Bez kategorii
Like

Czas wileński

19/05/2012
187 Wyświetlenia
0 Komentarze
22 minut czytania
no-cover

Stała się rzecz zadziwiająca. Coś z pogranicza absurdu i mistyki. W mieście zginęły zegary. Zegary publiczne – uliczne, jeśli mam być bardziej ścisłym.

0


 

Zegary publiczne – uliczne, jeśli mam być bardziej ścisłym. Ręcznych i komórek nikt mieszkańcom nie odbierał, a przynajmniej takich wypadków nie znam. Zdarzenie zapewne nic nie znaczące, z drugiej jednak strony najlepiej oddające klimat mieściny. Przypadki absurdu, mistyki, groteski zdarzały się w moim mieście dosyć często. Zbyt często – mógłby powiedzieć średniozamożny zachodnioeuropejski burżuj. Cóż, mistyka towarzyszyła Wilnu od samego początku. Żelazny wilk ze snu księcia Giedymina, a jeszcze wcześniej wałęsający się po okolicach olbrzym Actis, którego po chrzcie Litwy zamieniono w ramach średniowiecznej politycznej poprawności na świętego Krzysztofa i uwieczniono w herbie grodu u zbiegu Wilii i Wilenki. Na tych terenach powstawał ruch chasydzki, tu mistycyzował Tomasz Zan. Mickiewicz napisał pierwsze części Dziadów: drugą i ostatnią; z chronologią jak widzimy wieszcz miał pewne trudności. Byli prorocy, magowie mniejszego kalibru. Większość poszła w niepamięć. Zdarza się. Nie było innej możliwości

 

Swych gospodarzy miasto zmieniało nader często. Z stoicką równowagą i tradycyjną wileńską flegmatycznością, będącą naturalną charyzmą miasta. Mieszkańcy często nie mogli połapać się, kto w danej chwili jest ich przełożonym. Wtedy zaczynała działać stara maksyma: władza władzą, a życie toczy się dalej. Faktycznie życie toczyło się dalej, zawsze do przodu. Aż zatrzymało się gdzieś na początku, na styku ostatnich dekad ubiegłego stulecia. Jest to czas wzmożonej aktywności społecznej. Czas kolejnych kawałów historycznych, o których dzisiaj już wszyscy nie pamiętają. Rodzący się ruch narodowy, nie tylko litewski i polski — w tamtym okresie swoje stowarzyszenia kulturalno-narodowo-oświatowe zakładały i inne narody: Białorusini, Łotysze, Ukaińcy, Żydzi, Tatarzy, Karaimowie i inni — i każdy wyciągał po kilka szkieletów z szafy konkurencji. Z jednej strony rodziła się świadomość narodowa, z drugiej strony wychodziły z cienia  antagonizmy oraz nacjonalizm. Z jednej strony nareszcie legalna kryptofaszystowska Liga Wolnej Litwy Terlackasa — notabene kapusia KGB. Z drugiej strony Polska Partia Praw Człowieka z prof. Janem Ciechanowiczem na czele, też podobno agentem, żądająca utworzenia Wschodniopolskiej Republiki Radzieckiej na terenach odebranych RP w 1939 roku.  Później okres podwójnej władzy. Mieliśmy podwójne organy ścigania, bo jedni milicjanci uznali niepodległość Litwy, drudzy pozostali wierni Moskwie. Do ścigania przestępców żadna z tych milicyjnych opcji nie była skora. Być może właśnie w tamtym okresie wśród ludności zarodziła się niechęć do „psów”, która pozostała nam wszystkim po dziś dzień. Problem władzy podwójnej czy nawet potrójnej, był Wilnu znany i wcześniej. Ot, choćby początek roku 1919, kiedy w mieście oprócz Niemców (faktycznych gospodarzy) gnieździły się jeszcze zwalczające się nawzajem pararządowe formacje polskie i litewskie. Obie zresztą musiały ewakuować się razem z żołnierzami Kajzera pod naciskiem zbliżającej się bolszewickiej ofensywy.

