Bez kategorii
Like

Zaczarowana dorożka…

04/04/2011
509 Wyświetlenia
0 Komentarze
29 minut czytania
no-cover

Ongiś podstawowy środek transportu w mieście. I tylko z tego powodu: niezastąpiony rekwizyt w ekranizacjach przygód Sherlocka Holmesa na przykład. Dorożka.

0


Czekająca na mrozie i deszczu niejednokrotnie ratuje bohatera z opresji i pozwala mu rozwiązać zagadkę. Cwałując przez wąskie uliczki w londyńskiej mgle aż do utraty tchu konia, w zamian za chojny napiwek w wysokości złotej gwinei (czy Sherlock Holmes wliczał kwoty wydane na napiwki do swojego rachunku..?), pozwala uprzedzić złoczyńcę…

Obecnie: rozrywka dla gawiedzi, błahostka i disneyland. Czy można jednak chcieć więcej? W prześmiesznym skądinąd dokumencie zatytułowanym „Program Rozwoju Hodowli Koni i Jeździectwa Polsce“, opracowanym na potrzeby akcji „SOS dla Stad“ oszacowano, że w Polsce jeździ konno 0,3% społeczeństwa. 1 Polak na 300 jeździ konno. O ile oczywiście, rozumiem tę cyfrę prawidłowo i nie chodziło autorom o takich tylko, którzy posiadają przynajmniej brązową odznakę PZJ i z tego tytułu mogą być uważani za sportowców..? Chyba nie jednak, bo 0,3% z 38 milionów to jednak jest ponad 100 tysięcy ludzi, a tylu brązowych odznak PZJ raczej nie wydał. Wynikałoby z tego, że ludzie jeżdżący nie są nawet ekscentryczni czy wyjątkowi – ze statystycznego punktu widzenia, ich w Polsce po prostu nie ma! Zaś dla 99,7% populacji los gatunku equus caballus jest doskonale obojętny. Gdyby jutro zniknęły z Polski wszystkie konie, fakt ten zasługiwałby na wzmiankę w głównym wydaniu „Faktów“ nie bardziej, niż korek na krajowej „siódemce“…

Czy zatem można chcieć od dorożek więcej, niż aby były tylko rozrywką, błahostką i disneylandem? Korzystają z nich przecież nie ludzie jeżdżący, tylko turyści, dla których jest to miły dodatek do zwiedzania co atrakcyjniejszych starówek i co ciekawszych, a wystarczająco rozległych dziwowisk natury, jak choćby Tatrzański Park Narodowy, czy nadmorskie plaże. Dla prawie 100% z nich dorożka to jedyny kontakt z koniem w życiu. To znaczy – jedyny kontakt na żywo, bo poza tym, oczywiście, mogą je sobie pooglądać w telewizji czy w kinie, na przykład w ekranizacjach przygód Sherlocka Holmesa. Właśnie dlatego, że dorożki jeżdżą po centrach wielkich, historycznych miast, gdzie skupia się najwięcej ludzi i gdzie nawet dzieci z małych miasteczek przyjeżdżają na wycieczki i mogą te dorożki i konie zobaczyć. I dzięki temu wiedzą, o czym pisał w znanym wierszu poeta Konstanty Ildefons (czy wiersz ten pozostał w aktualnej wersji minimum programowego dla szkół..?), który nam tytułu dla tych rozważań użyczył.
 
