Małopolska
Like

Baba na rybach i…natura u drzwi (odc. 10)

16/09/2013
695 Wyświetlenia
1 Komentarze
10 minut czytania
Baba na rybach i…natura u drzwi (odc. 10)

– Ale ty wchodzisz pierwszy i od razu lecisz do łazienki! – Wędkowiec odezwała się do byłego męża,  niepewnym głosikiem, stojąc u drzwi swojego mikroskopijnego mieszkanka i na razie tylko celując wielkim kluczem w kierunku zamka.

0


 

przyroda sie pcha

– Ależ oczywiście, przecież obiecałem – ex popatrzył z ukosa na byłą małżonkę – No otwierajże już te podwoje…Przecież pająk nie stanie w nich nagle, nie przywita się z tobą kulturalnie a następnie nie wciągnie cię przez słomkę. Tak dobrze na tym świecie, to jeszcze nie ma!

– Łatwo ci mówić! – zdenerwowała się Wędkowiec – A jeśli przez dobę zdążył przegrupować szyki bojowe i zrezygnował z pozycji brodzikowej na rzecz zaskakującej pozycji przydrzwiowej? Przecież ja tu na widok tego potwora z własnej skóry wyskoczę i będę do końca życia straszyć cię krwawym mięsem i bielą mych kości!

– Daj te klucze! – warknął były mąż – I jak ty w ogóle chcesz mieszkać na wsi?! Tam to dopiero natura nad wyraz wybujała i pcha się do domów czym się da: oknem, kominem, piwnicą i drzwią!

– Drzwiami. – Wędkowiec odruchowo poprawiła eksa – Jakoś sobie poradzę. Siateczki na okna założę. Może się rozpędzę i na komin też. Tu już mi się nie opłaca… – gadała do pleców byłego małżonka, który właśnie oświetlał maleńki przedpokoik i zmierzał w stronę łazienki.

– Hmm – wymruczał wkładając głowę przez lekko uchylone zasuwy brodzika – No niezły okaz. Wygląda imponująco… Ale przy takich powierzchniach wszystko optycznie rzecz ujmując ma gabaryty hipopotama.

– Zrób coś. Sklep mu mordę, nóżkę wyrwij, no nie wiem co, byle mnie już nie straszył. – wyszeptała Wędkowiec, zachowawczo nie przekraczając demarkacyjnej linii progu mieszkania.

 

Po chwili zza zamkniętych drzwi wc , dobiegły straszliwe odgłosy: “Plask, plask, plask! Bumbum! Bububm! Bum!”

 

– Żyjesz? – zapytała Wędkowiec przerażonym tonem bordową szufelkę, która właśnie wychynęła z mikro-łazienki. Na szczęście na jej końcu przyczepiony był eks małżonek, w dodatku posiadał w całości usta, które nawet się uśmiechały i mówiły…

– Taaak! – wyprężył dumnie pierś – Teraz mów mi “bohaterze” albowiem stoczyłem bój ze straszliwym ośmio…nożnym smokiem!-  wypalił.

– Ale…Co to tak głośno tam było? – zapytała z powątpiewaniem Wędkowiec i przyglądając się byłemu z wielkim zainteresowaniem.

– A no widzisz, w pewnej chwili pająk wyrwał mi łopatkę z dłoni i dotłukł mi nią po łbie. Walka jak widać była niezwykle zacięta! Ale nie ze mną te numery… – eks mąż szeroko się uśmiechał i nawet błysnął zawadiacko granatem źrenicy.

– Nie wiedziałam, że masz… akrylowy czerep…Tak to przynajmniej brzmiało…- wycedziła Wędkowiec, przerywając byłemu przednią zabawę i miażdżąc spojrzeniem czubek jego głowy – No chyba, że to jednak była mistyfikacja i waliłeś łopatką w brodzik i pająka… Swoją drogą bądź łaskaw zutylizować gdzieś truchło tego potwora. -artykułowała coraz bardziej lodowatym tonem.

 

Wędkowiec z wielkim zdziwieniem skonstatowała fakt, że były małżonek, miast wsypać pajęczego trupa do stojącego obok sedesu i spuścić wodę po tym problemie, jeszcze bardziej wyciągnął szufelkę do przodu i skierował ją i własną osobę w stronę linii demarkacyjnej.

– Odsuń się kobieto, bo to ogłuszenie nie będzie działało w nieskończoność. On zaraz się ocknie i da drapaka. Lepiej niech to zrobi na zewnątrz mieszkania.

-AAaaaAAA!!! Ty gnębicielu arachnofobek! Wieprzku!!! – wrzasnęła Wędkowiec , równocześnie jednym susem przeskakując kilka schodów i ewakuując się w bezpieczne rejony wnęki obok skrzynek pocztowych. – Jeszcze raz okażesz się takim kmiotem, a duchowi twemu dam w pysk i pójdę…sobie!!! – zagroziła.

