Bez kategorii
Like

Sadzawka Siloah (4)

11/02/2011
358 Wyświetlenia
0 Komentarze
13 minut czytania
no-cover

Osobliwe love story w stanie wojennym. Wszelkie postacie i zdarzenia są zmyślone, a jakiekolwiek ewentualne podobieństwo przypadkowe. Stała obok masywnego filaru, dokładnie mieszcząc się pod złoconą główką wień­czącą, niby zastygła kropla dolną część ambony. Grzegorz patrzył na nią od dłuższego czasu i był kontent, że wreszcie zdecydował się zmienić tradycyjne miejsce sta­nia. Nieduża, lecz zgrabna, w sportowej jesionce i obcisłych dżinsach dyskretnie podkre­śla­jących smukłą sylwetkę. Szczera, dziewczęca jeszcze buzia okolona opadającymi w spon­tanicznych kaskadach złocistymi puklami włosów. Wcale nie w twoim typie – pomyślał. – Więc czemu tak wytrzeszczasz gały? – odpowiedziało przekorne alter ego. Pewnie z nudów. Ksiądz Kurdupel znów dziś nie dopisuje. Obserwował jej modlitwę, śpiew i – o dziwo – nie czuł wcale rozdrażnienia, jak to miało […]

0


Osobliwe love story w stanie wojennym.
Wszelkie postacie i zdarzenia są zmyślone, a jakiekolwiek ewentualne podobieństwo przypadkowe.

Stała obok masywnego filaru, dokładnie mieszcząc się pod złoconą główką wień­czącą, niby zastygła kropla dolną część ambony. Grzegorz patrzył na nią od dłuższego czasu i był kontent, że wreszcie zdecydował się zmienić tradycyjne miejsce sta­nia. Nieduża, lecz zgrabna, w sportowej jesionce i obcisłych dżinsach dyskretnie podkre­śla­jących smukłą sylwetkę. Szczera, dziewczęca jeszcze buzia okolona opadającymi w spon­tanicznych kaskadach złocistymi puklami włosów.
Wcale nie w twoim typie – pomyślał. – Więc czemu tak wytrzeszczasz gały? – odpowiedziało przekorne alter ego. Pewnie z nudów. Ksiądz Kurdupel znów dziś nie dopisuje.
Obserwował jej modlitwę, śpiew i – o dziwo – nie czuł wcale rozdrażnienia, jak to miało miejsce ze staruszką, którą zostawił wraz z jej szemranym paciorkiem w lewej nawie.
Być może – pomyślał z rozbawieniem – za te czterdzieści, pięćdziesiąt lat, jak ta będzie staruszką – może to znów będzie mnie drażniło. Rychło uzmysłowił sobie, że wtedy będzie już dawno na emeryturze, braknie więc powodów do przyjścia tutaj. Chyba że górę weźmie przyzwyczajenie zawodowe. Słyszał gdzieś o takim górniku-emerycie, który nie mógł wytrzymać bez fedrowania, więc zrobił sobie namiastkę kopalni w piwnicy, lecz jakoś nie mógł ogarnąć wyobraźnią siebie – dziadka majstrującego w kuchni gabinet przesłuchań…
Poszła do komunii, a jakże. Nie ona jedna. Połowa wiernych.
Druga jest pewnie tutaj w robocie, jak ja – roześmiał się w myślach i zauważył, że humor mu dzisiaj dopisuje. Obserwując natchnione twarze wracających od Stołu Pańskiego, stracił jakoś ten humor. Nie mógł patrzeć na coś, czego nie umiał rozumieć. Banda ciemniaków! Bóg? Jaki Bóg! Nie ma go, jest tylko obrzęd, ceremonia. Nie był na tyle głupi, aby przyjmować tezę o perfidii kleru utrzymującego masy w nieświadomości, jak to głosili klasycy marksizmu. Duchowni w dużej mierze na pewno nie byli cynikami. Przynajmniej część z nich zdecydowanie wierzyła w to, co głosiła. Wiedział też, że można wśród księży znaleźć patriotów – ot, choćby taki Kurdupel. Pewnie, że jest on (a jemu podobni też) za głupi, żeby zrozumieć nieuchronność historyczną, bezwzględność geopolityki. Może zresztą nie za głupi? Czy to w końcu wiadomo, co się tam w nim dzieje? Przypomniał sobie Kurdupla „na dywaniku”: siedział spokojny, z lekko przymrużonych oczu sączyła się łagodna ironia.
Jak u Zbycha! – pomyślał olśniony. – No tak. To nie głupota. Zbyniu głupi nie jest. Więc co? Może jakiś skutek uboczny fanatyzmu? Ponoć fanatyzm otępia. Ale czy Zbych wygląda na fanatyka? Kurdupel to już prędzej…
Wróciła. Taka sama natchniona twarz. Przez chwilę patrzyła na niego. Nie, nie na nie­go. Na powietrze za nim. Cholera, co oni w tym widzą? Przecież brał Hostię. W dzie­ciń­­stwie nawet często. Było jakieś wzruszenie, owszem, ale w końcu u smarkacza to zrozumiałe. Teraz, niedawno, choć przecież wiedział dokładnie, że to symbolika, nie wytrzymał, zaintrygowany tymi twarzami i poszedł. Nic. Kawałek opłatka bez smaku. Przykleił mu się do podniebienia i musiał sobie dyskretnie pomóc palcem. Więc jeśli w tym nic nie ma, to co w tym jest?
Opuszczał kościół głęboko przeświadczony o słuszności podjętej decyzji odnośnie zmia­ny miejsca. Miał już dość tej staruszki. Ponadto nie bez znaczenia były względy BHP, przecież ktoś mógłby go wciąć.
Być może, gdzieś w podświadomości przyklaskiwała mu jeszcze nadzieja, że ta dziewczyna też ma tutaj stałe miejsce.
 