Dorożki są dla nas, koniarzy, wizytówką i znakiem firmowym. Choćbyśmy nie wiem jak nie chcieli się do tak plebejskiego krewniaka przyznać: jeśli będziemy musieli znajomym nie-koniarzom konia pokazać, a nie uda ich się do żadnej stajni za miasto wyciągnąć, to można to zrobić na żywo najłatwiej na przykładzie dorożkarskiej szkapy! Pewnie, że większość z nas woli w takim momencie wyciągnąć „Atlas Anatomii Klicznej Konia“ i zanudzić interlokutora na śmierć, albo ostatni numer „Końskiego Targu“ ze zdjęciami pięknie przez sympatyczną panią redaktor Kasię opracowanymi (to już lepiej, ale ciągle jednak nie to…), niż gościa na postój dorożek ciągnąć. Dlaczego? Bo jednak ten nasz plebejski krewniak często – gęsto siermiężny jest aż do bólu. Ochraniacze zakłada odwrotnie. Podczepia za zadami całkiem nawet dorzecznych koni zupełnie niedorzeczne, landrynkowej barwy landa jak z disneylandu właśnie (obciach i hańba!). Bywa, że i wódą od niego jedzie (to jednak jest niewątpliwie część tradycji! Nie obruszałbym się na nią tak łatwo. W ogóle cała ta histeria o pijanych kierowcach, lekarzach, księżach i politykach, to całkiem niedawny wynalazek jest i nie do końca troską o życie i zdrowie publiki motywowany – co jednak nie na te łamy jest tematem). No i gębę dał sobie, jak to plebejusz, doczepić iście gombrowiczowską: że konie batem leje, jeść i pić im nie daje, po pracy w ciasnych komórkach zamyka, szorów nigdy nie zdejmuje, od czego biedactwom otarcia się robią, a po sezonie natychmiast do rzeźni odstawia, by na wiosnę nowe kupować i do dorożki zaprzęgać, a w ogóle to jest mafia, jeśli nie wręcz: „układ“!
 
Ta gęba może by nie była taka ważna, gdyby nie to, że właśnie w ostatnich miesiącach sępy wyczuły tu łatwy żer. Piszę o wszelkiej maści „ekologach“ (tak naprawdę są to zwykli ekofaszyści, mało który z nich ma wykształcenie przyrodnicze, o żadnym prawdziwym ekologu, czyli adepcie nauki o zależnościach pomiędzy organizmami w środowisku, nigdy w tych szeregach nie słyszałem, większość zaś to nawiedzeni dziennikarze po polonistyce albo naukach politycznych – którymi, oczywiście, jako absolwent o wiele bardziej swego czasu elitarnych stosunków międzynarodowych do głębi gardzę ☺). 
 
Zdarzyło się przypadkiem, że na drodze do Morskiego Oka padł koń zaprzęgowy. Prokuratura po kilku miesiącach śledztwa, mimo klangoru wszelkiej maści samozwańczych „obrońców praw zwierząt“ umorzyła sprawę dochodząc do wniosku, że był to niemożliwy do wcześniejszego przewidzenia nieszczęśliwy wypadek – koń dostał skrętu kiszek i padł mimo najlepszych, w tych warunkach, wysiłków ze strony woźnicy, żeby go uratować. 
 
Zdarzyło się też przypadkiem, że jakiś koń zasłabł na Rynku w Krakowie. Zdarzyło się też, że jakaś inna para koni w tymże samym Krakowie spłoszyła się i stratowała nastolatkę.
 
Wszystko to są indywidualne przypadki, których absolutnie nic nie łączy. Związek między nimi zaistnieć mógł tylko w ludzkiej wyobraźni – i zaistniał, oczywiście, w zbiorowej wyobraźni żądnych krwi ekofaszystów. Jak pisze mi pan Cezary Wyszyński z krakowskiej Vivy, która w listopadzie 2009 roku zorganizowała konferencję prasową na ten temat: Co chcielibyśmy osiągnąć? Lepsze egzekwowanie istniejącego prawa (utrudnione w tej chwili przez nazwijmy to "zmowy" środowisk wykorzystujących konie), doprecyzowanie go (tu jest opór ze strony min. rolnictwa) i podniesienie świadomości konsumentów rozrywek/usług z udziałem koni. Wierzymy w to, że turyści którzy mieliby świadomość, że konie w dorożkach wiozących ich do Morskiego Oka, pracują sezon-dwa – góra trzy a potem idą na rzeź wyeksploatowane do granic możliwości – zrezygnowaliby z przejażdżki. Tak samo w przypadku ośrodków jeździeckich wysyłających konie na rzeź zamiast na emeryturę.