– Dobre…No… To ci cwaniara! I jakie to zachowawcze… – uśmiechnął się były mąż – Powiadam ci, moja kochana, że pajączek to też natura. A ty jesteś zwariowana na punkcie tej tam przyrody… Parapet po obu stronach załadowany doniczkami. Wylewają się z mieszkania oknem! A w tych donicach zielsko na zielsku i zielskiem pogania – kwiatki, zioła, drzewka, krzaczki z … pajączkami, owadami i innymi cholernymi przędziorkami!!! – były dostał słowotoku.

– Wypraszam sobie! – zimno przerwała Wędkowiec. Przędziorów nie ma. Moje rośliny to okazy zdrowia. Reszty przyrody nie widać w tym gąszczu, a póki na oczy mi się nie pokazuje, to wszystko jest pod kontrolą. Aaale! – dodała śpiewnym głosem – Nie pokazywałam ci mojego najnowszego dokonania! Popatrz przez okno! – tu Wędkowiec dumnie wyprężyła pierś.

– O ludzie a cóż to za … ekchm zagony?! – szepnął eks – Przecież to środek miasta!

– Przedstawiam ci moją gorczycę. Piękna… Nieprawdaż?! Ma już 8 tygodni.

– Tjaaa… No istne drzewa po prostu. Zaraz ptactwo w nich zamieszka i będzie tu ćwierkać ludziom w okna… – ironizował, przyglądając się ciekawie około dwudziestocentymetrowej wysokości, sympatycznym, gęsto rosnącym badylkom uzbrojonym w prześliczne świeżo- zielone listeczki – Swoją drogą, w sklepie nie ma gorczycy? Jakiś kryzys, czy co?

– Słowacki jednak miał rację…

– O ile mi wiadomo, gościa już dawno nie ma na tym ziemskim padole… – przerwał były małżonek – Ponadto nic nie mógł o mnie mówić, bo mnie nie znał. Przypominam – urodziłem się w innym wieku, jakbyś nie zauważyła! Wróć do rzeczywistości, literaturę odłóż na półkę!

– Ale cytat z niego to ci się podobał?! Słowacki ponadczasowy jest…nieuku jeden! I gorczyca, nieuku, jest na poplon! – denerwowała się Wędkowiec, po raz pierwszy od dwunastu lat znajomości z eksem rzucając w niego epitetami.

– Na poplon? – powtórzył były małżonek – A jakież ty tu miałaś plony?! Bo nie zauważyłem…

– Jeszcze żadne. Miały być. Miałam sadzić wiosenne kwiaty: narcyzy, szafirki i tulipany. Ale gleba tutaj to jakieś nieporozumienie, rosną na niej kamienie… I to w dużych ilościach – prawie szpadel straciłam przy kopaniu tych dwudziestu metrów kwadratowych. Najpierw więc, skopałam, odkamieniłam i posiałam zielony nawóz – czyli poplon. Miałam go teraz przeorać pięknie i głęboko,  jak podrośnie, no ale wyszło inaczej.

– Przeorać…. W centrum wielkiego miasta… O ludzie.  I co teraz? Zostanie zgrzebna gorczyca we wrześniu, a wiosennych kwiatów ani na lekarstwo. – podsumował były małżonek.

–  Przeorać znaczy też skopać. Nie chciałam się powtarzać… Ale przecież literaturę i stylistykę, to w przedszkolu pan odłożył na półkę i do dziś tam leżą… Nic, a co ma być. Mam nadzieję, że dobry Bóg szybko wyprawi mnie na wieś. Tam spokojnie będę mogła zużytkować swoją wiedzę rolniczą i …co tylko zakupione cebulki wiosennych roślin.

– Uhm… – Eks popatrzył na Wędkowiec uważnie i jakoś tak … miękko – I jeszcze przytulić pchające się do ciebie pająki.

– No cóż… Może na glebie trafi się jakiś bohater, co będzie gromił każdego ośmionożnego potwora…A w najgorszym wypadku,  w zamian za gorczycę, jabłonie , zagony kapusty, kwiatowo-ziołowy ogród i własne kury, mogę dzierżyć codzienną wizytę nawet i pięciu pająków…

 

“I jednego ich pogromcę też” – dodała w myślach.

 

 

Żródło: Osobiste doświadczenia autorki.

 

 

 

Inne zapisy autora:

0

Bez kredek we lbie
Bez kredek we lbie

Matka-Polka-galopka. Na marginesie - matematyk, księgowa. Staram się nie politykować, nie mam do tego predyspozycji, wolę ... obserwować, wyciągać wnioski, przyglądać się i opisywać. Poczucia humoru nigdy za dużo, nawet sam Pan Bóg je posiada, więc czemu nie człowiek?

20 publikacje
10 komentarze
 

Jeden komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

 
Authorization
*
*
Registration
*
*
*
Password generation
334816