28052017Nowości:
   |    Rejestracja

Czy Polska powinna przystąpić do strefy euro?


Czy Polska powinna przystąpić do strefy euro? Raport poświęcony tej właśnie kwestii przygotowali eksperci Instytutu Misesa. Zawiera on zarówno pozytywy ewentualnego przyjęcia przez nasz kraj wspólnej waluty oraz jego negatywy.


 

Na wstępie autorzy raportu zauważają, że mimo wielu problemów z jakimi borykają się poszczególne kraje strefy euro, takie chociażby jak Grecja, Hiszpania czy Portugalia, dla pozostałych państw wspólna waluta nadal wydaje się ciekawym projektem. Również celem władz III RP jest – czytamy w raporcie – ostatecznie przyjęcie euro.

Raport Instytutu Misesa składa się z kilku części. Pierwsza to prezentacja argumentów przeciwników wprowadzania Polski do strefy euro. Jak zauważają autorzy raportu, przeciwnicy wspólnej waluty podnoszą często argument o niemożności dostosowania europejskiej polityki pieniężnej do potrzeb polskiej gospodarki. Podkreśla się również kwestię utraty możliwości wpływania przez polskie organy na politykę EBC. Zdaniem przeciwników wstępowania Polski do strefy euro, niedopuszczalne jest aby kraj tracił wpływ na możliwość prowadzenia aktywnej polityki monetarnej celem chociażby pobudzenia wzrostu gospodarczego. Ważna rolę ma tu odgrywać krajowy bank centralny. Autorzy raportu nie do końca podzielają ten pogląd. Podkreślają, że równie dobrze a nawet lepiej gospodarka może się rozwijać bez banku centralnego w warunkach tzw. wolnej bankowości. Osiąganie takich celów, jak wzrost, stabilność cen, niska inflacja czy minimalne bezrobocie możliwe jest do uzyskania w warunkach, gdzie bank centralny nie istnieje. Autorzy raportu zdają się zatem kwestionować siłę tego argumentu przeciwników zastępowania złotówki euro.

Także inne argumenty przeciwników euro nie do końca przekonują ekspertów Instytutu Misesa. Argument mówiący o tym, iż zarówno Polska jak i cała strefa euro nie tworzą tzw. optymalnego obszaru walutowego mógłby być słuszny o tyle, o ile w ogóle uznamy za słuszną teorię o optymalnych obszarach gospodarczych. Jeśli bowiem poddać ją można w wątpliwość, wówczas ten argument upada (w celu zapoznania się ze szczegółową analizą odsyłamy do raportu).

Inny argument przeciwników euro, wśród których autorzy raportu wymieniają ekonomistów Andrzeja Kaźmierczaka i Eryka Łona, to utrata kontroli nad polityką fiskalną państwa. Chodzi m.in. o wymogi narzucane przez Traktat z Maastricht nakazujący państwom Unii Europejskiej utrzymywanie deficytu finansów publicznych na poziomie poniżej 3% PKB, oraz że ich dług publiczny powinien nie przekraczać 60% PKB. Eksperci Instytutu Misesa zauważają, że ta kwestia nie powinna jednak stanowić istotnego problemu ponieważ polskie prawo jest podobne i do tego zapisane jest w konstytucji. Ponadto „(…) zalecenia z Maastricht, przed którymi przestrzegają niektórzy polscy ekonomiści, były do tej pory przez wiele europejskich państw ignorowane i nie spotykało się to zazwyczaj ze zdecydowaną reakcją europejskich władz. Ten problem dostrzeżono także w Brukseli i dlatego zdecydowano się na wprowadzenie paktu fiskalnego, który lepiej dyscyplinowałby finanse państw Unii Europejskiej. Pytanie, czy okaże się on bardziej skuteczny od Paktu Stabilności i Wzrostu, jest jak na razie sprawą otwartą”. Ważniejsze, zdaniem autorów raportu, jest pytanie, czy aktywna polityka fiskalna może być rzeczywiście dla Polski korzystna? Zarówno wzrost deficytu budżetowego, aktywną politykę państwa w kwestii zatrudnienia czy ogólny wzrost wydatków budżetowych uważają autorzy raportu za przedsięwzięcia raczej wątpliwe i dla gospodarki niekorzystne. W raporcie czytamy, iż pewne: „(…) czynniki produkcji nie są zatrudnione z konkretnych przyczyn – nikt nie chce zapłacić stawek za wynajem ich usług, jakich żądają właściciele. Mówiąc inaczej, przedsiębiorcy wyceniają produktywność tych czynników niżej niż ich posiadacze. Jeśli ktoś nie może wynająć swojej powierzchni biurowej, żądając określonej stawki za metr kwadratowy, to znaczy, że przedsiębiorcy nie widzą projektów, które byłyby zyskowne przy takiej cenie”. Eksperci Instytutu Misesa podkreślają, że wydatki rządowe tej sytuacji nie zmienią – „nie sprawią, że stworzone zostaną rentowne projekty inwestycyjne – powstaną raczej projekty inwestycyjne, które nie mogły się utrzymać bez wsparcia państwa. Tym samym raczej zwiększy się, a nie zmniejszy, poziom niedostosowań”. Poddając w wątpliwość sensowność polityki wydatków publicznych, tę część raportu kończy konkluzja, że „(…) ewentualne ograniczenia nałożone na politykę fiskalną w Polsce, wcale nie muszą być dla naszej gospodarki szkodliwe, trudno zaliczać je zatem do kosztów integracji ze strefą euro”.

