Komentarze dnia
Like

PRL kontra III RP, komuna kontra demokracja

01/03/2014
586 Wyświetlenia
2 Komentarze
20 minut czytania
PRL kontra III RP, komuna kontra demokracja

Nie ma nic gorszego od fanatyzmu. Zadziwia łatwość z jaką wpadamy w zachwyt gotowi budować pomniki, przeraża zajadłość z jaką tuż obok stawiamy szubienice. (Wiktor Smol, 2014) 

Bezpieczeństwo narodowe, to (teoretycznie) rzecz najważniejsza dla ciągłości i suwerenności państwa. Jesteśmy na niewłaściwej ścieżce, od ponad dekady schodzimy z kursu. Polska podąża nieznanym kursem; stacza się ku zagładzie: zostaną po nas tylko nieliczne wspomnienia i jakieś pamiątki umieszczone w którymś muzeum obok woskowej figury ubranej w indiański stój z pióropuszem na głowie.

0


Z czego składają się mole? – Głównie z dziurek wyjedzonych tkanin w szafie ubraniowej.(W.S)

 

 

Państwo nie składa się jedynie z flagi, hymnu, prezydenta, premiera i marszałka sejmu. Najważniejszą częścią składową państwa stanowi społeczeństwo zło, jest nią rodzina składająca się z matki, ojca i dzieci, dziadków, ciotek i wujków, kuzynów i dalszych krewnych. Ważnym elementem rodziny jest kod kulturowy: pamięć o przodkach jest jednym z elementów naszej przyszłości.

 

Pamiętam, jak za czasów, które ktoś sobie raczył nazwać, jako słusznie minione zupełnie, jakby temu komuś przestał nagle podobać się ten dreszczyk zdobywania reklamówek z Pewexu, wystawania w kolejkach za czym co mieli „rzucić” – sam stałem za pralką, a wychodziłem z dywanem; wystawałem za radzieckim „Rubinem”, a kupiłem trzy pary butów w rozmaitych numerach i nie ze skóry tylko z polkorfamu – stał się ponadludzkim wyczynem. A przecież to właśnie kolejki były czym w rodzaju komunikatora internetowego, miejscem w którym oprócz wystawania za towarem załatwiało się interesy i prowadziło ciekawe rozmowy towarzyskie, zawierało znajomości, a nawet trwałe związki.

 

Pamiętam również, jak pierwszy raz zauważyłem strach, który przejawiał się nagłym nienaturalnym  zachowaniem moich rodziców, widziałem ich podenerwowanie i lęk spowodowany inwazją na Czechosłowację. Miałem wtedy dziesięć lat. Z jedynego okna wychodzącego na północ – okno w kuchni – widzieliśmy jak berlinką sunęły, jeden za drugim, czołgi. Odległość około 700 metrów w linii prostej nie pozwoliła zauważyć, jakie to maszyny nieustannie noc i dzień dudniły swymi gąsienicami po bruku, który w tym miejscu układali angielscy jeńcy; zresztą nawet gdyby było bliżej, to i tak nie poznałbym się na tych pojazdach – za mały byłem i tyle. Potem jeszcze kilka razy zauważyłem podobną reakcją dorosłych, wtedy i ja już rozumiałem, co się święci. Chwilami wirowało, a momentami wrzało w tym naszym polskim piekiełku. Wtedy wszystko było jasne, było wiadome kto swój, a kto wróg; to  było widoczne niemalże na każdym kroku. Z ruskich żartowało się w kolejce, mówiło w kawałach, na imieninach i zamkniętych imprezach, żarty sobie stroił Laskowik ze Smoleniem, było widoczne na boisku, ringu, tafli lodowej, torze kolarskim i stadionie lekkoatletycznym, na którym igrzyska zostały zwieńczone bezcennym gestem Kozakiewicza.

