Bez kategorii
Like

List do Gwiazdora

24/12/2012
608 Wyświetlenia
0 Komentarze
10 minut czytania
no-cover

Tata Łukaszka poszedł spełnić swój obowiązek, czyli wynieść śmieci. Koło śmietnika, w kępie krzaków rozpoznał znajomą postać. Habit, kosa…

0


– O nie… – wyszeptał przerażony.
– Czego tak stoisz Hiobowski, chodź no tu, musimy pogadać – burknęła Śmierć poprawiając opadający na oczodoły kaptur. – Mam tu coś, zobacz no.
– List??? – zdumiał się tata Łukaszka. – Dorabia pani? Na poczcie?!
– Weź ty się w ten pusty łeb stuknij! Czy ja wyglądam na doręczyciela?!
– Raczej na dręczyciela…
– Co ty tam mamroczesz?
– Nic.
– Jak nic to dobrze. Zobacz no ten list.
Tata Łukaszka odstawił kubeł ze śmieciami i posłusznie wziął do ręki kopertę. Napis na niej zaskoczył go.
– Przecież jest adresowana "do Gwiazdora"!
– Gorzej jak z dzieckiem – westchnęła Śmierć. – Przecież Gwiazdora nie ma, nie? To jak może odebrać list?
– A dlaczego ten list trafił akurat do pani? – nie poddawał się tata Łukaszka, ośmielony wieloletnią znajomością z interlokutorką.
– Czytaj, mówię!
– "Kochany Gwiazdorku! Byłam bardzo grzeczna i chciałabym na Święta chłopaka"… – tata Łukaszka urwał i spojrzał na Śmierć okrągłymi oczami. – Matrymo…
– Dalej, dalej…
– "…chłopaka. Chciałabym znaleźć jego nogi pod choinką w dużym pokoju. Rączki niech będą pod choinką na balkonie. A głowa pod choinką w moim pokoju. Poniżej lista chłopaków do wyboru. 1. Hiobowski Łukasz…"
Tata Łukaszka przerwał czytanie i spojrzał na podpis.
– Aaaa! Kojarzę ją. Chodzi z moim synem do jednej klasy i zazwyczaj odzywa się jako pierwsza.
– No i powiedz Hiobowski, co ja mam zrobić? – spytała zmęczonym głosem Śmierć.
– Nic – odezwał się głos z tyłu. Obejrzeli się wystraszeni, za nimi stał jeden z członków brygady remontowej, robotni Andrzej. – Zajmiemy się tym.
– To i dobrze – Śmierć odetchnęła z ulgą. – Nie lubię roboty w Święta. A mają one krwawą tradycję…
– Co też pani – obruszył się tata Łukaszka.
– A co, Hiobowski, Heroda kojarzysz? A świętego Szczepana?
– To co będzie z moim synem? I z tą dziewczynką? – tacie Łukaszka list zaczął skakać w ręku.
– Spokojnie. Już mówiłem, zajmiemy się tym – powtórzył robotnik Andrzej.
– Jak już idziesz to przekaż swojemu szefowi życzenia urodzinowe – zatrzymała go jeszcze Śmierć.
– Przecież on nie ma dziś urodzin… – zdumiał się robotnik Andrzej.
– Jutro – wyrwał się tata Łukaszka.
– Niektórzy twierdzą, że siódmego stycznia – poinformował go robotnik Andrzej.
– Wiem, że data jest czysto umowna – burknęła Śmierć. – Że źle liczą dzień, źle liczą rok, że nie była to nawet szopka czy stajenka, tylko grota. Ale przekaż mu te życzenia, dobrze?
– Dobrze.
– A który z was się zajmie tą dziewczynką?
– Robotnik Jan.
– O rany – Śmierć była wstrząśnięta. – Ten cymbał nie odróżnia czwórki od siódemki. A mówili: nie chwal dnia przed zachodem słońca…
– Spokojnie – robotnik Andrzej się uśmiechnął. – Poradzi sobie.
– Ciekaw jestem – poskrobał się po brodzie tata Łukaszka – co się tam teraz dzieje…
Dziewczynka, która zawsze odzywała się jako pierwsza siedziała w swoim pokoju, gdy zajrzała do niej jej mama.
– Nie słyszałaś dzwonka do drzwi? Kolega do ciebie.
– Kolega? Samiec? – dziewczynka spytała z odrazą. – Kto do mnie przyszedł?
– On nie przyszedł… – mama dziewczynki zrobiła dziwną minę. – Chodź wreszcie.
W przedpokoju siedział na swoim wózku niepełnosprawny uczeń Sajmon, jej kolega z klasy i trzymał na kolanach jakiś pakunek.
