Bez kategorii
Like

Być jak Brat Albert

17/06/2011
326 Wyświetlenia
0 Komentarze
13 minut czytania
no-cover

Czasami ktoś zadaje mi pytanie – „Po co katolikom święci?”

0


Odpowiadam wtedy, że m. in. do podziwiania i naśladowania. Patron dzisiejszego dnia jest właśnie przykładem nietuzinkowego człowieka, o którym warto pamiętać i naśladować, mieć serce jak Brat Albert – czułe dla potrzebujących.

Adam Chmielowski był patriotą i wspaniałym malarzem, ale w pełni sił twórczych porzucił sztalugi i oddał się służbie ubogim. Był założycielem Zgromadzeń Braci i Sióstr Posługujących Ubogim. Nie przeszkadzało mu w tym kalectwo – brak nogi, którą stracił w Powstaniu Styczniowym. W poczet błogosławionych 22 czerwca 1983 w Krakowie zaliczył go papież Jan Paweł II zaliczył go w, a sześć lat później ogłosił go świętym.

Adam urodził się 20 sierpnia 1845 r. w Igołomii pod Krakowem i już historia jego chrztu jest nietypowa, bo początkowo, sześć dni po urodzeniu, ochrzczony był z wody. Dano mu wtedy dwa imiona – Adam Bernard. Trzecie Hilary dostał w czasie uroczystego Chrztu św., który odbył się 17 czerwca 1847 roku w kościele na warszawskim Nowym Mieście. Dodatkowo, gdy miał 6 lat matka podczas pielgrzymki do Mogiły poświęciła go Bogu. Rodzice dość wcześnie osierocili go.

Początkowo uczył się w szkole kadetów w Petersburgu, potem w gimnazjum w Warszawie. Gdy zaczęło się Powstanie Styczniowe studiował w Instytucie Rolniczo-Leśnym w Puławach i razem z młodzieżą tej szkoły wziął udział w tym patriotycznym zrywie. Miał wtedy zaledwie 18 lat. W bitwie pod Mełchowem – 30 września 1863 r. został ciężko ranny i dostał się do niewoli rosyjskiej. Tam w prymitywnych, polowych warunkach, bez znieczulenia amputowano mu nogę, co zniósł podobno bardzo dzielnie.
Z więzienia w Ołomuńcu został zwolniony dzięki interwencji rodziny i aby uniknąć represji władz carskich, wyjechał do Paryża, gdzie podjął studia malarskie. Przez pewien czas w belgijskiej Gandawie studiował inżynierię, ale powrócił wkrótce do malarstwa i ukończył Akademię Sztuk Pięknych w Monachium.

Zawsze na otoczeniu wywierał duży wpływ i wszędzie wyróżniała go postawa chrześcijańska i silna osobowość. W 1874 r., gdy ogłoszono amnestię powrócił do kraju. Możliwe, że ta zmiana spowodowała to, że jego malarstwo oparte dotychczas na motywach świeckich, zaczęło teraz czerpać natchnienie z tematów religijnych. Duże znaczenie dla jego życia duchowego miały rekolekcje odbyte u ojców jezuitów w Tarnopolu. Jeden z jego najlepszych obrazów Ecce Homo powstał pod wpływem głębokiego przeżycia tajemnicy bezgranicznej miłości Boga do człowieka. Religijne obrazy Adama Chmielowskiego przyniosły mu miano "polskiego Fra Angelico".

W 1880 r. rozwój życia duchowego sprawił, że mając 35 lat, porzucił malarstwo, znajomych i wstąpił do jezuitów w Starej Wsi z zamiarem pozostania bratem zakonnym, jednak po pół roku opuścił nowicjat. Powodem była tak silna depresja, że do stycznia 1882 r. leczył się w zakładzie dla nerwowo chorych w Kulparkowie koło Lwowa. Powrót do równowagi psychicznej ułatwił mu pobyt brata na Podolu. Przebywając tam zafascynowała go duchowość św. Franciszka z Asyżu i reguła III zakonu. Zainteresował się tercjarstwem i  chciał rozpropagować ten sposób życia wśród podolskich chłopów. Niestety niebawem ukaz carski zmusił go do opuszczenia Podola.
W 1884 r. rozpoczął się kolejny etap i kolejny przełom w życiu Adama Chmielowskiego – w Krakowie, gdzie zatrzymał się przy klasztorze kapucynów. Tutaj zajmował się nędzarzami i bezdomnymi, widząc w ich twarzach sponiewierane oblicze Chrystusa. Pieniądze ze sprzedaży swoich obrazów przeznaczał na wspomaganie najbiedniejszych, a jego pracownia malarska stała się przytuliskiem.

