Bez kategorii
Like

Sadzawka Siloah (3)

10/02/2011
356 Wyświetlenia
0 Komentarze
9 minut czytania
no-cover

  Osobliwe love story w stanie wojennym. Wszelkie postacie i zdarzenia są zmyślone, a jakiekolwiek ewentualne podobieństwo przypadkowe.     – Wiesz stary, nie bardzo mam czas dzisiaj… – Ależ Zbychu! Nie rób mi tego. Ze mną nie pójdziesz? To co, może to nie my przemieszkaliśmy razem pięć lat w akademiku? Już zapomniałeś jakeśmy wpieprzali dżem truskawkowy: śniadanie, kolacja, śniadanie, kolacja i tak przez trzy tygodnie aż do następnego stypendium? A teraz nie chcesz na piwo ze mną? – Grze­gorz klepnął kolegę po wytartej jesionce. Tamten delikatnie uwolnił się z objęcia. – Kiedy naprawdę nie mam czasu, Grzechu. Może kiedy indziej… Grzegorz spoważniał nagle. – Wiem, o co ci chodzi. Że poszedłem do glin, co? – oczy strzeliły wściekłym spojrzeniem. […]

0


 

Osobliwe love story w stanie wojennym.
Wszelkie postacie i zdarzenia są zmyślone, a jakiekolwiek ewentualne podobieństwo przypadkowe.

 

