Bez kategorii
Like

Stypendyści

12/01/2013
1139 Wyświetlenia
2 Komentarze
26 minut czytania
no-cover

Wielu komunistycznych działaczy zostało przejętych przez inny ,,demokratyczny” wywiad, celem ich była kariera i kasa. Co dziś robią.
Wielu stypendystów w Niemczech było za komuny szkolonych w tym słynna pani Gilowska??????

0


 

Polityka – Do raju i z powrotem, rubryka: kraj, autor: Ewa Winnicka, 13 lipca 2005 r.

Polscy naukowcy zawsze rwali na Zachód. Wielu – za cenę współpracy z systemem. Teraz, w teczkowej gorączce, najbardziej trefne okazują się te wyjazdy, które uchodziły za najbardziej wartościowe i prestiżowe.

Kiedy w 1959 r. polscy naukowcy zaczęli korzystać z amerykańskiego programu stypendialnego Williama Fulbrighta, trudno było przewidzieć, że oto zawiązuje się -jak sami o sobie żartobliwie mówią – mafia. Istotnie, przynależność do elitarnego grona 1,7 tys. polskich absolwentów tego programu bywa dziś, podobnie jak w przypadku mafii, tyle powodem dumy, co i kłopotów. Zwłaszcza dla tych, którzy stypendystami zostali wiatach 70. i na początku lat 80.
Wyjechać z Polski nigdy nie było łatwo, choć nawet przed Październikiem 1956 r. środowisku naukowemu zależało, by prócz stałego łącza z Uniwersytetem Łomonosowa w Moskwie wiedzieć, co myślą koledzy w Londynie czy Nowym Jorku. Podróżować zaczęto pod okiem Władysława Gomułki – okiem czujnym i kapryśnym, bo w 1963 r. wyrzucił on na przykład z hukiem z Polski zupełnie podobną do fulbrightowskiej fundację Forda za krzewienie niesłusznych wartości i rewizjonizm. Ubolewał, że przyznano jej wcześniej „niedopuszczalne prawo doboru kandydatów”.
Fulbright jakimś cudem się ostał. I nabierał prestiżu.

W Stanach krótka wzmianka o Ful-brighcie stawia człowieka na wyższej półce – mówi bez przesadnej skromności Henryka Bochniarz (w USA w latach 1985-87).

Również w sensie finansowym był to zawsze niesłychany awans. Stypendyści otrzymywali na utrzymanie niewyobrażalną w polskich warunkach sumę około 20 tys. dol. rocznie. Dolarowe oszczędności po trwającym rok, dwa stypendium starczały na domek i samochód, oczywiście w Polsce, za złotówki, gdy tutejsza pensja sięgała kilkudziesięciu dolarów miesięcznie. Fulbright, nie ma co do tego wątpliwości, ustawiał na całe życie.

Dla wybranych

Inicjatorem programu (oficjalna nazwa: Program Wzajemnej Wymiany Naukowej) był senator William Fulbright, fundatorem – pozostaje od 60 lat rząd Stanów Zjednoczonych. Jak głosiło oficjalne uzasadnienie – senator pragnął przełamać powojenny izolacjonizm, także naukowy. Akcja ruszyła już w 1945 r. Do dziś w jej ramach goszczono w USA ćwierć miliona naukowców ze 150 krajów. Z ponad 40 państwami Amerykanie podpisali międzyrządowe porozumienia i utworzyli wspólne komitety. Porozumienie amerykańsko-polskie było wyjątkowe w bloku wschodnim.

Do USA z Polski zaczęli wyjeżdżać przede wszystkim angliści, a następnie naukowcy innych dyscyplin. Co roku – 30, 40 osób, nawet na dwa lata, na wymarzone, elitarne, słynne uniwersytety. (Można jechać przed doktoratem, ale najlepiej -już po. Trzeba wtedy napisać swój własny program, można też wybrać uczelnię).

W PRL o tym, komu stypendium przypadnie, decydował minister nauki i szkolnictwa wyższego oraz ambasada USA. Dopiero od 1990 r. stypendiami zarządza niezależne biuro, a jedzie ten, kto przejdzie otwarty konkurs aplikacyjny.

Oczywiście, zdecydowana większość fulbrightowców to ludzie, którzy po powrocie z USA prowadzą nadal pracę naukową. Co piąty absolwent przynależy do Stowarzyszenia Absolwentów, nieprzesadnie aktywnego, raczej honorowego. Fulbright figuruje jako epizod w życiorysach ludzi różnych poglądów: i ekonomisty prof. Witolda Orłowskiego, i amerykanistki oraz feministki Agnieszki Graf, i mniej dziś czynnego polityka, dawniej prezydenta Warszawy Marcina Święcickiego.

