Bez kategorii
Like

Dlaczego feminizm mnie nie przekonuje?

29/02/2012
361 Wyświetlenia
0 Komentarze
6 minut czytania
no-cover

To my, kobiety, samodzielnie doprowadziłyśmy do tego, że żyjemy w świecie, w którym nie ma już dżentelmenów. A może inaczej – są, ale my już dawno przestałyśmy być damami.

0


Miałam nadzieję, że w jakiś sposób uda mi się wywinąć od udziału w ogólnonarodowej dyskusji nad tym, co powiedziała minister Mucha w programie Lisa. Niestety, irytacja przekroczyła normę. Napiszę więc nie tylko o tym, co myślę na temat "ministry", ale potraktuję szerzej – o feminizmie w ogóle.

 

Nie być dziś feministką to obciach. Co więcej, to prawie niewykonalne – mamy obowiązek nimi być. Tak nas uczą szkoła i uniwersytety. Feminizm, którego się tam uczymy, nie ma jednak nic wspólnego z prawdziwą walką o prawa kobiet, która miała miejsce w wieku XIX i na początku XX, kiedy chodziło o zdobycie podstawowych praw obywatelskich, jak udział w wyborach czy dostęp do oświaty. To, co dzisiaj nazywane jest feminizmem, to – mam wrażenie – ideologia mająca służyć leczeniu kompleksów niektórych kobiet.

Jakich kompleksów? Moim zdaniem tych, które wynikają z pewnego rodzaju życiowej niezaradności. Język jest świetnym narzędziem do ich leczenia; forsowanie karykaturalnie brzmiących (w większości) form językowych, takich jak "ministra" Muchy to jedna z form "terapii", mająca za zadanie "dodać powagi" kobietom wykonującym rozmaite funkcje społeczne. Psycholożka, doktorka, filozofka – to wszystko brzmi strasznie sztucznie, w dodatku – formy te infantylizują w wyczuwalny sposób kobietę, którą się nimi określa. We mnie budzi o wiele większy szacunek sformułowanie "pani minister". Nie wyobrażam sobie też "premierki" ani "prezydentki". 

Swoją drogą, dlaczego kobiety czują się takie "niepoważne", a może "niepoważane"? I przez kogo? Mam wrażenie, że nie tyle przez mężczyzn, co przez same siebie. Wielokrotnie w życiu przekonałam się, że ze strony mężczyzn (współpracowników, przełożonych) mogę liczyć na szacunek i pomoc, a także – co ważne – dobrą komunikację interpersonalną. Nie było nigdy miejsca na sztuczny dystans czy niezdrową, podbudowaną osobistymi pobudkami konkurencję. Od kobiet natomiast – sama będąc kobietą – doświadczyłam tego, co najgorsze – intryg, często mobbingu i ignorancji. 

 

Feminizm to też część szerszego światopoglądu, lansowanego przez mainstream; realizacja ideałów multi-kulticzy też obowiązek akceptacji wszystkich zachowań i postaw, które przybywają do Europy wraz z ludźmi innych kultur (nazywany tolerancją), możliwe są tylko dzięki unifikacji. Unifikacja wśród naszych obywateli ma się świetnie i szerzy się głównie dzięki temu, że większość z nas nie chce/nie ma odwagi być "obciachowym". Dlatego też przyswajamy i chłoniemy ten mainstream, wierzymy w istnienie sztucznie stworzonych problemów (jak te językowe) i szukamy dziury w całym.  

A nie powinnyśmy; przecież reforma emerytalna, którą planuje rząd, to nic innego, jak całkowite równouprawnienie kobiet i mężczyzn. Nie mniej równe z mężczyznami jesteśmy w wychowywaniu dzieci – urlopy macierzyńskie i inne świadczenia związane z rodziną mają wymiar tak mikroskopijny, że przeciętna kobieta pracuje tak samo, jak jej mąż (chcąc zapewnić dziecku dobrą edukację, która niedługo i tak nie będzie tu możliwa nawet z dużą ilością pieniędzy), a więc ma dokładnie tyle samo czasu.

Argument, który większość feministek w tym miejscu wysuwa – o obowiązkach domowych, skwituję stwierdzeniem, że robota sama się nie zrobi, a to, jak i czy dzielimy się nią ze swoim mężczyzną, to nie żadne zniewolenie kobiet, tylko raczej nieumiejętność dogadania się w związku. 

 

To my, kobiety, samodzielnie doprowadziłyśmy do tego, że żyjemy w świecie, w którym nie ma już dżentelmenów. A może inaczej – są, ale my już dawno przestałyśmy być damami. Chcemy wpisywać się w rolę "babochłopów", a co za tym idzie – być "po chłopsku" traktowane? Róbmy to, ale na własną odpowiedzialność. A raczej – róbcie, ja postoję obok. Dlatego też otwarcie przyznam się – śmieszy mnie "ministra" i wypowiedzi duetu Środa-Senyszyn śpiewającego o tym, że makijaż i farbowanie włosów to forma męskiego zniewolenia kobiet. Nic podobnego. To zwykłe dbanie o siebie. I nie ma co tłumaczyć lenistwa szowinizmem – to już nie te czasy 😉

0

Irene Adler

7 publikacje
0 komentarze
 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

 
Authorization
*
*
Registration
*
*
*
Password generation
343758