Następnie raport poddaje analizie argumenty zwolenników przystąpienia Polski do strefy euro. Wśród nich są takie jak: eliminacja kosztów transakcyjnych, rozwój wymiany handlowej, obniżenie stóp procentowych i napływ inwestycji oraz ten, że integracja ze strefą euro wymusi reformy. Pierwszy z nich autorzy określają jako niezaprzeczalny i bez wątpienia korzystny dla międzynarodowego handlu. Jednak – jak podkreślają – te same korzyści osiągnie się wstępując do każdej innej unii walutowej i strefa euro nie ma tu nic do rzeczy. Wręcz w logice zwolenników rezygnacji ze złotówki forsujących argument o „kosztach transakcyjnych” widać pewną sprzeczność. Jeśli bowiem kontrolę nad finansami są oni gotowi przekazać EBC, to tak jakby kwestionowali kompetencje krajowego banku centralnego (w naszym przypadku NBP). Powinni być zatem przeciwni delegacji w przyszłości przedstawicieli NBP do EBC. O niczym takim nie ma jednak mowy. „Jeśli kłopot leży nie w ludziach, a w rozwiązaniach systemowych, to wówczas mogłoby wystarczyć skopiowanie tych ostatnich” – zauważają autorzy raportu. Zwracają oni jeszcze uwagę na polityzację gospodarek. Dodają jednocześnie, że ma ona miejsce tylko wówczas, gdy wolny rynek próbuje się zastąpić aktywna polityką państwa, uniemożliwiającą na przykład bankructwa „zbyt dużych by upaść”. Autorzy raportu podkreślają, że choć możliwość zmniejszenia kosztów transakcyjnych jest dla gospodarki korzystna to jednak te same cele można osiągnąć bez wstępowania do strefy euro. „Możliwością zmniejszenia znaczenia kosztów transakcyjnych” – czytamy w raporcie – „niewymagającą wstępowania do strefy euro – a ze wszech miar korzystną, a która powinna być ze względów oczywistych priorytetem dla wszystkich rządów – jest (…) wzmocnienie polskiej gospodarki poprzez konsekwentną realizację reform uwalniających rynek. Koszty transakcyjne tracą znaczenie dla handlu choćby przez wzgląd na obecność bezpieczniejszych i tańszych dzięki efektom skali instrumentów ochrony przed ryzykiem walutowym. Taka sprawniejsza gospodarka mogłaby wolą swoich uczestników nadal przystąpić do strefy euro, gdyby było to korzystne, choć jej przedstawiciele przy stole negocjacyjnym startowaliby już z silniejszej pozycji”.