***
 
Gdy wszedł do gabinetu, zobaczył przede wszystkim siną płaszczyznę dymu rozpościerającą się niby druga podłoga, na wysokości jego ramion. Szef, sam niepalący, pozwalał palić na operatywkach. Byli już wszyscy. Szef spojrzał na niego, unosząc głowę znad papierów i zmarszczył znacząco brew, więc skinął niedbale głową na znak przeproszenia za spóźnienie i usiadł obok Konrada, który podsunął mu paczkę „Mocnych”. Pokręcił głową.
– Zaczynamy – odezwał się Major zmęczonym głosem. – Dziś dwie sprawy. Pierwsza – chyba sie domyślacie – samobójstwo tego smarkacza. Druga – zerknął na Grzegorza, jakby ciekaw był przede wszystkim jego reakcji – to nowy numer księdza Kurdupla.
Grzegorz nie potrafił ukryć zaskoczenia. W końcu Kurdupel to jego rewir, a on nic nie wie. W co go, u cholery, Szef chce wrobić? Był na wszystkich mszach, jest spokojnie… zaraz, nawet za spokojnie! Francowaty Kurdupel, co on tam znów…
– Cóż koledzy – kontynuował Major. – Tak się składa, że obydwie sprawy koncentrują się wokół osoby Grzegorza. Wszyscy wiecie, że to on wyniuchał i zabezpieczył ten list. Ładnie byśmy wyglądali, gdyby ujrzał on światło dzienne. Szczególnie ty – spojrzał na Tomasza. – Trochę przesadziłeś na tym przesłuchaniu.
– To on przesadził w swoim liście – burknął Tomasz. – Ledwie go tknąłem. – Obrzucił Grzegorza wrogim spojrzeniem. Miał mu za złe, że ujawnił ten cholerny list.
– Dobrze – Szef pogroził mu palcem. – Na drugi raz bądź łaskaw poprosić o zezwolenie na każde „tykanie”. Nadgorliwość lubię, ale pod moją osobistą kontrolą. Rozumiecie, mam nadzieję, że dotyczy to wszystkich. Tak więc dzięki Grzegorzowi dało się sprawie ukręcić łeb. Szczęściem maszyniście nie wpadło do głowy otworzyć i przeczytać…
– A rodzina? – spytał Grzegorz.
– Miał tylko matkę. Jest tak przygnębiona, że na nic nie ma ochoty. ZUS wypłaci niezłe odszkodowanie… Zresztą ona nie była zorientowana w kontaktach syna.
– Organizacja będzie podskakiwać – odezwał się Konrad. – Może im też coś zostawił?
– A będzie, będzie. Oni zawsze podskakują. Gdyby jednak coś mieli, już by trąbiła o tym „Wolna Europa”. Więc tu nie przewiduję większych trudności. Dowodów żadnych nie ma, resztę powinno załatwić orzeczenie psychiatry. W każdym razie akcja „Małolat” odwołana. A co za tym idzie – Franek, Robert i Andrzej – wracacie do swoich normalnych zajęć. Są pytania? – powiódł wzrokiem po twarzach młodych oficerów. – Nie widzę. No to przejdźmy do sprawy drugiej. O ile tam się spisałeś – spojrzał na Grzegorza z nieodgadnionym uśmieszkiem – to tu coś ci chyba nie wychodzi. No? Jak tam?