 
– Wiesz stary, nie bardzo mam czas dzisiaj…
– Ależ Zbychu! Nie rób mi tego. Ze mną nie pójdziesz? To co, może to nie my przemieszkaliśmy razem pięć lat w akademiku? Już zapomniałeś jakeśmy wpieprzali dżem truskawkowy: śniadanie, kolacja, śniadanie, kolacja i tak przez trzy tygodnie aż do następnego stypendium? A teraz nie chcesz na piwo ze mną? – Grze­gorz klepnął kolegę po wytartej jesionce. Tamten delikatnie uwolnił się z objęcia.
– Kiedy naprawdę nie mam czasu, Grzechu. Może kiedy indziej… Grzegorz spoważniał nagle.
– Wiem, o co ci chodzi. Że poszedłem do glin, co? – oczy strzeliły wściekłym spojrzeniem. – Gryzie cię to? Obywatel klasy B, cholera! Może nam jeszcze getto założycie?
– Daj spokój, Grzechu…
– Wiem, wiem, wstydzisz się ze mną iść na piwo. Boisz się, że ktoś nas zauważy, co?
– Może… – w głosie Zbigniewa była ironia, ledwie wyczuwalna, ale na Grzegorza podziałała jak płachta na byka. Opanował się jednak nim zdążył wybuchnąć.
– No, tośmy się dogadali. Jak Polak z Polakiem. Na razie – odwrócił się, wciskając zaciśnięte pięści w kieszenie palta, aż ostrzegawczo zatrzeszczały szwy. Zbigniew przytrzymał go za łokieć.
– Chwileczkę. Coś taki nerwowy. To nie komisariat. Kompleksiki jakieś wyłażą? Dobrze. Chodź, pogadamy. Pamiętaj – sam chciałeś. Ale na piwo nie pójdę.
Grzegorz zawahał się. Myślał przez chwilę intensywnie: nagła utrata równowagi psychicznej odebrała jasność umysłu. Próbował opanować ten zamęt. Kompleksy? Może i kompleksy. A niech to szlag trafi.
– A to czemu nie pójdziesz? – spytał po chwili.
– Bo nie piję.
– Piwa nie pijesz? Ty? Zwariowałeś chyba!
– No, nie piję – Zbigniew spojrzał nań z zakłopotaniem, czy też może z wyższością, nie umiał tego rozpoznać. – Nawet piwa. Bractwo trzeźwości, rozumiesz?
Grzegorz westchnął.
– I ty także. Bractwo trzeźwości. Chyba macie fioła. Bractwo trzeźwości potrzebne jest… bo ja wiem… nałogowcom a nie normalnym, zdrowym ludziom. Czy to grzech łyknąć sobie setuchnę raz na tydzień? Że już nie wspomnę o piwie. Czy to już jest pijaństwo?
– Pijaństwo to może nie. Ale grzech…
Patrzył na Grzegorza spojrzeniem mówiącym: „co ty tam możesz wiedzieć”. Patrzył i milczał, jak gdyby dyskutowanie z nim na ten temat uważał za stratę czasu. Było to irytujące; Grzegorz czuł, że wściekłość, którą z takim trudem opanował, zaraz może wrócić.
Ruszyli alejką. Raz po raz mijały ich gromadki rozwrzeszczanych dzieci. Wiadomo – pora kasztanów. Grzegorz zanurzał nogi w szeleszczącej warstwie liści. Nie wiedzieć czemu, sprawiało mu to przyjemność, koiło napięte nerwy.
– Aleś się wydelikatnił – westchnął ponownie. Wyciągnął papierosy. – To pewnie też nie palisz?
– No nie, tak źle jeszcze nie jest – roześmiał się Zbigniew. – Palę. Ale nie takie – pokręcił głową na widok „Wiarusów”. – Zostałem przy proletariackich.
Znów milczenie, kłopotliwe milczenie.
Na cholerę mi ta rozmowa – pomyślał Grzegorz z rozdrażnieniem. – Śledztwo, psiakrew, to umiem prowadzić a tu…tu jestem bezradny jak dziecko. Gdzieś się coś przerwało… gdzie u diabła. Przecież to Zbychu.
– Jak się to wszystko… pozmieniało – rzucił niezdarnie.
– Co?
No proszę, kpi sobie – pomyślał, obrzucając kolegę podejrzliwym spojrzeniem.
– Jak to co – powiedział. – Choćby my. Gdzie teraz jesteśmy – tacy niegdyś kumple. Na antypodach.
– Na antygonach, jak mawiał pewien stójkowy – roześmiał się Zbigniew. – O! Przepraszam bardzo!
– Nie szkodzi. Przyzwyczaiłem się – mruknął Grzegorz.
– Nie rozumiem o co ci chodzi – nawiązał Zbigniew, jakby usiłując zatuszować spro­woko­wany nietakt. – Ja nie czuję jakoś, żebym gdzieś wywędrował. To ty odszedłeś i wyda­je ci się zaraz, że cały świat się obrócił.
– Ty niczego nie rozumiesz.
– Pewnie że niczego nie rozumiem. Ani geopolityki, ani racji stanu… Nie pieprz mi chociaż ty jeden, bo mamy tego wszyscy po dziurki w nosie.
Grzegorz zrezygnowanym ruchem zgasił niedopałka.
– To pewnie do Solidarności należałeś, co?
– Należałeś? Należę!
Grzegorz przystanął, przyglądając się bacznie koledze.
– Co, co? Węszysz? Nic z tego stary. Taki „trick” – celowo wymówił to słowo fone­tycznie. – Należę, bo się nie wypisałem, prawda Nie było okazji, cha, cha…
Znów nie wiedział co powiedzieć. Rozmowa nie kleiła się. Tamten patrzył na niego z ukosa. Grzegorz czuł jakąś wyzywającą ironię w tym spojrzeniu.
– Jakoś nie chcesz mnie… nawracać? – zauważył, starając się odpłacić ironią.
– Ja? Ciebie? Niby dlaczego? To nie leży w zakresie moich obowiązków… służbowych.
– A co? Chcesz powiedzieć, że leży w zakresie moich, tak?
Zbigniew spojrzał na niego z rozbawieniem.
– Posłuchaj. Był u nas w pracy taki jeden jak ty. Szesnastego grudnia bodaj. Spędzili nas w świetlicy, bo chciał rozmawiać o porozumieniu. On chciał rozmawiać o poro­zumie­niu. Szesnastego grudnia. Może go nawet znasz. Wyśmialiśmy go, więc się zarumienił jak szesnastoletnia siksa. Tłumaczył, że to należy do jego obowiązków. Jeśli on miał to w zakresie, to ty chyba też, nie? – kopnął leżącą na dróżce suchą gałąź i spoważniał. – Po kilku dniach przyjechał – tym razem suką. I z kumplami. Zabrali sześciu. Tak się skończyły te… rekolekcje. A ty? Ilu zabierałeś za jednym zamachem?
Grzegorz znów poczuł nawrót wściekłości. Nie, ta rozmowa jest bez sensu.
– Nie traktujesz mnie poważnie.
Zbigniew zatrzymał się i spojrzał mu prosto w oczy. Grzegorz przystanął również.
– Nie. Jesteś jednym z nich. Z własnego wyboru, prawda? Owszem, traktowaliśmy was poważnie. Do trzynastego grudnia. Od tej chwili na to nie zasługujecie.
Grzegorz nie wytrzymał tego spojrzenia. Było zbyt łagodne, żeby odpowiedzieć agre­sją i zbyt zdeterminowane, by podejmować dyskusję. Pokiwał głową i wyciągnął rękę.
– Cześć. Tośmy sobie pogadali.
Zbigniew też wyciągnął rękę, lecz nie oddał uścisku. Powiedział z ironicznym przymrużeniem oczu.
– Jak Polak z Polakiem.
 

Inne zapisy autora:

0

tsole

Niespelniony, choc wyksztalcony astronom. Zainteresowania: nauki scisle (fizyka, astronomia) filozofia, religia, muzyka, literatura, fotografia, grafika komputerowa, polityka i zycie spoleczne, sport.

224 publikacje
0 komentarze
 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

 

Authorization
*
*
Registration
*
*
*
Password generation
343758