Omawiając dalej argumenty zwolenników wstąpienia Polski do unii walutowej, eksperci z Instytutu Misesa zauważają, że o ile unie walutowe bywają dla gospodarek korzystne, o tyle nie można zapomnieć, że strefa euro nie jest czystą unią monetarną, lecz częścią szerszego projektu, strukturą będącą tylko jednym z elementów bardzo rozbudowanej instytucji Unii Europejskiej. I tego faktu nie można tracić z oczu, gdy omawia się argumenty zwolenników wspólnej waluty euro. Konsekwencje przystąpienia do strefy euro mogą być bowiem różnej natury, nie tylko gospodarczej.

Eksperci Instytutu Misesa zauważają, że skoro korzystne dla gospodarki mają być kryteria konwergencji, których spełnienie ma otworzyć drogę do eurozony, to równie dobrze można by je przyjąć bez konieczności wstępowania do strefy euro. Wystarczy tylko wola polityczna. „(…) argument o prowadzeniu zdrowej polityki monetarnej nie ma związku z przystąpieniem do strefy euro. Przestaje to zatem być argument za przyjęciem euro, a zaufanie inwestorów Polska może zdobyć (poza reformami) np. wpisując kryteria konwergencji do konstytucji” – czytamy w raporcie.

Zwolennicy przyjęcia przez Polskę euro podkreślają niekiedy, że wymusi to na lokalnych politykach (i społeczeństwie) reform, których inaczej by nie podjęto. Autorzy raportu kwestionują jednak wagę tego argumentu twierdząc, że decyzję o przystąpieniu do strefy euro podejmują ci sami politycy, którzy mają być własną decyzją zmuszeni do przeprowadzenia wspomnianych reform. Ponadto nie wszystkie reformy mogą być dla Polski korzystne. Część z nich może być dla gospodarki wręcz szkodliwa. „Warto wymienić w tym kontekście przykłady kwot produkcyjnych, rygorystycznych regulacji dotyczących hodowli, produkcji żywności czy ograniczeń wynikających z polityki ochrony środowiska, takich jak ograniczenia emisji CO2, które są niezwykle kosztowne dla względnie słabo rozwiniętego i w dużym stopniu uzależnionego od węgla kraju. Tak głęboka ingerencja w swobodę działalności gospodarczej jest znaczącą przeszkodą dla potencjału rozwoju gospodarczego Polski” – czytamy w raporcie.

Poważnym kontrargumentem obalającym nadmierny optymizm tych, co są za wejścia Polski do strefy euro jest obawa podzielenia losu Grecji czy Hiszpanii, gdzie przez lata nie przykładano wagi do dyscypliny budżetowej. W obecnych warunkach funkcjonowania UE jest to wielce prawdopodobne. „Jak pokazały niedawne wydarzenia, na czele ze zniesieniem ustawowego progu relacji długu publicznego do PKB, także polscy politycy są zarażeni wirusem nonszalancji wobec kwestii zadłużania obecnych i przyszłych pokoleń podatników. Natomiast politycy Unii Europejskiej, jak pokazują doświadczenia ostatnich lat, dbają raczej o unijny projekt polityczny niż powodzenie gospodarcze swoich krajów, stąd skłonni są raczej do tymczasowego zasypywania problemów strumieniami łatwych pieniędzy z EBC. Wykupując niewiarygodne obligacje rządów lub dokonując pośredniego bailoutu banków znajdujących się w kłopotach, nie pozwalają na ich bolesną, lecz krótkotrwałą i potrzebną z ekonomicznego punktu widzenia porażkę” – czytamy w raporcie.

W dalszej części raportu omawiane są różnice w stosunku do waluty euro wewnątrz szkoły austriackiej (Philipp Bagus kontra Jesús Huerta de Soto) oraz porównanie polityk monetarnych Narodowego Banku Polskiego oraz Europejskiego Banku Centralnego. Wszystkich, którzy chcą się zapoznać ze szczegółami tej analizy odsyłamy do pełnej treści raportu Instytutu Misesa. Na koniec oddajmy głos autorom raportu, którzy tak oto podsumowują swój raport:

„Wspólna waluta niesie ze sobą liczne korzyści dla osób i firm działających w ramach gospodarki rynkowej. Wspólny pieniądz ułatwia handel i inwestycje, co przyczynia się do stworzenia lepszego, bardziej wydajnego systemu podziału pracy. Żeby jednak ten potencjał wykorzystać w pełni wspólna waluta nie może iść w parze z politycznymi naleciałościami w postaci: nadmiernych regulacji gospodarki, inflacyjnej polityki pieniężnej, zwiększonej roli polityki fiskalnej. Wspólnota gospodarcza z jednym pieniądzem powinna charakteryzować się wspólnym rynkiem sprowadzającym się do likwidacji ceł, utrudnień przepływu towarów, usług i pracowników – opierać się na swobodzie ruchu transgranicznego i otwarciu się na handel z krajami spoza strefy. Niestety, strefa euro w dużej mierze nie spełnia tych wymagań i razem z przyjęciem euro państwa członkowskie strefy godzą się na wzmożoną regulację działań gospodarczych i uzależniają swój dobrobyt od dobrej woli urzędników z Frankfurtu i Brukseli.

Alternatywa w postaci zachowania własnego banku centralnego też nie jest satysfakcjonująca. Narodowy Bank Polski wcale nie musi okazać się dla polskich obywateli instytucją bardziej godną zaufania niż Europejski Bank Centralny. Monopol złotego i NBP ma bardzo podobne szkodliwe konsekwencje dla gospodarki co monopol euro i EBC. Wszystkie korzyści z integracji walutowej da się osiągnąć bez angażowania się w polityczne, zbiurokratyzowane twory o ponadnarodowym zasięgu. Wymagałoby to jednak gruntownej przebudowy obecnego systemu bankowego w stronę radykalnej poprawy ochrony praw własności prywatnej i poszanowania wolności gospodarczej. Nie wydaje nam się jednak, by taka opcja była dana Polakom w najbliższym czasie”.

Paweł Sztąberek

www.pafere.org

Czytaj cały raport „Czy Polska powinna przystąpić do strefy euro?”

Napisane przez:


Polsko-Amerykańska Fundacja Edukacji i Rozwoju Ekonomicznego, będąc niezależną, pozarządową organizacją, zajmuje się wolnorynkową edukacją ekonomiczną, promocją wolności gospodarczej i wolnego handlu jako najskuteczniejszego a zarazem najsprawiedliwszego systemu powodującego podnoszenie zamożności ludzi i narodów, związkami etyki z ekonomią, a także rozwojem nauk ekonomicznych. Wesprzyj nas: Volkswagen Bank Direct PL 3321 3000 0420 0104 0942 1500 01 Przelewy spoza Polski: SWIFT: ING BP LPW PL 33 2130 0004 2001 0409 4215 0001

 

Podziel się z innymi

Powiązane artykuły

Ilość komentarzy: 17 dla artykułu "Czy Polska powinna przystąpić do strefy euro?"

  1. Jacek Jacek pisze:

    A ja czegoś nie rozumiem. Czemu nie można wprowadzić systemu wielowalutowego, tak, żeby równocześnie w obiegu były dopuszczlne złotówki, euro, dolary USA czy fanki szwajcaskie? Wtedy problem wejścia do strefy euro czy jakiejś tam innej unii walutowej zniknąłby sam z siebie.

    • Michal pisze:

      Alez to bardzo proste: dopuszczenie do obrotu na WLASNYM obszarze gospodarczym walut konkurencyjnych zmniejszyloby popyt na krajowy pieniadz a zwiekszyloby popyt na pieniadz konkurencyjny. Trzeba by wiec zmniejszyc podaz pieniadza krajowego albo przekonac emitentow pieniedzy konkurencyjnych do akceptowania pieniadza krajowego aby zachowac rownowage popytu i podazy pieniadza. Poniewaz nie da sie przekonac wladz w UE, USA, Szwajcarii ani nawet na Ukrainie aby pozwolily SWOIM podmiotom gospodarczym regulowac platnosci w zlotych pozostaje jedynie zmniejszenie podazy zlotego lub akceptacja nierownowagi. Pierwsze skutkowaloby rezygnacje z monopolu podazy pieniadza a wraz z nia rezygnacje z przychodow z podatku inflacyjnego. Drugie skutkowaloby hiperinflacja a byc moze nawet upadkiem pieniadza krajowego i calkowite zastapienie go walutami konkurencyjnymi, a na to nasi wlodarze nie sa gotowi.
      Na pocieszenie dodam, ze istnieja juz co najmniej 2 konkurencyjne systemy walutowe, ktore z roku na rok coraz wyrazniej zaznaczaja swoja obecnosc na rynku. BTC i LTC – bo o nich mowa – sa stosowane w rozliczeniach pomimo monopoli emisyjnych poniewaz niemozliwe jest zidentyfikowanie podniotow gospodarczych poslugujacych sie nimi (transakcje sa anonimowe) a wiec niemozliwe jest nalozenie sankcji na podmiot gospodarczy za zlamanie prawa o prawnym srodku platniczym. Ponadto, na strazy istniejacego systemu walutowego stoja prawa o monopolu emisyjnym, jednak poniewaz BTC i LTC nie maja emitenta, nie mozna zastosowac sankcji wobec emitenta, co czyni bezsilnym prawo o monopolu emisyjnym.

