Bez kategorii
Like

O Witoldzie Pileckim. “Przesłanie mojego ojca”

26/10/2012
126 Wyświetlenia
0 Komentarze
18 minute czytania
no-cover

Z Zofią Pilecką-Optułowicz, córką rotmistrza Witolda Pileckiego,
rozmawia Bogusław Rąpała.



 

Przesłanie mojego ojca

Z Zofią Pilecką-Optułowicz, córką rotmistrza Witolda Pileckiego,
rozmawia Bogusław Rąpała
.
Gdy rozpoczęła się druga wojna światowa, rotmistrz Witold Pilecki został
zmobilizowany, miała Pani kilka lat. Jakie jest Pani najwcześniejsze
wspomnienie z dzieciństwa związane z Ojcem?

– Jest to okres, który zamyka się w okresie od 1933 r. do 1939 r., kiedy to
Ojciec żegnał nas, idąc na tę straszliwą wojnę. Miałam wtedy sześć lat.
Mieszkaliśmy w majątku Sukurcze koło Lidy. Wspominam ten czas jako cudowne lata
mojego dzieciństwa. Ojciec uczył mnie kochać i szanować przyrodę. Mawiał, że
wszystko, co w niej żyje, nawet najmniejsze stworzonko, ma swój sens istnienia.
Porównywał przyrodę do łańcuszka, który nosiłam na szyi. Tłumaczył mi: "Jeśli
rozerwiesz jedno ogniwko, to nie będzie mógł prawidłowo funkcjonować. Tak samo
jest z przyrodą". Pamiętam nasze spacery po pięknych łąkach, gdzie nie można
było zgnieść bucikiem nawet biedronki. Poprzez zabawę uczył nas odwagi,
posłuszeństwa, umiejętności radzenia sobie w każdej sytuacji na miarę naszych
lat. Ale nade wszystko wpajał nam poszanowanie dla prawdy.
Jak to robił?
– Nawet gdy zrobiliśmy coś, za co mogliśmy zostać skarceni przez naszego Ojca,
nie mogliśmy go okłamać. Trzeba było mieć odwagę przyznać się do tego, co się
zrobiło źle. Dbał również o naszą tężyznę fizyczną. Uczył nas hartu ducha i
ciała, ponieważ uważał, że tylko wtedy będziemy mogli przeżyć nawet najgorsze
doświadczenia. Strugał patyczki, które następnie nosiliśmy z tyłu pleców pod
łokciami, aby mieć ładną sylwetkę. Pamiętam też jego klacz – nazywała się Bajka.
Ojciec pięknie malował. Jego obrazy zdobiły ściany naszego dworku. Szczególnie
dobrze zapamiętałam duży obraz Matki Bożej Karmiącej (sam go tak nazwał) wiszący
u wezgłowia łoża małżeńskiego moich rodziców, namalowany w kolorach
biało-niebieskich, oraz obrazy św. Antoniego i Matki Bożej Nieustającej Pomocy,
które do tej pory znajdują się w kościele w Krupie na Białorusi, obok naszego
byłego majątku w Sukurczach. Z perspektywy czasu sądzę, że Ojciec czuł, że jego
okres kontaktu z dziećmi się kończy. Dlatego chciał nas jak najwięcej nauczyć.
To wszystko skończyło się nagle, najpierw w 1939 r., kiedy Ojciec poszedł do
wojska, a potem w 1940 r., kiedy musieliśmy wyjechać z Sukurcz, uciekając przed
wywózką na Sybir. Nie było Taty i nastały ciężkie czasy.
Mieliście jakiś kontakt z Ojcem?
– Głównie listowny. W listach przekazywał troskę o nasze dalsze wychowanie. Tych
listów zachowało się niewiele, ale dwa z nich zapamiętałam dobrze. Zawierały
rysunki oraz wiersze. Pierwszy został napisany w Auschwitz. Ojciec narysował dwa
krasnale – jeden miał czerwoną, a drugi niebieską czapeczkę. Ten z czerwoną
(symbolizował Sowietów) był na górze, a z niebieską na dole (ten z kolei
oznaczał Niemców). Nazwałam go potem listem proroczym. W drugim liście napisanym
przed Powstaniem Warszawskim Ojciec wyrażał troskę o mamę i swoją miłość do
niej. Wyraził ją w pięknym wierszu: "Mamusiu kochana, złota moja duszko, już
dzisiaj od rana bije me serduszko. Więc skoro na niebie świat począł się bielić,
ja lecę do ciebie, by cię rozweselić. By cię rozweselić i szepnąć na uszko to
słowo od siebie, że moje serduszko należy do ciebie".
A do nas Ojciec tak pisał o mamie: "Gdy zasłabnie, no to przecie drugiej takiej
nie znajdziecie". Moja mama prawie dorównywała w dzielności swojemu mężowi. Gdy
zostaliśmy sami, ona – tak jak mówiła – wzięła nas "w zęby" i mimo wielu
niebezpieczeństw przedostała się przez zieloną granicę na tereny okupowane przez
Niemców, gdzie żyła nasza babcia.
Zastanawia się Pani czasem nad tym, jak udało się Pani Ojcu przetrwać
obóz koncentracyjny w Auschwitz, gdzie dostał się z własnej woli, aby
przekazywać informacje o tym, co się tam dzieje, pomagać innym
współwięźniom przez podnoszenie ich na duchu?