Wracając do tematu przewodniego, od którego zacząłem pisanie tego tekstu, czyli ,,straconych zegarów”, które pyszniły się do niedawna na naszych ulicach. Niewidzialna ręka w ciągu kilku tygodni usunęła je z naszego pola widzenia. Złodziej działał bardzo sprawnie i niezauważalnie. Co do osoby sprawcy i jego motywów – teorii jest kilka. Pierwsza głosi, że przyczyny są ekonomiczne. Mieszkańcy najszybciej rozwijającego się kraju Europy Środkowej po prostu stali się szczęśliwsi. Wiadomo – szczęśliwi zegarów nie potrzebują. Władza, idąc na spotkanie oczekiwaniom ludności usunęła więc niepotrzebny ,,chłam” z terenu miasta. Możliwe jest też, że czas został zwyczajnie odmieniony. Tajnym dekretem miłościwie nam panującej władzy: stary, postsowiecki, zgrzybiały czas – został odmieniony. Nie odpowiadał dzisiejszym zapotrzebowaniom i wymogom prawa unijnego. Tempo się zmieniło, a czas został ten sam. Nie pariadok. W jego miejsce w ciągu kilku tygodni zostanie wprowadzony nowy. Czas nowych nadziei i nowych rozwiązań. Czas menedżerów, klerków, przedstawicieli handlowych, modelek, producentów, reżyserów porno, gwiazd popu. Czas prawdziwych Europejczyków. Czas mknący, jak najnowocześniejszyboeing. Docierający do człowieka razem z tysiącami wysyłanych w danej chwili sms-ów oraz maili. Bombardujący  szarego przechodnia ze wszystkich stron informacjami o… przemijaniu życia.

Sytuacja z zegarami przypomina bardziej fabułę z prozy kolumbijskiego mistyka Marqueza lub praskiego ,,pustelnika” Kafki, niż rzeczywistość, opisywaną na pierwszych stronach gazet. Coż, życie coraz bardziej naśladuje fikcję literacką. Artyści nareszcie mogą się poczuć demiurgami życia prawdziwego i codziennego. Marzenie stało się faktem…

Czas jest rzeczą bardziej skomplikowaną niż wydaje się naszym politykom. Nie można go, pomimo chęci, zmienić w jeden dzień. Czas jest substancją elastyczną i relatywną. Przystosowuje się do potrzeb każdego człowieka.  Jedni ciągle żyją przeszłością, wyliczają ciągle zalety minionego systemu oraz wady obecnego. Czekają na rychłe przyjście Moskwy pod postacią Żyrinowskiego lub Władimira Władimirowicza. Inni bez ogródek wylatują w przyszłość, przymierzając stołki w Brukseli. Oskarżają swoich współobywateli o kołtunerię, ciemnogród i reakcję. Te opcje nigdy się nie zrozumieją. Dzielą je miliony lat świetlnych. Jedna część miasta za wszelką cenę próbuje dorównać standardom europejskim: podgrzewane chodniki, firmowe sklepy, centra handlowe, galerie, nowe samochody, modne gadżety… Złota młodzież oraz stara nomenklatura spotyka się tutaj, by wypić filiżankę kawy w schludnej kafejce, pograć w bilard, ponarzekać na sytuację, poplotkować o prezydencie. Z drugiej strony strony możemy zobaczyć dzielnice, w których krajobraz nie zmienia się od lat. Nieduże domki z sypiącym się tynkiem. Rzesze sfrustrowanych ludzkich twarzy, modlących się, aby ktoś tu zaprowadził „porządek”. Nie wierzą już w nic. Ani z lewa, ani z prawa…

Do posuwającej się rekonstrukcji miasta mam stosunek dwojaki. Rozumiem konieczność przemian. Miasto powoli staje się bardziej nowoczesne i piękniejsze. Piękne zresztą było zawsze, nawet w czasach sowieckiej szarości, ale dziś jest bardziej zadbane – to pewniak. Miasto, które w bliskiej przyszłości przyciągnie rzesze turystów z całego świata. Do niedawna na ulicach z obcokrajowców można było spotkać prawie wyłącznie Polaków, odwiedzających Ostrą Bramę oraz grób Matki z sercem syna. Jeszcze Rosjan, jadących do Połągi czy Druskiennik oraz zabłąkanych studentów z Japonii, szukających rozrywki i egzotyki. Napływ turystów spowoduje zwiększenie się inwestycji, a to będzie oznaczało kolejne miejsca pracy. Brzmi pięknie i optymistycznie? Częściowo tak chyba jest. Nie bywa jednak przemian bez ofiar.

Jedną z pierwszych ofiar ,,wielkiej przebudowy miasta” stali się byli właściciele ziemscy. W większości Polacy. Zwrot ziemi dla Polaków na Litwie w ogóle idzie z wielkim trudem. W samym zaś mieście jego przebieg jest katastrofalny. Właściciele mieli pecha, że ich ojcowie mieli ziemię, tam gdzie dziś zaplanowano zbudować kolejny supermarket. Trudno. Nie ma innej możliwości. Każdy natomiast kandydat może ubiegać się o śmieszne odszkodowanie. Ceny rynkowe. Ciekawe tylko, z jakiego rynku (bazaru)?

