ONA I ON
Like

Baba na rybach i …demokracja totalitarna (odc.17)

22/10/2013
1129 Wyświetlenia
7 Komentarze
11 minut czytania
Baba na rybach i …demokracja totalitarna (odc.17)

– Jaką chcecie jutro zupę? – darła się w przestrzeń domostwa Wędkowiec, dokładnie tak samo, jak lata temu wydzierała się jej nieżyjąca już obecnie rodzicielka, tyle, że w otchłań innego mieszkania usytuowanego w innej części szanownego Krakowa. – Żurek! – wyartykułował radosną tubą Małżon. – Pomidorro! – ucieszyła się Wiktorka. – Bleee ! – ryknął Rozruba – Nie cierpię takich zup! Ja chcem złoty kurczak z torebki!!! Z takim fajnym makaronem – Rozruba kończył informacje tonem i głośnością dworcowego megafonu. – Cichojta trąby jerychońskie – podsumowała Wędkowiec – Zatem demokratycznie rzecz ujmując, będzie… ziemniaczanka.   Tu rozpętała się istna sto szesnasta wojna domowa. Gdakali jeden przez drugiego, szeroko gestykulowali oburzonymi pięściami i podniesionymi głosami wyrażali co też myślą całkiem niecenzuralnie […]

0


demokracja

– Jaką chcecie jutro zupę? – darła się w przestrzeń domostwa Wędkowiec, dokładnie tak samo, jak lata temu wydzierała się jej nieżyjąca już obecnie rodzicielka, tyle, że w otchłań innego mieszkania usytuowanego w innej części szanownego Krakowa.

– Żurek! – wyartykułował radosną tubą Małżon.

– Pomidorro! – ucieszyła się Wiktorka.

– Bleee ! – ryknął Rozruba – Nie cierpię takich zup! Ja chcem złoty kurczak z torebki!!! Z takim fajnym makaronem – Rozruba kończył informacje tonem i głośnością dworcowego megafonu.

– Cichojta trąby jerychońskie – podsumowała Wędkowiec – Zatem demokratycznie rzecz ujmując, będzie… ziemniaczanka.

 

Tu rozpętała się istna sto szesnasta wojna domowa. Gdakali jeden przez drugiego, szeroko gestykulowali oburzonymi pięściami i podniesionymi głosami wyrażali co też myślą całkiem niecenzuralnie o postępku matki i byłej małżonki . W końcu po kilku minutach bezowocnego gardłowania i bicia niewidocznej piany zorientowali się, że osoby, która ową wojnę rozpętała już dawno nie ma w pokoju. Smokiem trójgłowym rzucili się więc do kuchni, zablokowali całe wejście. A tam, z miną sfinksową, sprawczyni zamieszania właśnie kończyła obieranie ziemniaków na zupę.

 

– O O O!!! – okrzyk grozy wydarł się z trójgłowego smoka – To takie buty! – dalej już przemawiał on głosem Małżona – Negocjacji żadnych widzę nie będzie, bo demokratycznie podjęłaś już całkiem totalitarną decyzję! A ja powiadam precz z ziemniaczanką!!!!

– No przecież nie wyrzucę tylu kartofli – uśmiechnęła się Wędkowiec i pogrążyła ręce w garnku pełnym żółtych bulw, które to właśnie płukała- Straszne by to było marnotrastwo. A zresztą..Możecie głodować, jakby co, bo następną zupę gotuję za dwa dni.

– No, ale po co nas pytałaś? – nie wytrzymał Rozruba.

– Żeby wam było przyjemniej i żebyście się czuli ważni i tacy, no… Żebyście wiedzieli, że demokracja istnieje i nikt, niczego wam nie odbiera. Macie prawo do wyrażania własnych poglądów i wolności słowa… Więc…Czujcie się demokratycznie, a ja zrobię swoje. No! Nie przeszkadzać ! Sio! Za dwa dni zrobię pomidorówkę, a bliżej końca miesiąca pewnie będą i zupy z torebki.

 

Minęło kilka godzin i jak to w sobotni wieczór rodzina poświęciła się odpoczynkowi. W pokoju, na wersalce zalegały cztery ludzkie ciała, ciągle ktoś kogoś łaskotał, inny żartował, reszta buchała niekończącą się radością. W tym wszystkim oczywiście najbardziej zainteresowane hałasem nowych zapachów i brzmieniem niecodziennych odgłosów dwa, wielkie i ciągle węszące psie nosy i wiecznie sterczące uszy. Wreszcie całe to urocze zbiorowisko, zamieniło się w wielki, ryczący śmiechem, piskami i poszczekiwaniami, węzeł gordyjski.

– Do cholery ciężkiej!!! DOŚĆ! – węzeł został przerwany stalowym brzmieniem głosu seniora rodu – Żeby gówno było słychać! Rozmawiać się nie da!!! – warczał w drzwiach pokoju, ciskając do środka granatowe strzały rozeźlonych spojrzeń i dyndając komórką przypiętą do ładowarki, którą ściskał kurczowo w palcach.

– Tato… – jęknęła do teścia Wędkowiec – Ale bez klnięcia proszę. Tu są dzieci.

– GÓWNO mnie to obchodzi! GÓWNO! GÓWNO! GÓWNO! – powtarzał z wielkim ukontentowaniem – W MOIM mieszkaniu będę mówił jak mi się podoba! I tu pod moim dachem dzieci będą wychowywane po mojemu! A poza tym GÓWNO to nie jest przekleństwo!

– … brzydkie słowo… – próbowała przekonywać spokojnie Wędkowiec, ale jej słowa zniknęły zagłuszone rykiem teścia.

