Bez kategorii
Like

Las i pamięć – nowa powieść Szczura Biurowego [frg.1]

03/02/2011
295 Wyświetlenia
0 Komentarze
10 minut czytania
no-cover

  Właściwie nie wiem kiedy to się stało. Być może wtedy, gdy słyszałem zbliżający się drogą traktor, ten warkot silnika, coraz mocniejszy w miarę zbliżania się po wyboistej szutrowej drodze, gdy wiatr zwiewał pył, który wzbijał się spod wielkich tylnych opon. Potężny leśny traktor do wywlekania drzew z lasu i ładowania na ciężarówki, z hydraulicznym chwytakiem z przodu, oblepionym jeszcze świeżą żywicą, łapiącą teraz ten kurz i pył z drogi w środku augustowskiej puszczy. Wysoka antena krótkofalówki chwiała się w rytm wybojów. Kierowca miał na uszach słuchawki, ale pewnie nie słuchał muzyki, tylko ochraniał uszy przed hałasem silnika. Więc właśnie wtedy to się stało – zobaczyłem ich jak wychodzili z lasu, poprawiali czapki stając na brzegu lasu, na tle ciemnych […]

0


 

Właściwie nie wiem kiedy to się stało. Być może wtedy, gdy słyszałem zbliżający się drogą traktor, ten warkot silnika, coraz mocniejszy w miarę zbliżania się po wyboistej szutrowej drodze, gdy wiatr zwiewał pył, który wzbijał się spod wielkich tylnych opon. Potężny leśny traktor do wywlekania drzew z lasu i ładowania na ciężarówki, z hydraulicznym chwytakiem z przodu, oblepionym jeszcze świeżą żywicą, łapiącą teraz ten kurz i pył z drogi w środku augustowskiej puszczy. Wysoka antena krótkofalówki chwiała się w rytm wybojów. Kierowca miał na uszach słuchawki, ale pewnie nie słuchał muzyki, tylko ochraniał uszy przed hałasem silnika.

Więc właśnie wtedy to się stało – zobaczyłem ich jak wychodzili z lasu, poprawiali czapki stając na brzegu lasu, na tle ciemnych świerków, a ich mundury, zieleńsze od tła, ale zakurzone, dawały zarys sylwetek, wszystkich razem i każdej z osobna. Jeden z nich przez lornetkę spoglądał w moją stronę, inni, stojący w osobnej grupie coś robili, czego nie mogłem zrozumieć, lecz po chwili już wiedziałem – ustawiali na ziemi nosze z rannym, widać było jaśniejszą plamę, jakby bandaży. Przejeżdżający traktor z ciągnącym tumanem kurzu zasłonił ich na chwilę, a jak przejechał – znowu była tylko ciemna ściana świerków. Znikli.

To było wtedy.  Później wiele razy wracałem do tego obrazu, bo był na tyle sugestywny i przyszedł zupełnie znikąd, że kontemplowałem go w ciszy, wtedy, gdy już naprawdę nie miałem nic do powiedzenia o tej otaczającej nas coraz bardziej rzeczywistości. Miałem wtedy wrażenie, że oni rzeczywiście tam byli, że wyszli po potyczce z lasu, widziałem te lufy zdobycznych sowieckich i niemieckich automatów, brązową koalicyjkę oficera i orzełki na polowych czapkach. 

Ale znikli. Rozwiali się z kurzem. I ta świadomość, że był to tylko zwid, majak, wytwór umysłu napiętego myśleniem o tym co się tu dzieje – ta świadomość była najgorsza. 

Droga, ta droga na której się pojawili, trakt grodzieński, przemierzany tyle razy od pokoleń, przez rozmaite wojska, teraz pusty i cichy, ta droga przyjęła ich jak swoich, bo byli swoi. Pozostały tylko zdjęcia i obraz na dnie siatkówki najstarszych, którzy ich zapamiętali.

* * *

List był normalny – biała, przyżółcona koperta ze stemplami, z ręcznie napisanym adresem nadawcy. Była otwarta przed doręczeniem – to było widać, że przeszła przez cenzurę, bo list z Sowietów od nadawcy z polskim nazwiskiem nie mógł nie przejść. Nawet się nie krępowali – miałeś wiedzieć, że jesteś obserwowany. Staszka wzięła go drżącą ręką od listonosza i szybko zamknęła drzwi. Nazwisko nadawcy napisane ręczną grażdanką było polskie – Witold Skwirowski, Ryga, ul. Proletariatu 15 kw. 3.  Stempel na kopercie sprzed miesiąca – grudzień 1957 roku.