Chcielibyśmy po prostu żeby ludzie którzy używają koni brali odpowiedzialność za zdrowie, komfort i całe życie swojego zwierzęcia. Jeśli potrafią to robić – zapewniają mu odpowiednie dla danego gatunku i osobnika warunki to OK.

Deklarowanym celem kampanii jest zakaz wykorzystywania koni do niektórych prac typu zrywka drewna, droga do Morskiego Oka, gonitwy typu Wielka Pardubicka a zwalczanie patologii w pozostałych miejscach.
 
Na uwagę, że ograniczenie możliwości wykorzystania koni w różnych branżach przemysłu rozrywkowego spowoduje ich natychmiastowe wysłanie na rzeź, pan Wyszyński odpowiada: to znaczy według Pana byłaby to gorsza sytuacja niż niekończący się cykl: kontuzjogenne eksploatowanie ich przez kilka lat po czym i tak wysłanie na rzeź? 

Tego typu zakazy czy ograniczenia można wprowadzać z okresami przejściowymi by uniknąć efektu o którym napisał Pan wyżej – tak żeby istniejące pokolenie koni nie było wysłane na rzeź – nie chcemy wylać dziecka z kąpielą – staramy się przewidywać jakie dalekosiężne skutki ma wprowadzanie naszych postulatów w różnych dziedzinach.
 
Na koniec zaś, sprowokowany moją uwagą o dążeniu przynajmniej części ekofaszystów do całkowitego zakazu hodowli zwierząt, pan Wyszyński odsłania karty: Skoro wspomniał Pan ten temat to wyjaśnie że nie chodzi o wodę w Afryce. Jeśli chodzi o wodę to mamy deficyt wody pitnej tu w Europie i sytuacja będzie się pogarszać. Mimo to hodujemy na mięso zwierzęta a to wymaga wody do ich pojenia a co gorsza do uprawiania paszy dla nich. Produkcja zwierzęca to po prostu strata wody i ogólnie marnowanie pożywienia roślinnego z którego moglibyśmy bezpośrednio czerpać energię zamiast zużywać ją karmiąc zwierzęta. Odchody zwierząt są również źródłem zanieczyszczenia wody. 

Co do innych kontynentów prawdą jest że lasy deszczowe w Brazylii są od lat wycinane pod pastwiska dla krów które kończą potem życie w europejskim hamburgerze i pola uprawne kukurydzy i soi – wcale nie dla wegetarian, a dla zwierząt hodowanych w Europie. 

Takie sa fakty potwierdzone w raporcie ONZ z 2006 roku który stwierdził, że hodowla zwierząt przyczynia się w większym stopniu do globalnych zmian klimatu niż… transport samochodowy, lotniczy i kolejnowy razem wzięty. 

Chyba, że spojrzymy krótkowzrocznie – woda w kranie jest, globalnych zmian klimatu nie widać, zanieczyszczeń wód grunktowych nie widać więc wszystko jest ok.

Na koniec chciałbym jeszcze poprosić o nie uleganie pokusie pójscia na skróty przy ocenianiu naszych działań. Łatwo jest przylepić łatkę zielonych czy wegetarian – zgadzam się nasze środowisko pełne jest radykalnych poglądów ale często mamy rację jakkolwiek absurdalnie by ona nie wyglądała. 