 

Odwilż za czasów towarzysza, pierwszego sekretarza, Edwarda Gierka zaowocowała budownictwem jednorodzinnym;  rosły obok siebie identyczne domy, przybywało samochodów, za telefonem dalej czekało się latami. Magazynierzy i szoferzy mieli swoje żniwa. Podobnie mieli chłoporobotnicy, nie inaczej koniki i bimbrownicy, meliniarze i doliniarze.
Ale prawdziwe żniwa przyszły dopiero po obaleniu tego systemu. Kto co i ile obalił, to pytanie na zupełnie inną powieść z gatunku political fiction; powieść, w której swoje miejsce znajdą dzisiejsi głosiciele poglądów liberalnych, zagorzali katolicy i obrońcy demokracji.

 

W tym ujęciu prawd objawionych zdumiewa milczenie tych, którzy powinny mieć coś do powiedzenia: cały ten przewrót to, jak dziś wiemy, jedynie kwestia dogadania się dwóch stron.
W tym miejscu trzeba uczciwie, z ręką na sercu przyznać; po stronie poprzedniego systemu byli ci, którzy tam być powinni; po przeciwnej stronie niekoniecznie. Nazwijmy sobie te strony „lewa” i „prawa”.
O ile strona lewa (PZPR, SB, MSW i MON) była czytelna i nikt nie miał wątpliwości kogo reprezentują, o tyle z prawą od samego początku było więcej pytań niż odpowiedzi. Dziś wiemy, że prawa strona już wtedy dała się kupić. Skutek tego mógł być tylko jeden: lawinowo rosnąca patologia, tworzenie koterii i korupcja.

 

Jeśli jeszcze komuś dziś może się wydawać, że korupcja na Ukrainie jest większa niż w Polsce, to ten ktoś jest albo skorumpowanym urzędnikiem, albo korumpującym lobbystą, czy innym „biznesmenem”.
Polska, obok kilku bananowych republik, stanowi swoistą uczelnię wyższą – Uniwersytet Korupcji. Profesorami tego „uniwersytetu” bynajmniej nie są byli towarzysze; przeciwnie, są nimi ci złotouści demokraci, liberałowie i purpuraci.

 

Ile afer za czasów państwa ludowego należy przypisać tamtym władzom?
W odpowiedzi, jak się wydaje, najprościej byłoby stwierdzić, że cały tamten system był jedną wielką aferą. Ale, czy na pewno cały? A jeśli tak, to w jakiej części i na jakich poziomach, w których dekadach sprawowanej władzy mniej, a w których bardziej?

 

Należałoby również zastanowić się, jaki procent w tych aferach stanowili funkcjonariusze narodowości: żydowskiej, rosyjskiej, polskiej. Zastosowanie metody porównawczej z rozbiciem na podstawione pytania pozwoliłoby wyostrzyć okres od powstania państwa PRL, aż do jego „upadku”.

Należałoby również, co wydaje się warunkiem podstawowym, odpowiedzieć, kto odpowiada za zbrodnie popełnione na członkach polskiego podziemia liczone na trzy dziesiątki tysięcy?!

 

Nietrudno żyjącym w tamtych czasach odpowiedzieć na pytanie, czego nam, Polakom najbardziej brakowało? W poszukiwaniu odpowiedzi łatwo wpaść w pewną pułapkę, albowiem nie wszystkim brakowało tego samego, a jeśli do tego koszyka dorzucimy tych, którym w zasadzie niczego nie brakowało, to będziemy mieli ciekawy przekrój społeczeństwa. I tak.
Tym, którym praca przy taśmie przez sześć dni w tygodniu wychodziła bokiem, a trudu pracy – powtarzania codziennie tych samych ruchów – nie była w stanie zniwelować nawet całkiem dobra pensja, za którą niewiele mogli kupić, dziś bez chwili wahania wzięli by tę robotę w ciemno nie zważając na: żylaki, kurz, hałas, hemoroidy i inne niedogodności, byleby tylko mieć robotę i tamtą pensję wypłacaną co do grosza oznaczonego dnia miesiąca.
Tym, którym wiodło się znacznie lepiej i stać ich było na wczasy nad Balatonem, nad który wypadali w czasie urlopu żałując, że tak go mało, że tydzień pracy liczy aż sześć dni!, dziś za Chiny ludowe nie chcieliby powrotu tamtego; ci, którzy nie „orzą” w korporacjach, jako współcześni niewolnicy systemu, z kredytem na 30 lat na karku, wolnego mają wystarczająco; dotyczy to zwłaszcza armii urzędników – urlop gwarantowany kodeksem pracy, długie weekendy, a w razie potrzeby L4, wracają do kraju umęczeni słońcem Acapulco, widokiem piramid, zapachem Złotych Piasków, urokiem gór i kotlin przepięknej słonecznej Chorwacji, z miłą chęcią zasiadają przy swoim biurku i wymieniają się wrażeniami z współpracownikami, krewnymi i dobrymi znajomymi.

