Bez kategorii
Like

Zamach w Smoleńsku – dowody cynizmu

10/05/2011
304 Wyświetlenia
0 Komentarze
12 minut czytania
no-cover

Książka barona Leszka von Minchałzena-Szymowskiego jest wspaniałym przykładem cynicznego i bezwzględnego wykorzystywania naiwności bliźnich.

0


To publikacja z gatunku sensacyjnych opowieści udrapowanych w odkrywcze szaty w stylu „Zabili go i uciekł – najnowsze, nieznane dotąd ustalenia”. Pełno takiej makulatury w każdej księgarni: krzykliwa okładka, przykuwający uwagę tytuł („Tajna historia SS”, „Życie prywatne Stalina”, „Zamach w Gibraltarze”), a w środku zadrukowane kartki papieru luźno związane z zapowiedziami na okładce. Gdyby te karki były puste, wartość dzieła nie uległaby zmianie na gorsze nawet o jotę.

Inwokacja arcydzieła cyników zawsze jest powieleniem metody Hiczkoka. Baron Leszek otwarcie nawiązuje do sprawdzonych wzorów:
 
Przytoczone tutaj wypowiedzi świadków, relacje i dokumenty od 10 kwietnia 2010 roku były skrzętnie ukrywane przed opinia publiczną i miały nigdy nie ujrzeć światła dziennego.
 
[str. 9]
 
Pierwszym ze świadków, którego wypowiedzi baron Leszek osobistym poświęceniem ocalił od zaginięcia w nocnej głuszy jest Władysław Protasiuk, ojciec pilota prezydenckiego tupolewa. [str. 12] Pan Protasiuk ujawnił Minchałzenowi szokujące fakty z dzieciństwa syna, które Minchałzen skrzętnie zanotował. Chociaż prawdę mówiąc bardziej szokujące jest to, że wypowiedzi pana Władysława jednak ujrzały światło dzienne i to już 4 dni po "zamachu" (linki 1, 2). Zasługa barona Leszka jako odkrywcy polega więc wskazaniu następcom metody robienia z czytelników frajerów. Ze swojego odkrycia korzystał zresztą na kolejnych stronach często i z dużą wprawą.
 
Należy przyznać baronowi, że nie trzyma czytelników ponad miarę w niepewności, dosyć szybko – bo już na 12 stronie – zdradza metodologię swojego rozumowania:
 
…Protasiuk był głównym pilotem Lecha Kaczyńskiego. I to on woził go później na Litwę, Słowację, do Afganistanu, Belgii, Niemiec i w inne miejsca. Za każdym razem bezbłędnie, profesjonalnie i niebezpiecznie.
 
Przyznam, że po przeczytaniu tej sensacji wpadłem w trwający kilka godzin zachwyt. „Młody dziennikarz śledczy” wyśledził chwacko „skrzętnie ukrywany” fakt: pilot wożący prezydenta przed katastrofą smoleńską innych katastrof nie spowodował. Warto podkreślić, iż przyjemność dojścia do wniosku „Dzban nosi wodę, dopóki mu się ucho nie urwie” baron Leszek pozostawił czytelnikom. Kiedyś podobną euforię budziło zdjęcie wywieszki na drzwiach sklepu o treści „Zamknięte aż do otwarcia”.
 
Tej metodologii, polegającej na ciągłym wyważaniu otwartych drzwi, baron Minchałzen jest wierny na kolejnych stronach swojej niezwykłej opowieści:
 
…7 kwietnia ani piloci, ani maszyna nie zawiodła. A kapitan Protasiuk ponownie pokazał swoją klasę, lądując na lotnisku Siewiernyj.
 
[str. 23 – piloci bez klasy, jak wiadomo, podczas każdego lądowania rozbijają samoloty. Każdy turysta to przyzna]
 
Podczas lotu 7 kwietnia nic nie zapowiadało tragedii.
 
[tamże – Autorowi chodzi o to, że 7 kwietnia na niebie nie pokazały się skrzyżowane błyskawice, kury nie latały, żadne rozmaite znaki na niebie i ziemi nie zwiastowały jakowyś klęsk i zdarzeń]
 
Rozdział II nosi tytuł „Remont pod okiem GRU”. Wypełniają go… nie, nie wypowiedzi świadków, relacje i dokumenty skrzętnie ukrywane przed opinia publiczną. To luźna kompilacja łatwo dostępnych publikacji, z których baron Minchałzen radośnie i obszernie zżyna. To nie jest dochodzenie śledcze, lecz budowanie atmosfery zagrożenia. Na koniec baron zaskakuje po raz kolejny, jednym tchem pisząc następujące sprzeczności:
 
Tu-154M prowadzi w niechlubnej statystyce najbardziej niebezpiecznych modeli samolotów pasażerskich na świecie
 
i
 
Tupolewy były [? – a co, już nie są? XL] wykonywane z twardej, duraluminiowej blachy – twardszej niż większość konkurencyjnych modeli samolotów. Był to jeden z czynników, który sprawił, że w historii tutek zdarzały się katastrofy, z których pasażerom udawało się ujść z życiem.
 
[str. 36]
 
Jednym słowem – zapraszam na pokład naszego wysoce awaryjnego samolotu, w którym macie duże szanse przeżycia nieuchronnej katastrofy. Konkluzje tę baron Minchałzen zilustrował przykładami „udanych” katastrof samolotów Tu-134 i Tu-204, zestawiając je z naszym Tu-154M. Samoloty inne, warunki także, niemniej Autor dopatrzył się w nieporównywalnym porównań.
 
