwa? Przecież są to odsetki w większości od naszych zdeponowanych wkładów. Dlaczego stopy kredytów to przeciętnie 16% w stosunku rocznym a stopy depozytów to z biedą 3%. W czyim interesie działa Rada Polityki Pieniężnej, że rozdaje takie prezenty naszym ekonomicznym okupantom? W suwerennym państwie banki powinny się zadowolić (przy obecnej inflacji) co najwyżej lichwą na poziomie 4,5%. Pozostała część lichwy powinna być przez nie przekazywana na rachunek pozabudżetowych dochodów państwa. To nie jest kwota na waciki. W naszych kieszeniach mogłoby pozostać jakieś 100 mld zł rocznie. Balcerowicz wie, ze „gospodarka nie powinna być nasączona pieniądzem jak gąbka” i za to powinien wisieć.

     Nie dajcie się zwieść propozycjom jakiegoś tam oprocentowania banków. Obecnie sektor bankowy wykazał zyski na poziomie 15 mld zł. Przy pomocy papierów, a zwłaszcza papierów przekraczających granice państwa nie ma możliwości sprawdzenia wiarygodności tych danych. Księgowy może zrobić to co mu każą. Nam chodzi o uszczelnienie naszego systemu bankowego na kwotę szacowaną na 130 mld zł.

     Jest problem: w czyje ręce powinny iść pieniądze z suwerennej imisji: do polityków, którzy będą chcieli nimi finansować swoje populistyczne pomysły podczas kampanii wyborczych, czy do przedsiębiorców będących głównym bastionem obrony naszej waluty i baza podatkową budżetu. O tym jednak w Nowej Architekturze finansowej, której zręby znajdziesz tutaj…

Inne zapisy autora:

0

nikander
nikander

Bardziej pragmatyczne niz rewolucyjne mysla wojowanie.

289 publikacje
1 komentarze
 

2 komentarz

  1. Avatar nbju7

    Sz. Panie pomimo istotnych błędów w pewnych szczegółach, nareszcie porządny tekst o polskim pieniądzu, a raczej o jego braku. Tak, NIE MA polskiego pieniądza. Jest chazarska lichwa na 100%. W rzeczywistości KAŻDY banknot to czek bez pokrycia. A wiara jest pokładana w nadruk na tym czeku. Jedynymi prawdziwymi pieniędzmi było, jest i będzie zawsze srebro i złoto. Podsumowując: jeszcze w czasach parytetu złota cos tam znaczyły
    BANK-NOTY, a teraz zostały tylko BAN-KNOTY.

    0
  2. Avatar Piotr

    Stek bzdur i debilizmów bez żadnej wartości merytorycznej.
    Najlepszy fragment: ” Emisja pieniądza może przerodzić się w dodruk pieniądza…”
    Autor widać nie rozumie podstawowych pojęć którymi się posługuje.
    Nie zna bądź nie rozumie prawa popytu i podaży. Nie jest w stanie pojąć iż biedny bez kredytu nie jest w stanie nic zrobić. Przykład Gdyni jest nic nie wart.

    zwyczajnie ŻAŁOSNE!!

    0

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

 

Authorization
*
*
Registration
*
*
*
Password generation
334816