Usiłowała sobie przypomnieć, którą to ulicę bolszewicy nazwali Proletariatu. Była w Rydze , za pierwszych sowietów, tylko raz, gdy chciała sprzedać biżuterię, tak, żeby jakoś przeżyć zimę i jakimś cudem dostała przepustkę z Wilna. Komandirowka była dla niej jako pracownika uniwersyteckiego instytutu rolnictwa po odbiór receptury na lep na muchy, który jej z kolei instytut miał wdrożyć do produkcji w pałacu Komarów w Bejzagole. Bolszewicy wpadli na pomysł, żeby w okrągłej sali balowej, wysokiej na kilkanaście metrów wybudować wielki kocioł na masę lepową, a w sąsiednich skrzydłach pałacowych zrobić produkcję lepów – cięcie pasów papieru, nasączanie tym uwarzonym w piecu klejem, a na końcu zwijanie do pudełek, okrągłych walców z napisem w grażdance LitSowLetBum, czyli Litowskaja Sowietskaja Letat Bumaga. Już ta nazwa była zupełnie nieprzytomna, zwłaszcza to bum na końcu.

Ale to było później, dopiero za drugiego sowieta, w 1945. Do Rygi pojechała we wrześniu 1940, już po śmierci ojca, który umierając 12 lutego uratował im wszystkim życie, bo enkawudziści, którzy weszli z nakazem piereselienia, żeby ich załadować do wagonów na pobliskim Dworcu Głównym, widząc rozstawione mary, surowego starca na katafalku z płonącą gromnicą w  splecionych dłoniach, w czarnym ubraniu i ikoną Matki Boskiej Ostrobramskiej u wezgłowia, tak jak weszli z hurgotem, tupaniem buciorami, błyszczącymi sztykami zatkniętymi w lufy karabinów – tak wyszli w ciszy, tak jakby to miejsce było dla nich niedostępne, jakby ta bezwzględna i bezbożna władza ulękła się tego leżącego olbrzyma, co jeszcze przed chwilą był głową starego rodu, a teraz już nie żył, jakby ulękła się tych kilku kobiet i małych dzieci, wyrostka z czupurnym spojrzeniem.

Pojechała do Rygi w komandirowce, po recepturę kleju i odczynniki do uruchomienia produkcji, a przy okazji – a przecież w gruncie rzeczy – jechała tam sprzedać resztki rodowej biżuterii u starego Żyda, którego z kolei rodzina była zaprzyjaźniona od pokoleń z jej rodziną. W istocie ich rody były prawie tak samo stare i mieszkały obok siebie na tych ziemiach Wielkiego Księstwa Litewskiego, województwa inflanckiego i Szulejowie, których nazwisko pierwotnie brzmiało Szmuleiowie, ale pod wpływem polskiego otoczenia zmienili wymowę, od pokoleń byli obok, zawsze pod ręką do rozmaitych posług, pożyczek czy pomocy w sprawach majątkowych. Ta przyjaźń przechodziła z pokolenia na pokolenie i przetrwała wszystkie zawirowania dziejowe, i w tej chwili nikt już nie pamiętał jak się zaczęła, a dopiero zmiany granic po 1920 roku spowodowały, że Szulejowie znaleźli się daleko od Buchczyckich, bo ci wyjechali z Dyneburga i rodzinnego majątku Alernia do Wilna, chcąc być w Polsce. Szulejowie zostali, starozakonni, jak przedtem, i w ryskim związku handlowym zajęli się zbożem – handlowali na giełdzie, przepuszczając przez port ryski transporty polskiego zboża do Anglii. Litwa była nieprzejezdna z powodu nieustającej wrogości za Wilno więc nie można było korzystać z bliższego portu w Kłajpedzie i Buchczyccy, po polskiej stronie granicy, skupowali to zboże, zwozili swoimi wozakami z całego województwa wileńskiego i nowogródzkiego i z części Polesia, ładowali na dworcu kolejowym w Wilnie w wielkie wagony opatrzone herbem Lis – i tak interes szedł. Aż do wojny, gdy wszystko się skończyło. Jeszcze 15 września Izaak Szulej przysłał  gotówkę posłańcem za ostatnią przedwojenną partię pszenicy,  trzydzieści wagonów 15 tonowych, pieniądze były w równych paczkach po sto banknotów – sześć tysięcy dolarów. Szulej jakby przeczuwał, że za chwilę złotówka nic nie będzie warta i zadbał w ten sposób o przyjaciół w kraju gotującym się do wojny.

***

Dalszy ciąg wkrótce

Inne zapisy autora:

0

szczurbiurowy

Blog Szczura Biurowego

10 publikacje
0 komentarze
 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

 

Authorization
*
*
Registration
*
*
*
Password generation
343758