  2. kanton pisze:

    Zgoda, ale jaka nacja trzymałaby nas za gardło :-(.

  3. policjant łapówkarz pisze:

    przyjęcie euro to gwóźdź do trumny dla Polaków. Bieda zje ich do zera.
    Jebana żydo-komuna.

  4. sławek pisze:

    nie,nie,nie, żadnego euro, to następny i duży krok do zniewolenia ale na pewno trzeba zmienić polityków „naszych” – jeśli będą odpowiedni ludzie u władzy to wszystkim będzie się żyło lepiej a nie tylko wszystkim z Partii Oszustów.

  5. zjanusz pisze:

    A moze zloto?

  6. kanton pisze:

    Już czas partię PO wykreślić z polskiego parlamentu, Do piachu z nimi.

  7. Krzywousty pisze:

    Autorzy pominęli, lub niezbyt jasno (dla mnie) odnieśli się do chyba najważniejszego argumentu przeciwników Euro: do roli własnej waluty jako automatycznego „regulatora” gospodarki z którą ta waluta jest powiązana.
    Innymi słowy nie odnieśli się do pozytywnego efektu jaki ma fakt automatycznego dostosowywania się wartości waluty do stanu WŁASNEJ gospodarki. Własny pieniądz: jeden z najlepszych na świecie instrumentów jaki został kiedykolwiek stworzony.
    Gospodarka podupada lub upada – wartość waluty spada. Wszystkie produkty i usługi powstajace w tej strefie stają się automatycznie bardziej atrakcyjne prowadząc do ożywienia gospodarczego. Gospodarka silna, pieniądz przewartościowany – rozwój przegrzanej gospodarki zostaje przyhamowany. Trudno o lepszy instrument, który na dodatek tym lepiej działa im mniej się w niego ingeruje.
    .
    Prosty przykład: stany (kraje) takie jak Luizjana, Południowa Karolina. Oba są biedne i oba są pozbawione własnej waluty. Od dziesięcioleci są biedne i nic nie wskazuje by się z biedy podźwignęły bez federalnej pomocy. Zachęcanie, przyciąganie inwestycji z innych stanów dawno osiągnęło swój loimit. Nie da sie w nieskończoność obniżać lub eliminować podatki dla firm. Instytucje stanowe wymagają pewnych, choćby minimalnych wpływów z podatków.
    Również tania siła robocza nie jest wystarczająco tania by lawinowo przyciągać inwestorów. Wszak mieszkańcy tych stanów muszą być opłacani tym samym dolarem co Kalifornijczycy. Można im płacić mniej, ale nie na tyle mniej by było to wystarczająco atrakcyjne.
    Dlatego bez własnego pieniądza, który w tych warunkach uległ by dużej dewaluacji, biedny raczej na pewno pozostanie biednym.