 

Myślę, że warto też zapytać emerytów i rencistów, zwłaszcza tych, którzy nie byli funkcjonariuszami tamtego systemu, co dziś myślą o tamtej Polsce, a czego brakuje im w tej. Myślę, że odpowiedź byłaby mniej więcej taka: wtedy w mediach kłamał Urban, dziś kłamie każdy łachmyta udający wytrawnego polityka; występuje taki w programach szumnie nazywanych publicystycznymi wszystkich stacji telewizyjnych i rozgłośni radiowych i gada w kółko to samo jak kiedyś przemawiali sekretarze z mównicy na kolejnych zjazdach PZPR. Wtedy mieli nieograniczony dostęp do opieki medycznej, rozmaite ulgi i prawo do świadczeń; wraz z nastaniem nowego porządku tzw. demokratycznej RP z roku na rok wszystko się zmienia na niekorzyść emerytów i rencistów. Łapczywość tego kapitalistycznego systemu nie zważa na nic, jest bezwzględna i bezduszna. Człowiek przestał być podmiotem w społeczeństwie stał się daną z przypisanym numerem PESEL.
Wtedy brakowało dostępu do wolnego zachodniego świata, dziś ten wolny zachodni świat z wolności uczynił prawo do robienia nie tego co robić się powinno, tylko tego, co robić się chce. Stąd tyle rozczarowań, tyle samotności, uzależnień, życia na krawędzi i marginesu społecznego.
Wtedy rodzina była podstawową komórką społeczną, dziś rodzinę tworzą ludzie na kontrakcie, żyjący na tzw. kartę rowerową; rodziną może być dwóch pedałów i dwie lesbijki z prawem do adopcji.

 

Tych porównań można wymieniać bez liku i, jak sądzę, zdecydowana ich większość będzie na niekorzyść obecnego systemu, za który odpowiada nie nazwa, tylko ludzie uprawiający taką, a nie inną politykę.

 

Demokracja, daje olbrzymie możliwości, stąd w niej tylu ludzi cynicznych, bezwzględnych, skorumpowanych i zaprzedanych obcym. Z jednej strony krzyczy o prawie do wolności negując systemy totalitarne, a z drugiej strony, przez tylne drzwi cichaczem wprowadza rozwiązania rodem z krytykowanych systemów: inwigilacja, zakładanie podsłuchów, gromadzenie danych o obywatelach, działania sprzeczne z konstytucją, długotrwałe przetrzymywanie w aresztach, przewlekłość postępowań sądowych, torturowanie i cała gama innych, o której Orwellowi nawet się nie śniło.

W imię rzekomego pokoju, i poszanowania ludzkiego życia, wysyła się żołnierzy, aby zabijali na terenach państw, z którymi nie jesteśmy w stanie wojny, pod pretekstem walki z terroryzmem.