Z miłości do Boga i ludzi Adam Chmielowski po raz drugi zrezygnował z kariery i objął zarząd ogrzewalni dla bezdomnych. Chociaż dobrze znał panujące tam warunki życia, przeniósł się tam na stałe, aby mieszkając wśród biedoty, pomagać im w dźwiganiu się z nędzy nie tylko materialnej ale i moralnej.
25 sierpnia 1887 roku Adam Chmielowski przywdział szary habit tercjarski i przyjął imię brat Albert. Zgromadził wokół siebie podobnych do siebie ludzi i rok później złożył śluby tercjarza na ręce kard. Albina Dunajewskiego. Ten dzień jest jednocześnie początkiem działalności Zgromadzenia Braci III Zakonu św. Franciszka Posługujących Ubogim, zwanego popularnie "Albertynami". Przejęło ono od zarządu miasta opiekę nad ogrzewalnią dla mężczyzn przy ulicy Piekarskiej w Krakowie. W niecały rok później brat Albert wziął również pod swoją opiekę ogrzewalnię dla kobiet, a grupa jego pomocnic, którymi kierowała siostra Bernardyna Jabłońska, stała się zalążkiem "Albertynek".
Oba zgromadzenia rozrastały się szybko, mimo, że nowicjat był surowy. Formacja dla kandydatów i kandydatek do obu zgromadzeń organizowana była w domach pustelniczych; najbardziej znanym stała się tzw. samotnia na Kalatówkach pod Zakopanem. Do trudnej pracy potrzebni byli ludzi wyjątkowo zahartowanych zarówno fizycznie jak i moralnie. Przytuliska znajdujące się pod opieką albertynów i albertynek były otwarte dla wszystkich potrzebujących, bez względu na narodowość czy wyznanie, zapewniano pomoc materialną i moralną, stwarzano chętnym możliwości pracy i samodzielnego zdobywania środków utrzymania. Słynne są słowa Brata Alberta, że trzeba każdemu dać jeść, bezdomnemu miejsce, a nagiemu odzież; bez dachu i kawałka chleba może on już tylko kraść albo żebrać dla utrzymania życia. Za jego życia powstało 21 takich domów, gdzie potrzebujący otaczani byli opieką 40 braci i 120 sióstr. Aktualnie Albertyni prowadzą placówki dla bezdomnych (noclegownię, przytulisko i mieszkania chronione dla wychodzących z bezdomności, domy pomocy społecznej dla niepełnosprawnych umysłowo i fizycznie i liczne kuchnie dla ubogich.
Albert był człowiekiem rozmodlonym, pokutnikiem, sam praktykował i zalecał innym skrajne ubóstwo. Odznaczał się heroiczną miłością bliźniego, dzieląc los z najuboższymi i pragnąc przywrócić im godność. Pomimo swego kalectwa wiele podróżował, zakładał nowe przytuliska, sierocińce dla dzieci i młodzieży, domy dla starców i nieuleczalnie chorych oraz tzw. kuchnie ludowe. Zmarł ten "najpiękniejszy człowiek pokolenia" w założonym przez siebie przytułku dla mężczyzn w Krakowie wyniszczony ciężką chorobą i trudami życia . Już za życia uważany był za świętego. Pogrzeb na Cmentarzu Rakowickim 28 grudnia 1916 roku stał się pierwszym wyrazem czci powszechnie mu oddawanej.

Jest patronem zakonów Albertynek i Albertynów, a w Polsce także artystów plastyków.

W pięćdziesiątą rocznicę śmierci Alberta Chmielowskiego papież Jan Paweł II powiedział:

„…była to natura bardzo bogata, wszechstronnie uzdolniona. Zapowiadał się jako znakomity malarz, był ceniony przez wszystkich mistrzów pędzla, którzy na zawsze pozostaną w pamięci naszego narodu jako przedstawiciele wielkiej sztuki. Wiemy, że była to jeszcze i dlatego natura bogata, że nie szczędził siebie. Dał tego dowód, gdy jako niespełna 20-letni młodzieniec wziął udział w Powstaniu Styczniowym. Wszystko postawił na jedną kartę dla miłości Ojczyzny. Miłość Ojczyzny wypaliła na nim dozgonny stygmat: pozostał kaleką do śmierci, zamiast własnej nogi, nosił protezę.

Ponad to bogactwo natury uderza w nim przede wszystkim bogactwo łaski. Łaska Boża, to jest sam Bóg udzielający się człowiekowi, przelewający się niejako do jego duszy. Im bardziej Bóg udziela się duszy, im bardziej się do niej przelewa przez dary Ducha Świętego, tym bardziej rzuca ją na kolana. (…)

Ale Bóg w przedziwny sposób działa w dziejach człowieka. Oto rzucając go przed sobą na kolana, każe mu równocześnie uklęknąć przed jego braćmi, bliźnimi. (…)

Dlatego rzucił go Bóg na kolana przed człowiekiem najbardziej wydziedziczonym, ażeby dawał siebie. I dawał do końca swoich dni; dawał ze wszystkich sił. Był to wyraz jego wiary i miłości. Ten wyraz jego wiary i miłości jest dla nas bezcenny, jak równie bezcenny jest w obliczu Boga. Trzeba, ażeby nasze człowieczeństwo wróciło w nowy sposób uwrażliwione na człowieka, jego potrzeby, jego niedolę i cierpienia i ażeby gotowe było świadczyć sobą, świadczyć gołymi rękami, ale pełnym sercem; taki dar bowiem więcej znaczy aniżeli pełne ręce i środki bogate. "Ponad to wszystko większa jest miłość".

 

Na koniec chcę jeszcze zacytować słowa Brata Alberta, które waarte są rozważenia, bo są potwierdzeniem tezy, że jeśli Bóg jest na pierwszym miejscu, to wszystko jest na właściwym miejscu – „W myślach o Bogu i o przyszłych rzeczach znalazłem szczęście i spokój, którego daremnie szukałem w życiu.”

Źródło – http://www.albertyni.opoka.org.pl/bralbert.html

http://brewiarz.pl/vi_11/1706p/godzczyt.php3#czyt2

Inne zapisy autora:

0

sgosia

Wsród rzeki zla szukam dobra, które jest w nas.

72 publikacje
0 komentarze
 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

 

Authorization
*
*
Registration
*
*
*
Password generation
343758