  8. AS pisze:

    Odpowiedź jest jedna. Może kiedyś, kiedyś…

  9. pablo3 pablo3 pisze:

    nie zartujmy nawet. juz nawet pomijajac przyklad Karoliny Poludniowej, Luzjany czy Grecji. warto dodac, ze wejscie Polski do strefy euro przy obecnym stosunku wartosci euro do zlotowki i biorac pod uwage najnizsza pensje krajowa, spowoduje, ze zwykly pracownik (w tym rzecz jasna wielu mlodych ludzi) bedzie zarabial ok. 300 euro miesiecznie, a tymczasem ich odpowiednicy z Niemiec czy Wlk Brytanii kolo 1000 albo wiecej. czyli za ta sama prace, w tym samym systemie walutowym, dostaniemy ponad 3 krotnie mniej pieniedzy. to raczej nie jest droga do zahamowania postepujacej emigracji… wejscie przy takim parytecie i z tak niska srednia krajowa, jest bez sensu. chyba, ze chcemy pokazac, ze potrafimy jeszcze slabiej kierowac aparatem panstwowym niz Grecy.

  10. Michal pisze:

    Bzdury Pan piszesz.
    1) Najbiedniejszym stanem w USA jest Mississippi ze swoim PKB na glowe w wysokosci $33k rocznie. Jest to wiecej niz PKB na glowe w Korei Pld. ($32.8k) i niewiele mniej niz srednia UE ($35k). Wszystkie 3 miary wg parytetu sily nabywczej, niektore z 2012r. Tak wiec najbiedniejszy stan w USA jest bogatszy niz wiekszosc krajow posiadajacych suwerenne waluty.
    2) Wartosc waluty nie dostosowuje sie do stanu „wlasnej” gospodarki, ale do zmian w popycie i podazy danej waluty: im slabszy rozwoj gospodarczy danego obszaru walutowego, tym slabsze perspektywy na sciagalnosc podatkow w przyszlosci, co skutkuje zmniejszonym popytem na obligacje denominowane w walucie kraju emitenta, co jest rownoznaczne ze spadkiem popytu na dana walute. Wystarczy zmniejszyc podaz obligacji aby nawet przy slabym rozwoju gospodarczym wartosc waluty rosla.
    3) Do reszty panskiej wypowiedzi az wstyd sie odnosic, wiec na tym poprzestanmy.

    Mnie osobiscie ta chora sytuacja jest w sumie na reke. Im bardziej rzady mieszaja w czyms na czym sie w ogole nie znaja (ilu premierow na swiecie prowadzilo kiedykolwiek w swoim zyciu dzialalnosc gosodarcza?), tym wiecej okazji do zarobienia na wahaniach kursow, arbitrazu i carry trade. A podatnicy zaplaca… Rodzice zaplaca VAT w cenie ubranek dzieciecych, kierowcy akcyze w cenie paliwa a robotnicy jeszcze do tego podatek dochodowy.

  11. pablo3 pablo3 pisze:

    Panie, sprawa sie jedynie rozchodzi o podejcie strategicznej decyzji, w jakiej strefie wplywow chcemy sie ostatecznie znalezc. ot cala filozofia. zreszta ciezko w ogole przypuszczac, ze wektory tej ekonomii politycznej sie odwroca. musialby nastapic wstrzas spoleczny, na miare tego greckiego.

    • Michal pisze:

      Panie, strategiczna decyzja zostala juz dawno podjeta przez starszych i madrzejszych. I dobrze… Lepiej to juz tak, niz przez glupszych…

  12. policjant łapówkarz pisze:

    Co by nie mówic won z euro!!!!

  13. pablo3 pablo3 pisze:

    Panie Michale, to czy oni tacy madrzy to mam coraz wieksze watpliwosci. inaczej nie byloby tej calej dyskusji. jak patrze na stan naszego panstwa, to smiem twierdzic nawet, ze sa bardzo glupi. ale rozumiem, ze Pan juz podjal decyzje w swoim procesie myslowym. dobrobyt ekonomiczny w dluzszej perspektywie, znacznie zmniejszonego spoleczenstwa polskiego, za cene likwidacji polskiego panstwa, a raczej osrodkow decyzyjnych znajdujacych sie w tym panstwie. to takie neo liberum veto. opowiadam sie za dobrobytem a reszte mam w dupie. szkola stanczykow tez sie klania. Polska wciaz istnieje, i pod berlem cesarza, a w czasach nam wspolczesnych, pod pantoflem Pani kanclerz…

  14. RICO pisze:

    Dla stanowisk unijnych partyjnej swołoczy PO powinniśmy przystąpić do strefy euro !

Dodaj komentarz

Dodaj komentarz

 

142067