Może nie najlepszy film w dorobku Andersona, ale widać i czuć dużo włożonego weń serca.
Filmy Wesa Andersona rozpoznaje się na pierwszy rzut oka. Zachwycają dbałością o kadr, urodą rekwizytów, scenografii i kostiumów. Nie inaczej jest tym razem – znów mamy pięknie wykreowaną rzeczywistość w stylu vintage.
Film opowiada o pierwszej miłości trzynastolatków. On, skaut, sierota i ona, ‘nieprzystosowana’ dziewczyna, córka pary prawników. Oboje uciekają, bo ich miłość jest z tych‘zakazanych’. Inicjacyjna historia łączy się tu z opowieścią o ludzkich (rodzinnych) relacjach. Bohaterowie w obliczu życiowych wyborów, dorastają do sytuacji (dojrzewają także ci starsi). Anderson opowiada też o byciu outsiderem, o konflikcie na linii jednostka – reszta. Staje po stronie wyrzutka, nie lubianego przez kolegów Sama. W obliczu jego determinacji rzeczywistość ma szansę się zmienić.
Oryginalne pomysły, jak stylowe nawiązania do spaghetti westernów, wspomniane stytlistyczne dopieszczenie, wreszcie dobór wybrzmiewających w filmie utworów, z ‘Le Temps de l’Amour’ Francoise Hardy na czele – wszystko spójne i urocze. Nie jest to może najlepszy z jego filmów, dużo bardziej lubię Steve’a Zissou, ale nie mogę odmówić tego, że Anderson włożył w histrorię dużo serca, co urzeka także widza.