Ofiarą reform mera Zuokasa padli też mieszkańcy podwileńskich Kuprianiszek. Mer, mimo licznych protestów, zbudował pod bokiem mieszkańców wysypisko. No, może protesty nie były zupełnie bezowocne. Pod naciskiem z kraju i z za granicy obszar wysypiska zmiejszono o połowę. Nie dużo, ale zawsze coś. Nie było innej możliwości

Rozumiem, co miał na myśli noblista Izaak Singer, gdy twierdził, że nie chce odwiedzać dzisiejszej Warszawy, bo jego Warszawy już nie ma. Miasta mego dzieciństwa nie ma już też. Nie ma już tego miasta dużych zakładów, dymiących kominów i ciągnących się w nieskończoność szarych murów. Nie ma pustych sklepów i chamskich sprzedawców w brudnych kitlach. Rozumiem, że trudno do czegoś takiego tęsknić. Zresztą sam do końca nie wiem, czy moje uczucie można nazwać tęsknotą. Podobno wrażenia z dzieciństwa są najtrwalsze. Często, w nieco zmienionej formie, wracają w postaci snów. Właśnie ten okres w życiu człowieka kształtuje jego osobowość. Mnie ukształtowało tamto miasto. Tamto otoczenie. Czas. Czas, który nigdy nie stoi w miejscu. Dlatego trudno jest obrażać się na zburzone mury, zamknięte zakłady, zimne piece i samotne kominy. Na ich miejsce przyszły kolorowe bilboardy, perwersyjne reklamy, kolorowe czasopisma, zadbane kluby i dancingi. Taki jest wymóg czasu. Mówi się: trudno. Nie ma innej możliwości.

Wkurza raczej coś zupełnie innego. Wkurza radykalne zmienianie poglądów. Mając w zanadrzu wszelkie podstawy do stworzenia czegoś oryginalnego, ciągle staramy się kogoś naśladować. Raz zachód, raz wschód…  Robienie z Wilna kolejnej kopii Pragi czy Paryża przypomina nieco ,,przerąbywanie okna do Europy” przez Piotra I. Mentalność naszych reformatorów – mimo różnicy wiekowej – jest podobna. W podobny sposób ,,za proszek i piwo” wepchnięto nas do Unii Europejskiej. Nie było innej możliwości. Podobno…

Nie rozumiem, po co robić z Wilna coś, czym nie jest i nigdy nie będzie. Wilno zawsze było miastem prowincjonalnym, mimo pewnych stołecznych ambicji. Właśnie ze skrzyżowania zaściankowości oraz ambicji brał się jego urok. Mimo, że ustępowało wielkością i zamożnością sąsiedniej Rydze – wszystkim sąsiadom zależało na jego zdobyciu. Roszczenia wobec Wilna mają Litwini, Polacy, Białorusini i Żydzi. Całkiem możliwe, iż chętnych jest ich więcej. Wilno wydało szereg osób, zasłużonych dla kraju (nazwa kraju nie gra roli) i świata. Tutaj narodził się polski romantyzm, ale też tutaj zaczęło się odrodzenie narodowe Litwinów i Białorusinów. Tu było żydowskie centrum kulturowe na Kresach Wschodnich, a wileńska diaspora żydowska była jedną z najliczniejszych. Wilno nazywano północną Jerozolimą. W dniu obecnym jest to raczej Jerozolima po najeździe babilońskim. Jeruzalem bez Judejczyków. Jeszcze pod koniec lat osiemdziesiątych XX wieku na mojej klatce schodowej na trzy mieszkania – dwa były żydowskie. W ciągu kilku lat prawie wszyscy wileńscy Żydzi wyemigrowali do Ziemi Świętej. Teraz w Wilnie spotkanie osobnika wyznania mojżeszowego jest na prawdę rzadkością. Chyba, że to turysta…

Wracając do wyliczania zasług stolicy Litwy, warto przypomnieć o międzywojennej literackiej grupie Żagary. Stąd pochodzi też osobnik, na którego twórczości wzorowali się twórcy francuskiej Nowej Fali — Tadeusz Konwicki. Tu mieszkał i działał zarówno na polu literackim jak i konspiracyjnym pisarz (w 1939 był jednym z kandydatów do literackiego Nobla) Sergiusz Piasecki. Patriarcha narodu litewskiego, doktor Jonas Basanaviczius, swój zmierzch spotkał właśnie w ,,okupowanym” Wilnie. Życie w zniewolonym przez nienawistnych Polaków mieście chyba bardziej mu przypadło do gustu, niż walory wolnościowe w jeszcze bardziej zaściankowym, a prawie tak samo wyłącznie polsko-żydowskim, Kownie. Jednak mimo tych zalet Wilno pozostaje grodem prowincjonalnym. Nie ma innej możliwości.