– Cały czas twierdzę i mam to przekonanie, że mój Ojciec był posłany przez Boga.
Nie ma drugiego człowieka, który dokonałby takich rzeczy w ciągu tak krótkiego
życia. To byłoby niemożliwe bez Bożej pomocy. On miał zadanie, które wykonał w
stu procentach. A ostatni meldunek złożył właśnie Temu, który go posłał. Ja tak
to właśnie rozumiem.
Skąd w rotmistrzu Pileckim takie umiłowanie Ojczyzny?
– Odpowiadając na to pytanie, trzeba wrócić do czasów dzieciństwa mojego Ojca.
Urodził się w Ołońcu na terenie Rosji, gdzie jego ojciec dostał pracę jako
leśnik, i tam ożenił się z Ludwiką Osiecimską. Mieli czworo dzieci: Marię,
Witolda, Wandę i Jerzego. Moja babcia była wspaniałym człowiekiem i wielką
patriotką. Aby uchronić swoje dzieci przed wynarodowieniem, uczyła je języka
polskiego, troszczyła się o to, żeby miały właściwy akcent oraz zapoznawała z
polską sztuką i literaturą, pokazując im obrazy Grottgera oraz czytając
"Trylogię" Henryka Sienkiewicza. To dlatego Ojciec całe fragmenty "Trylogii"
potrafił cytować z pamięci. W czasie spotkań rodzinnych przekazywane były
wiadomości na temat historii i rodziny. To właśnie matka uczyniła swojego syna
Witolda wielkim patriotą, wpoiła mu miłość do Boga i Ojczyzny, przekazując ideę
walki o niepodległość Polski.
W jaki sposób przejawiał się katolicyzm Pani Ojca?
– Wiara w Boga dała mu siłę do przetrwania. Uczył nas jej od dzieciństwa. Każdy
dzień zaczynał się od modlitwy, potem dopiero było mycie i mogliśmy złożyć
raport: "Tatusiu, czekamy na śniadanie". Modlitwą mogę też nazwać nasze
przechadzki po Sukurczach. Ojciec pisał w swoim poemacie poświęconym opisowi
rodzinnego majątku, że nawet przybysz, który zabłądził, zachwycał się pięknem
tego zakątka. W tej przyrodzie widział Boga.
Wszystko na to wskazuje, że rotmistrz – bohater II wojny światowej,
uczestnik Powstania Warszawskiego i oficer 2. Korpusu gen. Andersa
– został aresztowany w wyniku denuncjacji agenta UB.
Jak Pani zapamiętała tamten czas?