 

A jeśli już jesteśmy przy terroryzmie, to niekwestionowanym mistrzem świata w jego przeprowadzaniu są najwięksi wyznawcy demokracji – Stany Zjednoczone Ameryki; zawsze upatrują terroryzm tam, gdzie widzą dla siebie złoty interes, tam gdzie mogą ograbić wypatrzony kraj z jego surowców naturalnych.
Ta sama Ameryka, szczycąca się pierwszą i najlepszą konstytucją na świecie, rozpętała najwięcej konfliktów zbrojnych i wojen, od czasu Hiroszimy i Nagasaki. Nie wiem, czy za taką wolnością tęskniłem, nie wydaje mi się.
Nie wiem, czy za prawo używania rzeczownika „demokracja” warto płacić życiem polskiego żołnierza w wątpliwych wojnach i konfliktach zainicjowanych lub wytworzonych przez USA!?

 

Patrząc na to wszystko z perspektywy upływu czasu widzę siebie jako młodzieńca w reklamówką dumnie noszoną w ręku „wyrwaną” cudem na Hali Targowej w Gdańsku lub Gdyni; widzę kogoś, kto nie miał zielonego pojęcia o tym, że „komuna” w tamtym czasie mówiła prawdę o okropieństwach wojny rozpętanej przez Amerykanów w Wietnamie.

Jak pogodzić jedno z drugim? Jak unieść parę oryginalnych dżinsów założonych na tyłku z foliową reklamówką: „Kentów”, „Marlboro” w ręku, z ciężarem krzyku wietnamskich kobiet i dzieci, płaczem amerykańskich matek i ojców; jak to udźwignąć – wiedząc, że to nie był film, tylko rzeczywistość.

Nic tak nie doświadcza, jak ilość krzyży na polach bitewnych i wojennych cmentarzach, a ilość przybywających krzyżyków upoważnia do stawiania śmiałych tez o „dobrych” rewolwerowcach, o bohaterskim super żołnierzu Rambo, jako potrzebie „wyprania” sumień, czemu ma pomóc dawanie fałszywego świadectwa, które ma zagłuszyć stworzenie rezerwatów dla amerykańskich właścicieli Ameryki Północnej.

 

Jeszcze śmielsza – i zapewne mało popularna – teza, pozwala mi sądzić, że „zła” Rosja w zderzeniu z „dobrymi” Stanami jest bardziej ludzka niżby chcieli tego wszyscy przeciwnicy rosyjskiego Imperium. I, co jest równie ważne, to zdecydowanie wolę kawior od hot dogów; „Smirnowa” od whisky; rodowitego Słowianina od, pardon, mieszańca, który wyparł się własnych korzeni. Wolę twardego faceta, od bawidamka, który nie potrafi zachować się przyzwoicie, jak należy to uczynić na pogrzebie: zdecydowanie wolę charakterne i piękne Rosjanki niż papuśne Amerykanki.
Jednak, żeby nie było, że tak we wszystkim jestem na nie, to przyznam bez bicia: super dobrze jeździ mi się moim fordem escortem (1997), kawa dobrze mi smakuje w Star Baksie, oryginale buty i spodnie lepiej się noszą i dokładniej leżą od tych rosyjskich.

 

Wydaje mi się, że w tym „dwumeczu”, o kilka małych punktów, wygrywa Rosja. Przyznaję się, że tak naprawdę nie obchodzi mnie wcale, że komuś może się nie podobać mój punkt widzenia.
Jak nigdy przedtem dziś widzę wyraźnie, jak lobby anty-putinowskie uknuło plan przejęcia stepów akermańskich, aby na tej żyznej i urodzajnej ziemi sadzić swoje objęte unijną normą ogórki, wyssać z głębi gleby to, co potrzebne Ameryce, Niemcom, Francji i Anglii.
W tę obamo-merkelowską pułapkę dali się wciągnąć przekupieni majdanowcy – a czas nastał taki, że w obliczu totalnej zapaści łatwiej „bawić się” w wojnę niż wziąć się do roboty.