Osobiście jestem weganinem – nie jem żadnych produktów pochodzenia zwierzęcego z powodu środowiska ale również ze względu na cierpienie zwierząt czy w mniejszym stopniu – zdrowie. Mam jednak świadomość na jakim świecie żyjemy – jakie są poglądy większości społeczeństwa – staramy się je zmieniać. Może z grubej rury porównanie ale stosunkowo niedawno zostało zniesione niewolnictwo co wydawało się w USA nie do pomyślenia – upaść miała gospodarka – jednak się udało. We Francji i Włoszech dopiero po II wojnie światowej kobiety uzyskały prawa wyborcze! 
Poglądy ludzi się zmieniają i mamy nadzieję, że zmienią sie w stosunku do zwierząt i zamiast wykorzystywania czy może raczej bardziej odpowiednie słowo pasożytnictwa – będziemy współegzystować jak odpowiedzialny jeździec ze swoim koniem. 

Jeśli chodzi o same konie, które i tak są w uprzywilejowanej sytuacji w stosunku do innych zwierząt sytuacja nie jest dobra. Rocznie ma miejsce kilkanaście upadków konia w samej drodze do Morskiego Oka – oczywiście ciężko to udokumentować bo zamast opieki są wiezione na ubój. W górach powszechna jest praktyka ubezpieczania koni po czym doprowadzania do wypadku przy zrywce drewna dzięki czemu właściciel otrzymuje odszkodowanie. Konie z ośrodków jeździeckich, hippoterapii, etc po sezonie lub po wyeksploatowaniu trafiają na rzeź. Konie hodowane na rzeź często nigdy nie wychodzą z boksu, są po prostu tuczone z niesprzątanymi odchodami, niekorygowanymi kopytami, etc. Sam trasnport na rzeź jest nadal – mimo pewnej poprawy – dramatyczny. 

Jeśli chodzi o sam temat koni pracujących w dorożkach/saniach i konkrety chcielibyśmy organiczeń związanych z: 
– minimalnym wiekiem wykorzystywanych koni 
– maksymalnym ciężarem ciągniętym – zależnym od rasy konia 
– maksymalnym czasem pracy 
– podawaniem informacji o losie koni po zakończonej pracy 
– minimalną i maksymalną temperaturą pracy 
– warunkami i infrastrukturą do odpoczynku koni w czasie pracy 

Jeśli chodzi o same wartości to sprawa jest otwarta – ważne jest żeby podjąć jakąś dyskusję na ten temat bo teraz nie ma żadnych przepisów i ciężko jest liczyć na to że sami dorożkaże nałożą na siebie zdroworozsądkowe ograniczenia biorąc pod uwagę jak tanie i dostępne są konie. W tym kontekście bardziej radykalnym wydaje się być pogląd naszych adwersarzy by nic nie robić – nie wprowadzać żadnych przepisów niż nasz – podjęcia dyskusji i wprowadzanie ograniczeń 😉 

Nasz postulat jest taki żeby radykalne poglądy eksploatowania koni (a w perspektywie innych zwierząt) jak maszyn i idei nie wykorzystywania ich w ogóle jakoś wypośrodkować. Dowiadujemy się o zwierzętach coraz więcej. Wbrew temu co jeszcze niedawno uważaliśmy, mają właściwie wszystkie zdolności które ma człowiek włączając abstrakcyjne myślenie, kulturę w rozumiemiu przekazywania sobie umiejętności, przewidywanie przyszłości (nie w sensie wróżki:), tworzenie więzi społecznych. Możemy to cały czas ignorować albo w końcu wyciągnąć – czasami bardzo daleko idące – wnioski.
 
Przyznaję Państwu, że jestem tą wypowiedzią zachwycony! Nie, wcale nie dlatego, że pan Cezary maluje się tu nam jako człowiek wielkiego serca, umiarkowany i rozumny – i pewnie może taki jest naprawdę, choć nie wiem, jak by odpowiedział na moje pytania, gdybym postąpił nielojalnie i nie uprzedził go z góry, że mam radykalnie odmienne poglądy. Jego mailowa odpowiedź, którą przytoczyłem powyżej niemal w całości, potwierdza moje najgorsze względem „zielonej“ ideologii obawy. Dlaczego? Czy jest coś złego w określeniu, w jakim wieku koń może być po raz pierwszy oprzęgany, ile może pracować, w jakich warunkach i pod jakim obciążeniem i w zapewnieniu, żeby na postojach dla dorożek był cień i bieżąca woda? Nie, podobnie zresztą jak nic złego by nie było w nauczeniu dorożkarzy prawidłowego zakładania ochraniaczy (sam nie jestem pewien, czy umiem to zrobić…) i tej odrobiny dobrego smaku, dzięki której posłaliby na złom landrynkowej barwy landa…
 