Bo też w nowej Polsce owa "fulbrightowska mafia" opanowała wyjątkowo wysokie szczeble władzy. Prof. Jadwiga Staniszkis postawiła nawet tezę, że kształt polskiej transformacji początku lat 90. w dużej mierze zawdzięczamy elicie pokolenia ówczesnych czterdziesto-kilkulatków; Fulbright jest dla tej elity znakiem rozpoznawczym, znamieniem, można powiedzieć. To ludzie związani wcześniej z systemem, ale też kontestujący jego zgrzebność i przaśność. Wykształceni, profesjonalni, znający realia Zachodu, więc znacznie lepiej niż opozycjoniści przygotowani do przejęcia władzy i – paradoksalnie – budowy kapitalizmu. Postać dla tej fulbrightowskiej śmietanki wręcz symboliczna to Leszek Balcerowicz.

Dziś szefem rządu jest Marek Belka, marszałkiem Sejmu Włodzimierz Cimoszewicz -obaj fulbrightowcy, pierwszym polskim komisarzem w Unii jest Danuta Hubner (Fulbright rocznik 1988), Cezary Stypułkowski jest prezesem PZU (wcześniej Banku Handlowego i Citibanku), prof. Tadeusz Iwiński – posłem SLD, a Adam Biela i Ryszard Bender senatorami LPR. Henryka Bochniarz kandyduje w wyborach prezydenckich, Wojciech Katner był wiceministrem gospodarki, a Dariusz Rosati ministrem spraw zagranicznych.

Teraz byli stypendyści amerykańskiego senatora, szczególnie ci ekonomiczni i bardzo prominentni, trafiają pod oko wnikliwych lustratorów. Kim musieli być, by ze stypendium skorzystać? Czy przypadkowo, szczególnie w dziedzinach ekonomicznych, bywali umiarkowanie lub bardzo partyjni? Jaka polityka przyświecała fundatorowi, a jaka władzom PRL, które ruchem stypendialnym kierowały?

Wejście z klucza

Włodzimierz Cimoszewicz stypendystą został nieoczekiwanie, ale nie przez przypadek. Któregoś ciepłego dnia szedł przez dziedziniec Uniwersytetu Warszawskiego, kiedy zaczepił go znajomy profesor z Wydziału Prawa i zapytał niespodziewanie. "Jest możliwość, panie Włodku, pojechać do Ameryki. Może pan złoży aplikację?". Była wiosna 1980 r., przyszły premier niedawno się doktoryzował, od dawna pragnął zająć się reformą Karty Organizacji Narodów Zjednoczonych. Siedziba ONZ w Nowym Jorku była, rzecz jasna, cudownym miejscem badawczym.

Włodzimierz Cimoszewicz nie byl zupełnie zwykłym studentem. Prymus, syn oficera kontrwywiadu wojskowego w czasach stalinowskich, działał we władzach ZMS, przewodniczył nowo powstałemu Socjalistycznemu Związkowi Studentów Polskich. Na UW pracował nie tylko jako adiunkt, ale też sekretarzował tam Podstawowej Organizacji Partyjnej. (Józef Oleksy ocenia, że w przeciwieństwie do niego, Włodek był wtedy bardzo czerwony). Już na dziedzińcu podpisał in blanco stypendialny formularz, z którym znajomy profesor poszedł do rektora. Miał ambitny program (wspomniana reforma ONZ) i przeszedł eliminacje w ambasadzie USA. Na ostatnim etapie wygrał z Wojciechem Lamentowiczem, kolegą ze studiów, wtedy pracownikiem Akademii Nauk Społecznych przy KC PZPR, w nowych czasach posłem, doradcą prezydenta Kwaśniewskiego oraz ambasadorem.
Dla Lamentowicza sprawa tego pojedynku wydaje się do dziś bolesna. Podkreśla, że wyjazd Cimoszewicza nie był związany z jego, Lamentowicza, niedomaganiami intelektualnymi. Po prostu Lamentowicz, choć zatrudniony w Akademii Nauk Społecznych, nie dostał zgody partyjnej. Uznano go za rewizjonistę i zatrzymano w kraju.

Wejście Włodzimierza Cimoszewicza do „mafii fulbrightowców” było modelowe. Andrzej Dakowski, dziś szef polsiej sekcji Fundacji Fulbrighta, wyjaśnia, że podstawową cechą dystrybucji stypendiów wyjazdowych przed 1990 r. była ich niejawność. Brak regulaminu, brak przejrzystych kryteriów. O tym, że są, dowiadywano się pocztą pantoflową. Pulą zarządzał odpowiedni minister, wybranego naukowca wskazywał (lub namaszczał, jeśli kierowano stypendystę innym kanałem) dyrektor instytutu.