– Jak się tu dostałeś? – spytała zaskoczona dziewczynka.
– Windą… Zresztą pomógł mi jeden robotnik, z tych, którzy tu obok robią remont mieszkania. Co w tym dziwnego? Do szkoły przecież jeżdżę sam…
Podał dziewczynce pakunek.
– Proszę. Oddaję ci twoje zeszyty. Wszystko już przepisałem. Dzięki.
– Nie ma za co. A… Czemu pożyczasz zeszyty akurat ode mnie? – spytała dziewczynka.
– Bo ładnie piszesz…
– Nie stójcie tak w korytarzu – fuknęła mama dziewczynki, spojrzała na Sajmona, zrozumiała swoje faux pas i chwyciwszy wózek za rączki zaprowadziła go do pokoju dziewczynki. Sajmon nie chciał zdjąć ani kurtki ani butów.
– Ja tylko na chwilę – zastrzegł. – Łał, ale masz fajny pokój!
– Dzięki – bąknęła dziewczynka. – Nie mogłeś oddać mi tych zeszytów w szkole?
– Myślałem, że może będziesz chciała się pouczyć.
– W święta?
– No… Zawsze masz najlepsze oceny, więc myślałem, że się uczysz cały czas…
– Nie tylko się uczę – odparła gorzko dziewczynka. – Nie jestem kujonem…
– Nic takiego nie mówiłem – zastrzegł Sajmon i sięgnął pod wózek. – No i chciałem ci dać to. W podzięce.
W paczuszce był śliczny pluszowy prosiaczek.
– Ciągle mówisz, że faceci to świnie, więc… – rzekł z uśmiechem Sajmon.
– Bo są – odparła bez przekonania dziewczynka odkładając do szafy zeszyty i biorąc w dłonie prosiaczka.
– Co robiłaś?
– Pisałam… – dziewczynka rzuciła okiem na biurko i fala gorąca uderzyła jej do głowy. Listu nie było! Listu, który pisała do Gwiazdora! Wiedziała oczywiście, że Gwiazdora nie ma, ale… Napisała tam o tym, że chciałaby chłopaka, nóżki tu, rączki tam…
– Wziąłeś!!! Czytałeś!!! – rzuciła wściekle do Sajmona.
– Co wziąłem i czytałem? – wystraszył się Sajmon.
– List!!! Z mojego biurka!!!
– Niczego nie brałem!
"Świnia, jak każdy chłopak zresztą, nie przyzna się!!" dziewczyna wrzała wewnętrznie. Postanowiła atakować.
– Tak, to prawda! Pisałam do Gwiazdora! Chciałabym chłopaka! A ja jak już będę mieć chłopaka to jednego na stałe, musi być taki i taki…
– Czy ja bym się nadawał? – przerwał jej Sajmon.
– Ale ja chcę mieć potem dzieci! Oczywiście dziewczynki. A ty… – spojrzała na wózek.
– Bez obaw. Ja mam sparaliżowane tylko nogi, a nie…
– Nie mów tego świńskiego słowa! – zakryła mu dłonią usta.
– Ale masz ciepła dłoń… – mruknął i zanim zdążył cofnąć rękę cmoknął ją w palce.
– Ty świnio – powiedziała, ale jakoś tak bez zwykłej pasji. No i nie cofnęła jednak ręki.
Trzy minuty później do pokoju zajrzała mama dziewczynki i krzyknęła głośno. Oderwali usta od siebie, dziewczynka zerwała się z kolan Sajmona.
– No wiesz co!? Tego się po tobie nie spodziewałam! – mówiła z wyrzutem mama dziewczynki pomagając Sajmonowi przesiąść się z wózka na tapczan. – Co ty wyprawiasz?!
Dziewczynka stała w milczeniu, z płonącymi ze wstydu uszami i policzkami, patrząc jak jej mama ściąga z Sajmona buty i kurtkę.
– Nie rób tego więcej! – zgromiła ją jej mama i wychodząc rzuciła:
– Bo podrzesz rajstopy o szprychy! Za pół godziny przyjdę z herbatą.
– Eeee… – powiedział Sajmon i rymnął do tyłu na tapczan przewrócony tygrysim skokiem dziewczynki.

Inne zapisy autora:

0

Marcin B. Brixen

Poznaniak. Inzynier. Kontakt: brixen@o2.pl lub Facebook. Tom drugi bloga na papierze http://lena.home.pl/lena/brixen2.html UWAGA! Podczas czytania nie nalezy jesc i pic!

378 publikacje
0 komentarze
 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

 

Authorization
*
*
Registration
*
*
*
Password generation
343758