 Rozdział trzeci poświęcony jest teoriom prof. Mirosława Dakowskiego oraz oficera Roberta T. Ich wiarygodności dowodzi brak kontrataku ze strony Gazety Wyborczej oraz dobra opinia służbowa oficera T. No cóż, możliwe, że znaleźliby się chetni do polemiki, gdyby nie fakt, iż swoje wnioski Pan profesor wysnuł ze zdjęć, a wyliczenia oparł na sile przeciążenia, jaka mogła zaistnieć. Czy faktycznie zaistniała – nie wiadomo, no, ale obliczenia obalające oficjalną wersję są! Czego wymagać więcej? Podobne machinacje fotograficzno-śledcze przeprowadził pirotechnik Robert T., dochodząc do konkretnych ustaleń: „to była eksplozja bomby próżniowej”. Czy można mu wierzyć? pyta Minchałzen. Oczywiście, sam sobie odpowiada, przełożony T. bardzo go chwali.
 
Zabawa powoli się rozkręca. W kolejnym rozdziale wirtuoz Wosztyl opowiada, że lądując nie widział nic oprócz świateł APM, a radiolatarnie nie działały należycie. Mimo to wylądował nie przejmując się brakiem pozwolenia, co potomkowi husarzy można wybaczyć. Najśmieszniejsze jest to, że o owych rzekomych wadliwych radiolatarniach Wosztyl nie poinformował kpt. Protasiuka, chociaż warunki się pogarszały. Co tu jest śmieszne? Ano to, że z tego tytułu Minchałzen stawia zarzut… Rosjanom. [str. 59-60]
 
No, może zresztą przesadzam – stenogramy rozmów zostały przez Rosjan sfałszowane. Baron Minchałzen ma na to nawet dowód:
 
Chorąży Muś zeznał w prokuraturze, że łącząc się z kolegami z tupolewa powiedział „Arek tu Remek”. Z kolei w oficjalnych stenogramach czytamy, że miał powiedzieć „Remek, jestem”.
 
[str. 61]
 
A teraz proszę sobie szybciutko przypomnieć, coście powiedzieli na powitanie do swojego kolegi w pracy tydzień temu. Jeśli się pomylicie, to będzie to jednoznaczny dowód na to, że mataczycie.
 
Na stronach 63-64 pojawiają się informacje udzielone przez anonimowego (a jakże!) oficera Służby Wywiadu Wojskowego. Ów Bond opowiada o polskich radarach, które nasłuchują pierdnięć od Bugu po Ural. Te radary zarejestrowały dwa wybuchy w okolicach lotniska Siewiernyj. Radar jako kierunkowe urządzenie podsłuchowe brzmi dla mnie dziwnie, no, ale może się nie znam. Podobnie jak dyletanci, którzy opracowali hasło „radar” w Idiotopedii. (link 3)
 
Jak się ma do dyspozycji tak niezwykłe radary, to zdobycie przez Autora tajnych zdjęć satelitarnych przedstawiających udane lądowanie w błotnistym lesie nie zaskakuje. Zdjęć satelitarnych robionych nie z góry, lecz z boku. Z satelity o nazwie Bild.de. Zapewne z satelity pochodzi także zdjęcie kokpitu, który następnego dnia podstępni Sowieci ukradli. I na nic zaprzeczenia amatorów „ruskiej wersji’, którzy bezceremonialnie zwracają uwagę na fakt, iż ów „kokpit” to część ogonowa samolotu, której nikt nigdy chyłkiem pod kapotą nie wynosił. Dziennikarz śledczy, a po wielu miesiącach dochodzenia przodu od tyłu samolotu nie odróżnia? Niemożliwe, prawda?
 
Rozdział V to analiza „filmu Koli”. Oto modelowy przykład cynicznego naigrywania się z czytelników:
 
…w 37 sekundzie widać, jak spod wraku wyczołguje się mężczyzna ubrany w jasny garnitur.
 
[str. 74]
 
Spod wraku, z błota, wygrzebuje się osoba w jasnym garniturze, najwyraźniej nie zabita przez bombę próżniową. Ubrana. Ubrana, chociaż na stronie 48 „dowodem” potwierdzającym odpalenie bomby próżniowej były nagie zwłoki. No, sprzeczność tę łatwo wyrazić – ruskie bomby są kiepskiej jakości: jednych zabiją i rozbiorą, innych nie zabiją, nie rozbiorą, ani nawet nie pobrudzą pomimo błotnej kąpieli. Szajs.
 
Mniej więcej tutaj kończy się część pierwsza dzieła życia barona Leszka Minchałzena. W części II baron zajął się anatomią matactwa, nie wiedzieć czemu pomijając swoją własną twórczość. Zdegustowany taką wybiórczością porzuciłem lekturę. Wrócę do niej, jak przestanę płakać.
 
Baron Leszek raczej nie szlocha. Nie szlocha się podczas przeliczania nieuczci… przepraszam… uczciwie zarobionych na sprzedaży książki pieniędzy.
 
Zazdroszczę mu tupetu.
 
 
 
LINK 1
 
LINK 2
 
LINK 3
0

xiazeluka

Blog reakcyjny

17 publikacje
0 komentarze
 

Dodaj komentarz

Authorization
*
*
Registration
*
*
*
Password generation
343758