– Nic nie zauważyłem – mruknął Grzegorz. – Czytał Szef raporty. Kurdupel siedzi cicho jak nigdy…
– Właśnie. Jak nigdy. I nie wiesz czemu, co? Bo poza nabożeństwami gówno cię on obchodzi, prawda? Nie dziwię się, w końcu nie jesteś pedałem – roześmiał się, a pozostali zawtórowali mu usłużnie. – Ale mamy nowy cynk. On zmienił front. Orga­nizuje z kilkoma dobrze nam znanymi osobistościami… mam tu gdzieś listę – wycią­gnął z szuflady biurka kartkę i podał ją Grzegorzowi – jakieś apostolstwo proletariatu, czy cos w tym rodzaju. Są w stadium konstytuowania się. Podobno miał sęki w diecezji, ale chyba w końcu machnęli na to ręką. Wiecie, że oni na takie akcje idą bardzo chętnie, o ile są, rzecz jasna, dobrze kryci. No więc, panie Grzegorzu, trzeba by się temu przyjrzeć, co?
– Ja? – Grzegorz nastroszył się.
– A kto? Kurdupel to twój rewir. Zresztą… Masz sporo roboty, rozumiem. Końskim targiem zabiorę ci Kurduplowe msze. Pójdzie tam Jasio. To w sam raz dla niego, niech się wprawia.
– Wolałbym z tego nie rezygnować – wtrącił Grzegorz pośpiesznie.
– Dlaczego? – Szef uniósł brwi w geście zdziwienia. – Najpierw marudzisz, że masz za dużo roboty…
– Owszem, Szefie. Ale jak mam Kurduplowi patrzeć na ręce, wolałbym to robić w całości.
– Przecież widzisz, że tam, w kościele nic się nie dzieje. I gwarantuję ci, że nie będzie się nic działo w najbliższej przyszłości. Ponadto będziesz miał wgląd w raporty…
– Jeśli już Szef chce mi coś zabrać, to może lepiej tę kuratelę nad „Polkartą”…
– A! O to ci chodzi, cwaniaku! A kogo ja tam dam. Może Jasia, co?
Grzegorz spuścił głowę.
– Nie wiem.
– No dobrze – Szef podrapał się w łysinę. – Do Kurdupla możesz chodzić, skoroś go tak pokochał – rozległy się przytłumione śmiechy. – A o „Polkarcie” jeszcze pomyślę.
 

Inne zapisy autora:

0

tsole

Niespelniony, choc wyksztalcony astronom. Zainteresowania: nauki scisle (fizyka, astronomia) filozofia, religia, muzyka, literatura, fotografia, grafika komputerowa, polityka i zycie spoleczne, sport.

224 publikacje
0 komentarze
 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

 

Authorization
*
*
Registration
*
*
*
Password generation
343758