Następnie zbierała się rada wydziału i decydowała, czy kandydat jest słuszny. Żadnych rozmów kwalifikacyjnych. Następnym szczeblem był rektor uczelni bądź jej Senat. Stąd lista stypendystów szła do ministra, który sam bądź z pomocą komisji sporządzał listę ostateczną kandydatów.
Dakowski: – Jeśli kierunek był humanistyczny, lingwistyczny czy artystyczny, kandydaci mogli być nawet bezpartyjni. Na anglistyce w Lublinie, gdzie studiowałem w latach 70., zaledwie jeden człowiek należał do PZPR.

Jeśli chodzi o uczelnie ekonomiczne, takie jak SGPiS (dziś SGH) czy Wydział Ekonomii Uniwersytetu Łódzkiego, kandydat raczej musiał należeć do PZPR. Dakowski zaryzykowałby, że reguła ta dotyczyła 90 proc. wyjeżdżających.

Prof. Janina Jóźwiak była rektorem SGPiS, zaczęła tam pracować w połowie lat 70. Uczelnia była elitarna, choć bardzo zideologizowana. Prof. Jóźwiak nigdy nie została stypendystką. Naukowo wyjechała do Hagi w połowie lat 80., po półrocznym oczekiwaniu na paszport. Nie należała do PZPR, nie czuje się przez system skrzywdzona, niemniej pamięta wielkie uczelniane kariery. W późnych latach 70. i 80. SGPiS ekspediowała najwięcej młodych naukowców. Wizytówką Szkoły był Wydział Handlu Zagranicznego, na który obowiązywały egzaminy wstępne z dwóch języków obcych. Kształcił elitę. Ale szansę wyjazdu, jeśli ktoś nie należał do partii, były praktycznie zerowe. Ambicje naukowe zmuszały do oportunizmu.

Wyjeżdżali ludzie bardzo zdolni, ale związani z systemem – Dariusz Rosati (szef PZPR na uczelni w pierwszej połowie lat 80.), Grzegorz Kołodko czy Henryka Bochniarz – wspomina prof. Jóźwiak.

Pokusa z USA

Listę ostateczną wysyłano do ambasady USA i tam wzywano kandydatów na przed-wyjazdową rozmowę. Prof. Janina Jóźwiak pamięta niezdolnego kolegę, ale za to aktywistę PZPR, uporczywie rok po roku typowanego przez władze SGPiS do Fulbrighta. Akceptowanego przez ministra. Trzy razy odpadał na rozmowie w ambasadzie, zanim profesorowie odpuścili.

Prof. Jóźwiak: – Zastanawialiśmy się często wtedy, czy Amerykanie wiedzą, że jadą do nich od nas niemal sami partyjniacy. Dziś, oczywiście, przychodzą do głowy myśli, że mógł to być plan rozsadzenia systemu od środka. Chociaż wtedy ci elokwentni, wykształceni, znający języki i dobrze ubrani ludzie uwiarygodniali po prostu ten system. Po przełomie tylko oni byli w stanie zacząć rynkowe reformy. Mieli intelektualne i praktyczne narzędzia, a z powodu odbytych stypendiów byli wiarygodni również dla Zachodu.

Henryka Bochniarz, zanim w 1985 r. wyjechała do Minnesoty, była szefem Zakładu Artykułów Rolnych w Instytucie Koniunktur i Cen w SGPiS. Podkreśla, że należała do PZPR, ale też i do Solidarności. – Me wierzę, by jakiekolwiek pozamerytoryczne kryteria w moim zakładzie miały znaczenie. Andrzej Dakowski: – Wydaje się, że Amerykanom chodziło o wyłom w bloku i przełamanie zimno-wojennych barier.

Prof. Andrzej Garlicki, historyk z UW: – Amerykanie selekcjonowali osoby, o których spodziewali się, że będą znaczyły coś w swoim kraju. Inwestowali w „przyszłych liderów”. I pokazywali swoje osiągnięcia od bardzo imponującej strony. Żeby wiedzieli, co to jest ta Ameryka.
Prof. Stefan Niesiołowski: – Jeździli ludzie być może konformistyczni, ale niegłupi. I szybko orientowali się, co warta jest w ekonomii światowej myśl marksistowska.

