20092017Nowości:
   |    Rejestracja

W poszukiwaniu magii życia


Mieczysława Goś: Niedawno – 14 I 2017 r. – byliśmy świadkami wernisażu Pani obrazów, wykonanych w formie grafiki komputerowej, pt.: „RZECZYwistości”. (http://www.siemysli.info.ke/nasza-przedmiotowosc/). Proszę opowiedzieć coś o swoich grafikach; co jest dla Pani istotne w procesie ich tworzenia?


101_0012


Lidia Gajek:
Zacznę od tego, że bardzo ważnym dla mnie pierwiastkiem w procesie twórczym – tak w ogóle – jest humanizm. Odnoszę wrażenie, iż na wielu płaszczyznach sztuki współczesnej zbyt dosłownie potraktowano hasło: „Sztuka dla sztuki”. Sztuka powinna być dla ludzi –  nie odwrotnie – jak to czasem czynią artyści, uprawiając męczeństwo dla idei jej wolności, albo organizując różnego rodzaju akcje happeningowe, przesycone bezsensem i próbami szokowania. Mówiąc o tym wspomnę np. wyczyny pewnego reżysera, który jakiś czas temu otrzymał we Wrocławiu nagrodę, zwaną „Nowe Rzeczywistości Teatralne” za swoje teatralne wystąpienia. W czasie owych „artystycznych praktyk” męczył a nawet mordował zwierzęta na oczach widowni.

 M. G. : Czy to oznacza, że neguje Pani hasła niezależności sztuki od innych dziedzin życia?

 L. G. : Wydaje mi się, że hasła wolności sztuki mogą (chociaż nie muszą…) doprowadzić nas do bezsensownych – a nawet niebezpiecznych rejonów. Fakt – zaczęło się (mówiąc zwięźle) od pozytywnych idei sprzeciwu wobec utylitaryzmu w sztuce w XIX w., ale należy pamiętać też o tym, iż sztuka jest tylko jedną z form ludzkiej działalności i sama jako taka nie jest podmiotem. Dlatego w jej kontekście nie można mówić poważnie o wolności. Wolność może być rozpatrywana tylko w kontekście człowieka – podmiotu. Jeśli on będzie wolny, sztuka – siłą rzeczy – też. Dlatego tak trudno dosięgnąć ideału (mrugnięcie). Nie wiem i nie chcę się nawet domyślać, dlaczego odwrócono ten porządek. Taki duch czasów? Duch odhumanizowania, zwrotu w stronę unicestwienia tego, co podmiotowe? Jeśli mówię o sztuce humanizmu, to mam na myśli również komunikatywność jej przekazu. Niektórzy współcześni artyści tak bardzo ją odhumanizowali i zagarnęli, iż można pokusić się o stwierdzenie, że bytuje ona w obszarze „nieba dla wybranych” (nawiasem mówiąc, jest to tytuł jednej z moich prac). Chociaż odnoszę również wrażenie, iż ci, którzy owo „niebo” tworzą, trochę się pogubili, stojąc na głowie i depcząc po tym, co „niebiańskie”. Na szczęście nie jest to regułą. Jednak martwi mnie fakt, że dziś wrażliwy, przeciętny (w pozytywnym sensie), nawet wykształcony człowiek, pochyla głowę i mówi „Ja się na tym nie znam. To nie dla mnie. Nie znajduję w sztukach wizualnych niczego dla siebie…” itd. A przecież sztuka, kultura – powinny być dla ludzi! Powinny pobudzać do myślenia, refleksji, powinny rozwijać, inspirować, dawać ludziom energię… i mówiąc o tym nie mam wcale na myśli kultury masowej – to skrajność. A skrajności – jak wiemy – nikomu nie wychodzą na zdrowie. Ale to jest moja wizja, do której oczywiście nikogo nie zmuszam. Dlatego cokolwiek robię: piszę, czy tworzę obrazy – zawsze staram się pamiętać o komunikatywności, w miarę zwięzłej trafności myśli. Dlaczego zwięzłej? Bo musi tam być przestrzeń na coś jeszcze. Na ciszę i COŚ, co zapraszam do moich prac, chociaż nigdy nie wiem, czy to zaproszenie zostanie przyjęte. Mówię tu o sferze sacrum, której w głębi duszy wszyscy jesteśmy nośnikami. Bo sacrum mieszka „w sercach”. I zawsze chylę przed nim czoła (chociaż irytują mnie te wymądrzające się łacińskie określenia). Przez wiele lat zastanawiałam się, czy tworzenie w moim przypadku ma w ogóle sens. A jeśli tak, to co powinno być ważne, czym się kierować na tej drodze? Nieraz na przestrzeni mojego życia, zapuszczałam się w jakieś głębokie meandry myśli, słów, ale w pewnym momencie zapytałam samą siebie, dla kogo to robię, jeśli to nie jest zrozumiałe? Nikt nie przeniknie mojego subiektywizmu i vice versa. Jeśli tak, to po co to wszystko? Wyłącznie dla siebie? Dla własnego ego? Dla mnie to za mało. Często pojawiało mi się w głowie pytanie: jak dotrzeć do człowieka z ważnym przekazem, aby zachować ową komunikatywność a jednocześnie nie zbanalizować tematu i czuć, że nikogo nie okłamuję – włącznie z samą sobą (mrugnięcie)? Dlatego też przez wiele lat dałam sobie spokój z jakąkolwiek twórczością, chociaż fakt – czułam czasem niedosyt… To było trochę tak, jak wtedy, gdy widzisz dojrzewający na drzewie owoc, masz na niego wielką ochotę, ale posiadasz również świadomość, iż nie nadaje się on do zjedzenia, bo jest po prostu niedojrzały. W tym wypadku nie wiesz nawet czy on kiedykolwiek dojrzeje.