– GÓWNO! GÓWNO! GÓWNO! To nie twój dom- ryczał – A ja chcę pogadać przez telefon! A wy ryczycie jak stado natchnionych hipopotamów! Demokracja jest? JEST!!!! TO JA WE WŁASNYM DOMU DEMOKRATYCZNIE CHCĘ MÓC POGADAĆ PRZEZ TELEFON W CISZY!!!! –  i widząc otwarte usta Wędkowiec, a spodziewając się , że one pewnie zechcą znów przemówić, dodał  szybko- GÓWNO!!! – i opuścił próg drzwi.

 

Wędkowiec cichutko wstała, jeszcze ciszej poskładała najpotrzebniejsze rzeczy – szczoteczkę do zębów, pidżamę i dezodorant. To wszystko wpakowała do plecaczka, ucałowała zaskoczoną rodzinę w policzki i mimo protestów udała się do jeszcze nie sprzedanego, mikroskopijnego mieszkanka, które na szczęście było jej własnością.  Tamże spędziła noc.

 

Następnego dnia rodzina odwdzięczyła się Wędkowiec koncertowym zrozumieniem zasad demokracji totalitarnej i kompletnie nie zważając na grobową minę teścia, jeszcze bardziej grobowe rysy twarzy samej Wędkowiec i jej wewnętrzne rozumienie słowa honor, rozpoczęła i z sukcesem zakończyła, akcję upupiania Wędkowiec przy sobie.

– Mamusiu, a usiądziesz tu przy mnie na chwilę? – mamrotał Rozruba ułożony wieczorem w kokonie z kołderki, zaglądając matce prosto w oczy,  lazurowym błękitem źrenic.

– Tak, ale tylko na moment. Zamykaj już oczka i śpij. – odpowiedziała Wędkowiec, odwracając szybko wzrok.

– Mamciuuu, a zrobisz mi herbatkę? – zaśpiewała Wiktorka.

– No pewnie – Wędkowiec do połowy uniosła swoje ciało i natychmiast została uwięziona w pozycji skulonej przez Rozrubę, który właśnie ciągnął ją z całych sił w dół za rękę.

– O nie, nie pójdziesz, bo jak pójdziesz, to już pójdziesz na dobre – oświadczył plątając się we wszystkich tych swoich chodzeniach- A wtedy ja zupełnie demokratycznie nie pójdę spać.

– Czyś ty zupełnie zwariował Rozrubo?

– Nie no… Demokratycznie ty możesz jechać do mieszkanka, bo masz prawo. Ale totalitarnie rzecz ujmując, my chcemy ciebie tutaj.

– Straszni egoiści! – wybąkała Wędkowiec, uśmiechnęła się i ucałowała synka na dobranoc.

– No to jak… Nie pójdziesz? – zapytał Rozruba.

– Hmmm,…. Zastanowię się. – odpowiedziała matka- Wiesz, w tym wszystkim czuję się tak, jakby mnie dziadzio wyprosił z domu…

– Nie przesadzaj! – Małżon wszedł właśnie do pokoju i dołączył do rodzinnej debaty. Wędkowiec miała wrażenie, jakby wychynął zza kulis sceny w  jakiejś dobrze wyreżyserowanej sztuce teatralnej.

– ??? Żartujesz sobie. Wiesz, nawet w więzieniu kobiety mają prawo wychowywać dzieci po swojemu…A co dopiero u kogoś w gościnie.

– Kompletnie się nie przejmuj. Już rozmawiałem z ojcem. Ale zdaje się ma gorsze dni i nie dociera do niego. Unieś się na wyżyny i odpuść. No… To jak będzie?

– Sama nie wiem. A honor?

– A rodzina, mamuś? – zapytała Wiktorka wychylając nos spod kołdry.

– A w ogóle, to demokratycznie rzecz ujmując, chodź na wieczorny spacer z Faflonem i Klapicką. Oni tez potrzebują tej tam…no miłości i troski – Małżon uśmiechnął się zawadiacko i szerokim gestem zaprosił Wędkowiec do przedpokoju.

– TEŻ? – Wędkowiec na moment wrosła w podłogę…- Znaczy ktoś jeszcze potrzebuje tej tam…? -dukała zupełnie bez składu.

– To ja już sobie sama tę herbatkę, a wy sio – bełkotała Wiktorka, przemykając z tyłu pleców matki i dając im delikatnego dubla.

– No możesz iść mamo, jak mi obiecasz, że tu wrócisz – dodał Rozruba.

 

Spacer z psami trwał dobre dwie godziny . O godzinie 23 z minutami, żadna szanująca się Wędkowiec nie wraca z plecaczkiem do żadnego mikroskopijnego mieszkanka, choćby nie wiem jak głęboko miała zakorzenione poczucie własnego honoru.

Rodzina w komplecie, choć między Wędkowiec a teściem grobowy chłód. No cóż…Demokracja to demokracja. A totalitarnie focha można strzelić nie tylko na własnym podwórku…

 

Źródło: doświadczenia własne autorki.

 

 

Inne zapisy autora:

0

Bez kredek we lbie
Bez kredek we lbie

Matka-Polka-galopka. Na marginesie - matematyk, księgowa. Staram się nie politykować, nie mam do tego predyspozycji, wolę ... obserwować, wyciągać wnioski, przyglądać się i opisywać. Poczucia humoru nigdy za dużo, nawet sam Pan Bóg je posiada, więc czemu nie człowiek?

20 publikacje
10 komentarze
 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

 
Authorization
*
*
Registration
*
*
*
Password generation
334816