Będę jednak bronił dorożek i dorożkarzy do ostatniego pixela na ekranie przed narzucaniem im tego rodzaju norm z góry, jakimkolwiek aktem prawa unijnego, krajowego czy miejscowego! Doraźnie, taka interwencja legislacyjna na pewno w żaden sposób nie poprawi losu dorożkarskich koni. Rynek (społeczeństwo, świat, środowisko… – każdy, dostatecznie skomplikowany system!) to system naczyń połączonych, jak się naciśnie w jednym miejscu, zacznie bulgotać i przelewać się zupełnie gdzie indziej, najczęściej tam, gdzieśmy tego w ogóle się nie spodziewali – naprawiacze świata wszelkiej maści zawsze ignorowali tę cechę przedmiotu swojej troski. Co „nie zagra“ tym razem? Nie wiem, ale tego, że legislacyjna interwencja nic tu pomóc nie może, pewien jestem najzupełniej! Jeśli dorożkarze chcą pozbyć się „gęby“, którą im, najpewniej niesłusznie, przyprawiono, sami powinni, we własnym, najlepiej pojętym interesie (oraz w naszym, ogółu koniarzy, żebyśmy się tego naszego plebejskiego towarzysza niedoli przestali wstydzić…), dbać o swoje konie najlepiej jak potrafią. Większość zresztą na pewno to robi – a fakt, że w odpowiedzi na prasową kampanię zwolenników odgórnych ograniczeń nie wystąpił żaden rzecznik dorożkarzy i nie pokazał dziennikarzom na jak nikłej podstawie opierały się wszystkie zarzuty – najlepszym jest dowodem na to, że wbrew „gębie“, dorożkarze i woźnice żadnej mafii nie tworzą. Najpewniej, jak w całej reszcie koniarskiego światka, panuje tam tak zaciekła konkurencja, że jeden drugiego najchętniej by w łyżce wody utopił – i stąd niezdolność tego środowiska do jakiegokolwiek koherentnego działania we wspólnej sprawie.
 
Ta konkurencja jednak, wcześniej czy później sama wymusi poprawę i dobrostanu zwierząt (konie, o które lepiej się dba, mogą dłużej pracować – a, choć konie są w Polsce niezmiernie wręcz tanie, jakbyśmy milionowe tabuny na stepach wypasali, a nie trzymali po komórkach marne 300 tysięcy ogonów, czyli mniej niż… 1 konia na każdy kilometr kwadratowy terytorium kraju! – to jednak wyszkolenie konia, który potrafi poruszać się w ruchu ulicznym nie jest sprawą łatwą, ani małą i im dłużej taki koń na siebie zarabia, tym lepiej dla jego właściciela…) i poprawę estetyki dorożek. Wcześniej czy później. Ponieważ ładną dorożką, zaprzęgniętą w zadbane konie i powożoną przez eleganckiego dorożkarza, chętniej będą jeździły ładne dziewczyny… Pod tym względem zresztą, o wożeniu ładnych dziewcząt piszę, nikt nie przebije mojego przyjaciela i mentora, Henia Lasoty, który dwie dorożki na warszawskim rynku trzyma ☺. Owszem, potrwa to jeszcze lat kilka, może nawet i kilkanaście – ale proces poprawy jest nieuchronny i, w przeciwieństwie do narzucanych odgórnie norm, trwały i pozbawiony skutków ubocznych!
 