– Dokładnie pamiętam dzień jego aresztowania – 8 maja 1947 roku. Było to święto
św. Stanisława i imieniny naszego wujka, który był razem z nami w Ostrowi
Mazowieckiej. Ojciec zawsze przyjeżdżał z tej okazji, niekoniecznie w dzień
samych imienin, ale wtedy kiedy mógł, najczęściej między sobotą a niedzielą. 12
maja Ojciec był oczekiwany przez nas, ponieważ był to dzień urodzin i imienin
mojej mamy. On, starszy o pięć lat od mojej mamy, obchodził urodziny dzień
później. W związku z tym wszyscy czekaliśmy na niego i byliśmy pewni, że
przyjedzie. Gdzieś około północy zmorzył mnie sen. Obudziło mnie dwukrotne
stuknięcie w szybę. Zerwałam się, krzyknęłam do mamy: "Mamo, Tata!", i
podbiegłam do okna. Otworzyłam je, ale tam nie było nikogo. Po paru dniach
dowiedziałam się, że Ojciec został aresztowany i znajduje się w więzieniu na
ulicy Rakowieckiej.
Kilka dni później, 14 maja, napisał wierszem list do nadzorującego
śledztwo Józefa Różańskiego, w którym zadeklarował: "Bo choćby mi przyszło
postradać me życie – Tak wolę – niż żyć, a mieć w sercu ranę"…

– Napisał w nim również: "Sumą kar wszystkich mnie proszę karać". On ochraniał
tych wszystkich, którzy zostali w tym procesie zatrzymani. To człowiek
niebywały. Kochał życie, ludzi i przyrodę. Niesamowicie wrażliwy, a zarazem
konsekwentny w działaniu. Świadczy o tym chociażby to, że gdy z ramienia Tajnej
Armii Polskiej znalazł się w Auschwitz, potrafił utworzyć Tajną Organizację
Wojskową, przekształconą później w Związek Organizacji Wojskowej, po to, aby
jeszcze bardziej zjednoczyć różne opcje polityczne. Udało mu się to jak nikomu
innemu. Jak to musiało być trudne, możemy sami ocenić dzisiaj, gdy jesteśmy tak
bardzo podzieleni i skłóceni. Wtedy, w obliczu śmierci, też były różne ambicje
wojskowych. Zresztą sam zanotował w swoim raporcie, że dokonał tego, czego być
może nie potrafiłby dokonać na wolności – zjednoczył wszystkie siły polityczne.
Po dwóch latach i siedmiu miesiącach pobytu w Auschwitz zorganizował ucieczkę.
Słano za nim listy gończe. W krakowskim okręgu Armii Krajowej nie chciano z nim
podjąć współpracy, ponieważ nie wierzono mu i jego dwóm towarzyszom ucieczki,
podejrzewając, że są szpiegami. Aprzecież Ojcu chodziło o to, aby jak
najszybciej doprowadzić do odbicia obozu przez siły alianckie, na co jednak nie
było żadnych realnych widoków. Następnie wziął udział w Powstaniu Warszawskim.
Następnie trafił do obozów Lamsdorf i Murnau. Potem zgłosił się do 2. Korpusu
Polskiego gen. Władysława Andersa, gdzie został skierowany do pracy wywiadowczej
na terenie Polski. W końcu nadeszła jego ostatnia droga krzyżowa i śmierć na
Rakowieckiej…
Podczas jednego z widzeń w więzieniu rotmistrz Pilecki powiedział do
swojej żony: "Oświęcim to była igraszka". Co jeszcze mówił w czasie tych
ostatnich krótkich spotkań?