Czy było zawsze prowincjonalne? Czy stało się takim z biegiem lat, pod wpływem przeróżnych uwikłań polityczno–historycznych, świadkiem których miasto było na przestrzeni wieków? Trudno odpowiedzieć jednoznacznie na to pytanie. Szczególnie dziś.   Może pierwszy cios zadali miastu Tatarzy, 24. maja 1341 roku paląc i plądrując część Wilna. Przy okazji mordując kolejną misję franciszkańską (poprzednia misja została wymordowana przez tubylców). Egzekucja odbyła się podobno na obecnej górze Trzech Krzyży. Trzy Krzyże (zaprojektowane przez Antoniego Wiwulskiego na początku XX wieku) stoją dla upamiętnienia tego właśnie wydarzenia. Wilno wielokrotnie padało ofiarą pożarów. Dwa razy za sprawą Rosjan. Ostatni raz – to miasto widziało płomienie na początku lipca 1944 roku, podczas szturmu Wilna przez AK i oddziały Armii Czerwonej. Jednak ogień nie był w historii europejskich metropolii rzadkością. Kilkakrotnie płonęły też Kijów czy Moskwa. Przyczyn więc trzeba szukać gdzieś indziej.

Może źródłem upadku było zamknięcie Uniwersytetu Wileńskiego przez władze carskie po powstaniu listopadowym 1831 roku. Zostawionu wówczas Wilnu czynne tylko dwa wydziały: lekarski i teologiczny. Na ich miejscu powstały Akademia Medyczno–Chirurgiczna, zamknięta w 1841 oraz Seminarium Duchowe, zlikwidowane w 1846. Faktycznie – to był duży cios dla miasta. Uniwersytet Wileński na początku XIX stulecia był jedną z najlepszych uczelni w imperium. Statut uniwersytecki uczelni nadał właśnie swym dekretem Aleksander I w 1803, dzięki staraniom księcia Adama Czartoryskiego. Zresztą książę oraz ówczesny rektor – Jan Śniadecki – dołożyli wszelkich starań, aby ściągnąć na placówkę ,,najświatlejsze umysły” epoki. W tym czasie G. E. Grodeck, T. Husarzewski oraz jeden z prekursorów ,,samorządnej Rzeczypospolitej” oraz idei polskiego gminowładztwa – J. Lelewel – wykładali właśnie w Wilnie. W różnych latach nauki pobierali tu: Adam Mickiewicz, Juliusz Słowacki, Józef Ignacy Kraszewski… Kolejny cios miastu zadał generał-gubernator Murawjow – Wieszatiel, pacyfikując Powstanie Styczniowe. Nie odrodziło się Wilno też po I wojnie światowej, mimo pewnych sentymentów Marszałka. Stało się zwyczajnym miastem wojewódzkim – miastem, jakich wiele. Nie było innej możliwości

Co prawda Wilno oraz Wileńszczyzna otrzymały w pewnym momencie atrybuty państwowości w postaci Litwy Środkowej, ale to już temat na inną historię. Litwa Środkowa przetrwała zresztą bardzo krótko. Próby odzyskania autonomii regionu były czynione także podczas „jesieni ludów” w latach 1988-91, ale na próbach się skończyło. Nie było innej możliwości.

Więc kto jest winien prowincjonalności stolicy Litwy? Pewnie nie znajdziemy jednoznacznej odpowiedzi. Chyba i nie warto szukać. Tak było, jest i będzie. Nie ma innej mozliwości…

                                                                                         

Antoni Pacuk Radczenko

 Fot.: Antoni P. Radczenko & Lech L. Przychodzki 

www.bezjarzmowie.info.ke

Inne zapisy autora:

0

Beata Traciak
Beata Traciak

Mieszkam w Krakowie. Jestem redaktorem Interia 360 i staram się pomagać chorym. Piszę tu "gościnnie" ze względu na sentyment, ale też mam tu jednego z Przyjaciół, którym jest nikt inny, jak Tomek Parol. DO jest moją pasją, ale też motywacją, ktrej nie będę ujawniać. Należę do Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich z racji j/w. Pasję łączę z dziennikarstwem.

72 publikacje
2 komentarze
 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

 

Authorization
*
*
Registration
*
*
*
Password generation
334816