Zaś ekofaszyzm, nawet w umiarkowanym i kulturalnym wydaniu pana Cezarego, nie jest niczym innym niż nowym wydaniem starego, od ponad 200 lat znanego jak zły szeląg, totalitaryzmu. To nieprawda, że radykalne poglądy są wyjątkowe wśród „ekologów“ – ludzie, którzy powołują się na poważnie na „raporty“ martwej i nic dla nikogo realnie nie znaczącej ONZ i wierzą w globalne ocieplenie, nie mogą nie być lekkoduchami. Nad lekkoduchami łatwo zaś jest zapanować tym, którzy są najbardziej zdeterminowani lub najsprytniejsi – czyli, albo tym najbardziej radykalnym właśnie, albo najbardziej cynicznym. Którzy, dla zamaskowania własnego cynizmu też będą starali się wszystkich innych w radykalizmie przewyższyć. Znamy to dobrze z historii XX-wiecznego socjalizmu/komunizmu i ruch „zielonych“ nie jest niczym innym, niż nową tej samej ideologii odmianą. Cytując Tacyta, są to „nieprzyjaciele rodzaju ludzkiego“. Takim nie można ustąpić nawet o pół słowa, bo każde kolejne ustępstwo wzmacnia ich i przybliża do celu, jakim jest przejęcie władzy i zaprowadzenie na całym globie „nowego porządku“ – w którym to nowym porządku nie będzie mi wolno marnować cennej wody na hodowanie moich do niczego konkretnego nieprzydatnych (także i na mięso, bo za chude!), końskich księżniczek z turkmeńskich pustyń rodem. Tym samym, umrze 50 wieków ludzkiej i końskiej historii – geniusz 300 pokoleń niepiśmiennych koczowników, którzy takie konie wyhodowali i zostawili nam w spadku, krew setek tysięcy najeźdźców tworzących na grzbietach przodków moich koni wielkie imperia i milionów ich ofiar… Wszystko po to, żeby jakiś pryszczaty młodzieniec poprawił sobie samopoczucie swoim „humanitaryzmem“..? Że co, że na razie obiecują mi pozwolić dożyć dni moich i moich koni, nie wysyłając nas od razu na Wieczne Pastwiska kulką w potylicę jak ideowi antenaci sprzed półwiecza..? W d..e mam taki humanitaryzm!
 
Nie mam złudzeń: pan Cezary i jego towarzysze raczej wcześniej niż później wygrają. Wygrywają przecież od 200 lat niemal nieustannie: udało im się znieść niewolnictwo (od czego powierzchnia Sahary natychmiast wzrosła o jakieś 20% jak powtarza nieoceniony pan profesor Plit!), dać prawa wyborcze kobietom, wprowadzić kodeks pracy, obowiązkowy haracz na emerytów, zwany „ubezpieczeniem społecznym“ i całe mnóstwo innych wynalazków, które tak skutecznie utrudniają nam życie (być może, broniąc nas przed całkowitym szaleństwem od nadmiernego dobrobytu, jaki w przeciwnym razie nieuchronnie by nas czekał dzięki równolegle, choć nie bez przeszkód ze strony tych samych zbawców ludzkości postępującemu rozwojowi techniki..?). Na pewno uda im się „uregulować“ pracę dorożkarskich koni. Mimo, że na razie, jak skarży się pan Cezary, ich inicjatywę zauważyły tylko lokalne, krakowskie media. To z pewnością chwilowe niepowodzenie. A kiedy już „uregulują“ wszystko, co tylko się do regulacji nadaje, włącznie z większością spraw, których regulować nie należy – z braku realnych desygnatów tych nazw, pozostanie nam tylko… zaczarowana dorożka, zaczarowany dorożkarz, zaczarowany koń.
 

Inne zapisy autora:

0

Boska Wola

konie achaltekinskie, historia, cywilizacja, spoleczenstwo

35 publikacje
0 komentarze
 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

 

Authorization
*
*
Registration
*
*
*
Password generation
343758