 

Na dzień dzisiejszy prawda jest taka: Ukraińcom z Majdanu, zaangażowanym w przejęciu władzy i tworzeniu wokół tego zbrojnych oddziałów w celu jej utrzymania, bardziej się to opłaca – oczy Europy i kawałka świata, skupione są dziś na Ukrainie.
Pomoc materialna i finansowa, w przeliczeniu na hrywny, jest większa niż wynosi roczny budżet brutto Ukrainy, a jeśli dodamy do tego „zastrzyk” w żywej gotówce, jaki został podany w celu wywołania tej rewolucji, to nic tylko trwać w tym stanie jak najdłużej, aż do pełnego zainstalowania się firm z Zachodu, a potem to jakoś będzie.
Tylko jest w tym kilka „ale”. Jednym z nich może być dalsze tworzenie podziałów, licząc na podobny „zastrzyk” dla separatystów.

Czas pokaże, na ile ta operacja pozwoli Unii tworzyć genderowskie normy zza biurek  euro kołchozu w Brukseli, czy przeciwnie – przyspieszy jej rozpad.

A w zderzeniu „komuny” z III RP też nie wygląda to wcale tak cudnie. Duch zwycięstwa został zastąpiony duchem pogardy, poszukiwanie prawdy obłudą, sprawiedliwości niekończącym się kłamstwem.

 

Jeśli ktokolwiek by mnie zapytał, za którym państwem dziś się opowiadam, bez wahania odpowiedziałbym, że za tamtym, w którym, co prawda wiele brakowało i były różne ograniczenia, ale nie było tego co mamy dziś: armii bezrobotnych, bezdomnych i głodujących z jednej strony, a z drugiej, armii urzędników administracji, której w większości głównym zadaniem jest wytworzenie bzdurnych przepisów i ograniczeń, wymogów i konieczności wypełniania setek tysięcy ton nikomu i niczemu potrzebnych papierzysk i wykonywania poleceń Brukseli. (…)

Inne zapisy autora:

0

Avatar
Wiktor Smol

Copyright © 2011-2014 Wiktor Smol

369 publikacje
3 komentarze
 

2 komentarz

  1. Ponton Ponton

    To se ne wrati, pane Hawranek!!! Prawdą jest że przemysł urzędniczy jest nad wyraz dobrze rozwinięty w naszym pięknym kraju nad Wisłą. Z biznesikiem trza się przenieść pod ziemię, bo co z oczu to z serca.! Jak to mówił Josef Szwejk”Nigdy tak nie było żeby jakoś nie było”!!!

    0
  2. Avatar AS

    Jak rozmawiam z Ukraińcami i mówią, że w Polsce nie ma korupcji a u nich jest, to ogarnia mnie pusty śmiech. I zawsze im tłumaczę, że jest taka sama. Tym się tylko różnią, że u was jest otwarta a u nas zakamuflowana. To mi mówią, że macie lepsze drogi i to jest dzięki Unii. Jak my będziemy w Unii, to też będziemy mieli lepsze drogi. To ja im mówię, że w latach 70-tych i 80-tych Węgry nie należały do Unii, a drogi mieli wyśmienite. Że tylko pozazdrościć. Co stoi na przeszkodzie, abyście mieli lepsze drogi? Bo to Unia musi o to zadbać i zadba. Dlatego musimy do Unii. I do pracy chcemy jeździć wszędzie, a nie jak teraz na 3 miesiące. I tak dalej, i tak dalej. Za Kuczmy było im źle, po Pomarańczowej Rewolucji – źle, za Janukowicza – źle. Zawsze cisną mi się na usta słowa: A zróbcie wy wreszcie u siebie w kraju porządek. Jak wam wyjdzie to wyjdzie. Ale róbcie coś. To zrobili – Majdan i narobili sobie takiego kłopotu, że nie wiadomo co z tego jeszcze wyjdzie. Ja ich rozumiem. Ale oni mają zbyt duże aspiracje. Wszystkiego naraz nie da się osiągnąć. Bo to jest mrówcza praca wielu pokoleń. To Białorusini są dużo mądrzejsi. Wyciągnęli właściwe wnioski z Polski i Rosji i gospodarzą się sami. Bardzo jest mi ich żal. Ale sami sobie ten Majdan zmajstrowali. Tak jak i my Solidarność. I też źle się to dla nich skończy.

    0

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

 

Authorization
*
*
Registration
*
*
*
Password generation
334816