– Rozprawy toczyły się do 16 marca 1948 roku. Ojciec był wtedy wrakiem
człowieka. Miał połamane obojczyki, nie mógł utrzymać głowy w pionie.
Zamordowano go bardzo szybko, bo już 25 maja. Pewnie bano się, żeby nie uciekł.
Inni czekali na egzekucję dłużej. Byłam za mała, żeby móc chodzić na jego
rozprawy. Zresztą tylko w nielicznych rozprawach sądowych mogli brać udział
członkowie rodzin. Na jednym z ostatnich posiedzeń, gdy już było wiadomo, że
zginie, Ojciec dał mamie mały metalowy grzebyk i powiedział, żeby koniecznie
kupiła książkę Tomasza á Kempis "O naśladowaniu Chrystusa". Chciał, żeby mama
codziennie czytała nam fragmenty tej cudownej książeczki. "To ci da siłę" –
powiedział do niej. Bardzo sobie cenię tę książeczkę i przez cały czas ją
czytam. Jest to także testament dla mnie.
Pani mama została poinformowana o wykonaniu wyroku?
– Protokół wykonania wyroku przeczytałam dopiero w 1989 r., gdy przeglądałam
dokumenty z procesu w prokuraturze wojskowej. Mama do końca wierzyła, że Ojciec
żyje, że jest gdzieś na Syberii.
Czy został jakiś ślad po dworze w Sukurczach, miejscu Pani szczęśliwego
dzieciństwa?

– Niedawno dostałam telefon od człowieka, który udał się do miejsca na
Białorusi, gdzie dawniej były Sukurcze. Teraz nie ma tam nic, nawet jednego
kamienia, który kiedyś stanowił podstawę naszego dworku. Nie ma również śladu po
potężnych wiekowych lipach, które miały za zadanie chronić zabudowania przed
wiatrem ze wschodu.
Nie ginie za to pamięć o rotmistrzu Witoldzie Pileckim. Przybywa szkół
noszących jego imię. Tak realizuje się jego marzenie o sztafecie pokoleń.
Czego dziś młodzi mogą nauczyć się od Pani Ojca?

– Te szkoły traktuję jak własne dzieci. Dlatego tak bardzo o nie dbam. Dziś,
kiedy pojawia się słowo "patriotyzm", młodzież często nie ma pojęcia, co to
jest. Wtedy im tłumaczę, że patriotyzm nie oznacza obecnie walki z karabinem,
ale w ich przypadku solidną naukę, ażeby potem mogli dobrze pracować dla Polski,
a nie wyjeżdżać. Mówię im: "Polska musi pięknieć i bogacić się waszą mądrością".
To jest patriotyzm, który im przybliżam. Od mojego Ojca z pewnością można się
uczyć miłości do Boga i Ojczyzny – tych wartości, dla których się urodził, żył,
pracował, cierpiał oraz zginął. To jest jego przesłanie dla współczesnych.
Oprócz tego Ojciec zawsze podkreślał, że trzeba pamiętać o tych, którzy złożyli
w ofierze swoje młode życie, walcząc za Polskę i o jej godne miejsce w Europie.
To się teraz nie za bardzo udaje… Być może nie dokończył swojego dzieła tak,
jak by tego sobie życzył, ale nie pozwolił mu na to haniebny proces i wyrok
śmierci. I teraz do nas należy dokończenie jego dzieła, jakim jest odbudowanie
ducha Narodu Polskiego.
Dziękuję za rozmowę.

 

Cytowane za:http://www.radiomaryja.pl/bez-kategorii/przeslanie-mojego-ojca/

Znalezione przez Tfur-ję (pozdrawiam!).

Inne zapisy autora:

Asadow

Dalej, podobne jest królestwo niebieskie do kupca, poszukujacego pieknych perel. Gdy znalazl jedna drogocenna perle, poszedl, sprzedal wszystko, co mial, i kupil ja.

65 publikacje
0 komentarze
 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

 

319217