Wstydliwe instrukcje

Nawet po akceptacji ministerialnej do wyjazdu wciąż potrzebny był paszport.
Odebranie dokumentu ze składnicy na uczelni (paszport służbowy) lub z szuflad wydziału paszportowego Milicji Obywatelskiej mogło się wiązać z wezwaniem na SB.
Prof. Jóźwiak pamięta, że nawet wśród posłusznych wyjeżdżających temat gwałcących rozmów z SB był wstydliwy. Z konieczności to akceptowano, bo bezpieka interesowała się wyjeżdżającymi nawet do bratniej Bułgarii.

W sierpniu 1984 r. zdawał sobie z tego sprawę Marek Belka, adiunkt w Instytucie Ekonomii Politycznej UŁ. Wtedy, przed wyjazdem do Chicago (zebranie materiałów do monografii na temat współczesnych konserwatywnych doktryn Zachodu oraz neokonserwatywnej polityki gospodarczej USA), łódzka SB pytała uprzejmie, czy można liczyć na pomoc „w zakresie wynikającym z zakresu posiadanych przez niego naturalnych możliwości”. Przyszły premier (co już można przeczytać wjego opublikowanej teczce) wysunął szereg zastrzeżeń. Nie będzie więc niczego podpisywać, nie będzie sporządzał raportów. Godzi się na ustne przekazywanie informacji komuś z konsulatu w Chicago jedynie na tematy ekonomiczne. „Pomoc opierać się będzie na jego – jak to powiedział – uczuciach patriotycznych” – nie dowierzał ppor. Oryński.

„Belka – denerwował się podporucznik – nie chce wydajnie pracować, bo to może być wykorzystane przeciwko niemu, tzn. SB będzie go zmuszać do działań, na które w ogóle nie ma ochoty. Może być przez SB wykorzystywany po powrocie do kraju, co – jego zdaniem -wykończyłoby go na uczelni”. Podporucznik z obrzydzeniem wyrażał się o „karierowiczostwie” premiera.

Podobne obawy miał w 1978 r. pewien bardzo prawicowy obecnie profesor z KUL, także stypendysta Fulbrighta. Co prawda sam zgłosił się do SB, bo bardzo chciał dostać paszport i wyjechać na konferencję, zadeklarował chęć współpracy, ale bez składania podpisów. I SB ucieszyła się bardzo, bo dotychczas uważała profesora za element wrogi i niezłomny.
Natomiast przyszły premier Marek Belka podpisał feralną instrukcję wyjazdową w październiku 1984 r. i jego obawy, że zostanie to kiedyś użyte przeciwko niemu, w stu procentach się spełniły. 30 lat później.

FBI, CIA, Murzyni

Z dr. Włodzimierzem Cimoszewiczem służby nawiązały bezowocny kontakt za pośrednictwem jego studenta na UW.

„Nie chciałem mieć w tym momencie nic wspólnego z wywiadem, ze zbieraniem tajnych czy poufnych informacji, chociażby ze względu na własne bezpieczeństwo. Nie chciałem podejmować żadnego ryzyka” – wspomina w książce „Czas odwetu”. Wywiad nie ucieszył się odmową. Po latach, przy okazji pierwszej gorączki teczkowej, którą w 1992 r. wzniecił Antoni Macierewicz, Cimoszewicz zobaczył swoje akta, a w nich tendencyjny – jak mówi – opis pewnego amerykańskiego incydentu. W Ameryce dwóch ludzi z FBI pytało, czy rząd USA może liczyć na jego współpracę. Odpowiedział, że nie może i powiadomił władze konsularne. W teczce zaś rozczarowani Cimoszewiczem oficerowie wnioskowali prowokacyjnie: jest on najprawdopodobniej współpracownikiem CIA. Cimoszewicz łączyłby ten zapis także z faktem, że w USA mieszkał u dziadków swojej żony, którzy w Stanach mieszkali od lat i często Cimoszewiczom przysyłali paczki, co służbom wydawało się podejrzane.

Stypendysta Cezary Stypułkowski, dziś prezes PZU, wyjechał do Nowego Jorku w 1988 r. (przedtem pełnił w Polsce znaczącą funkcję sekretarza Rady Ministrów ds. Reformy Gospodarczej). Współczuje głęboko stypendystom z początków lat 80. – Inna aura towarzyszyła wcześniejszym wyjazdom. I nie ma cienia wątpliwości, że człowiek, któremu wręczono instrukcję wyjazdową, musiał decydować: jeśli nie podpisuję, to nie jadę. On sam tego nie doświadczył, bo miał szczęście. Pod koniec lat 80. napięcie służb mocno zelżało.

Cezary Stypułkowski nie miał do Ameryki podejścia akademickiego, a jedynie praktyczne. Chodziło mu o jak najwięcej praktyki w sektorze bankowym. – To był cudowny czas – przyznaje. – Europa Wschodnia miała swoje 5 minut. Więc i Stypułkowski też stał się popularny w kręgach bankowych. Wrócił do Polski w 1989 r. i od razu stał się bohaterem najbardziej błyskotliwej kariery w historii bankowości III RP, zostaje prezesem Banku Handlowego. Do tej pory związany jest z Ameryką. Gościnnie wykłada na Columbii i nawet zwykły polski rozmówca może liczyć na wiele amerykańskich zwrotów, którymi prezes inkrustuje swoje wypowiedzi.

Pierwszym dniom Henryki Bochniarz w Ameryce (dostała hotel) towarzyszyły wielkie emocje. Bała się obcych, w szczególności Murzynów, więc dla bezpieczeństwa spała barykadując się w łazience, w wannie. Potem, gdy dojechał mąż i dzieci, włączyła się w lokalne życie. Łącznie z kursem gotowania i aktywnością kościelną. Zrobiła unikalne badania dotyczące systemu popierania rolnictwa.

Ameryka to dla pani Henryki powtórne narodziny. Do Polski wróciła w 1987 r. jako osoba odmieniona. Amerykę wspomina jako kraj bardzo konkurencyjny, ale dość prosto skonstruowany, uczący odpowiedzialności za własne życie. Wróciła, jak była przekonana, tylko na chwilę. W USA czekała na nią rodzina. Ale została, bo po 1989 r. dla jej świeżo założonej firmy Nicom otworzyły się wyjątkowe możliwości. Rodzina zatrzymała się w Ameryce na dłużej.

Wodróżnieniu od Stypułkowskiego i Bochniarz, stypendyści z lat wcześniejszych, ci ekonomiczni, jeśli doszło u nich do radykalnej odmiany, popadali często w głęboką frustrację z braku perspektyw wykorzystania nabytych umiejętności. Do tej teorii przychyla się dzisiaj Włodzimierz Cimoszewicz.

Przyjechał do Stanów 15 września 1980 r. Na uniwersytecie Columbia od razu wygłosił wykład o wydarzeniach sierpniowych, a potem wstąpił do organizacji PZPR przy nowojorskim konsulacie. W konsulacie odrzucał kolejne namowy polskiego wywiadu do uważności i meldowania. Jednak w pewnym sensie rozczarował się Ameryką. Stwierdził bowiem, że Karty Narodów Zjednoczonych zreformować się nie da. Do habilitacji nie doszło. Dr Cimoszewicz – jak mówi – zniechęcił się do kariery naukowej i wyjechał do puszczy prowadzić gospodarstwo rolne.

Z Kingsajzu do Szuflandii

Juliusz Machulski, reżyser filmowy, też był stypendystą Fulbrighta. Zapewnia, że informacja o stypendium wisiała na ścianie w którymś z zespołów filmowych albo na uczelni. Proces aplikacyjny na uczelni w ogóle nie przypominał dusznej, akademickiej gryz "Barwochronnych" Krzysztofa Zanussiego, gdzie awans naukowy okupiony musi być połamaniem kręgosłupa moralnego. Machulski nie należał do PZPR, ale miał już na koncie „Seksmisję” i nikt nie mógł się przyczepić, że jedzie niesłusznie. W połowie lat 80. znalazł się w szkole filmowej w CalArt w Kalifornii wśród studentów pierwszorocznych, którzy właśnie uczyli się klecić pierwsze etiudy. O robieniu filmów wiedział znacznie więcej. Nudziłby się, więc szedł własnym naukowym trybem.

Przez rok chodził na basen i oglądał filmy w bibliotece. Potem na kilku festiwalach pokazał „Seksmisję”, która się spodobała. Odbył parę wielce obiecujących spotkań z producentami, po których wydawało się, że już zaraz nastąpi przewrót. Zachłysnął się Manhattanem, a nawet odmówił FBI, która proponowała specjalny program dla desperatów z socjalizmu, poznał Miłosza i Kosińskiego, spotkał braci Cohen. Zrozumiał, że to wszystko to „Kingsajz”, do którego nie należy. Wsiadł do samolotu Polskich Linii Lotniczych, który się zepsuł po drodze. Lądował awaryjnie, a zapasową część musiał przywieźć goniec. Wiózł ją w walizce. Juliusz Machulski wiedział, że należy do Szuflandii i do niej właśnie wraca.

Inne zapisy autora:

0

Avatar
Wrzodak Z.

22 publikacje
0 komentarze
 

2 komentarz

  1. Pingback: Stypendyści « Dziennik gajowego Maruchy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

 
Authorization
*
*
Registration
*
*
*
Password generation
343758