 M. G. : Ale w pewnym momencie sięgnęła Pani jednak po ten owoc?

 L. G. : Na to wygląda… (śmiech) Czy jest wystarczająco dojrzały? Nie wiem. Ale stało się to długi czas po tym, gdy doszłam do wniosku, że nie będę zajmować się sztuką, bo to mnie przerasta. „Otrzepałam ręce”, „odwróciłam się na pięcie” i dałam sobie spokój.

 M. G. : A jednak zmieniła Pani zdanie?

 L. G. : Chyba tak…(śmiech). Obok praktycznej i niełatwej rzeczywistości, otoczyłam się ciszą – zawsze miałam wrażenie, że najwięcej słów „zasiano” w ciszy, a np. w przestrzeniach, w przedmiotowej „nieobecności” (ale też w naturze) jest jakaś obecność, jest jakaś myśl, świadomość… I w pewnym momencie stało się tak, że w tej ciszy wcześniejsze wątpliwości i pytania gdzieś zniknęły, sięgnęłam po „pióro”, bo poczułam, że dzieje się coś ważnego, coś, co muszę przekazać i przez głowę zaczęły przepływać mi historie KA – surrealistycznej istoty, szukającej w naszej rzeczywistości sensu życia. Tak powstała moja pierwsza powieść pt.: „Dzień dobry – czy to Świat?”. Powieść ta wciąż czeka na wydanie, mimo kilku publikacji fragmentów w pismach literackich, ponieważ żadne komercyjne wydawnictwo nie zaproponowało mi tego. Wszak pojawiły się tam pytania egzystencjalne, które współczesna propaganda „człowieka sukcesu” stara się w ludziach zagłuszyć. Z kolei wydawnictwa niekomercyjne nie były w stanie ponieść kosztów promocji i dystrybucji. Sądzę, iż w tej powieści udało mi się opowiedzieć o ważnych sprawach „lekkim”, zwięzłym językiem bez przesadnego filozofowania (mrugnięcie) i sprowokować czytelnika do refleksji. Książkę tę dedykowałam wszystkim wrażliwym osobom o humanistycznych predyspozycjach i poczuciu humoru. Tym, którzy „trochę nie są z tego świata”. Przedział wiekowy: 15-90 lat (nie dyskryminując 100-latków)… (śmiech). Ma ona działać na różnych poziomach… Pisząc ją, słowa płynęły, myśli same układały się w śpiewne metafory i prowadziły gdzieś… a ja po prostu podążałam za nimi. Wiem, że okres pisania powieści, był jednym z najważniejszych momentów (długie miesiące…) mojego bardzo niepewnego – w sensie materialnym – życia.

 M. G. : Ale pomówmy może o grafice.  Jak wyglądała Pani „przygoda” z grafiką?


L. G. :
Niedługo po napisaniu „Dzień dobry…” wróciłam do tworzenia grafik, które początkowo (lata 90. XX w.) były publikowane w „Wiadomościach Uniwersyteckich”, jeszcze przez śp. prof. S. Symotiuka. Grafiki te wykonywane były piórkiem i tuszem. Pamiętam,iż kiedyś prof. Symotiuk zapytał: „Co takiego wydarzyło się w Pani życiu, że one są tak przejmująco smutne?”. Wtedy rzeczywiście takie były i fakt – wiele się wydarzyło… W tamtym okresie, nie miałam jeszcze wypracowanej techniki, ale myślę, iż już wtedy ich przekaz był dosyć silny. Wielu uważnych (jak sądzę) ludzi, po latach, przypominało mi te prace, o których ja sama zapomniałam…(śmiech). Tak naprawdę obrazy, które można jeszcze do 15.02.2017 roku oglądać na wystawie „RZECZYwistości” w galerii ACK UMCS „Chatka Żaka” w Lublinie, są zaledwie częścią tego, co od mniej więcej 20 lat nie mieści mi się w głowie…(śmiech), a co starałam się ignorować z różnych powodów… Te ostatnio pokazane, istniały już w różnych wersjach szkicowych, modyfikowanych w technicznym sensie, wiele razy. Wspomnieniem tego procesu jest praca „Nie dajmy się pozabijać” – z młotkiem i walczącymi gwoźdźmi, która – jak zapewne zauważyliście – różni się w sensie technicznym od pozostałych prac. Cykl prac prezentowanych na tej wystawie powstał przez łączenie elementów, pochodzących z różnych zdjęć, czasem malowania w Photoshopie, aby stworzyć z nich konkretne kompozycje w celu przekazania treści i atmosfery, odnajdywanej w umyśle. W procesie ich tworzenia stosuję techniki reklamowe, ale ze skutkiem innym niż reklama. Stawiam na myśl niekomercyjną, przekaz wewnętrzny, próbuję wyrazić klimat, który mnie ogarnia i owszem – w tych często surrealistycznych scenach, bohaterami są przedmioty-podmioty, w całej swej materialnej wyrazistości. Nikt nie ma wątpliwości, że tu… mamy kieliszek a tam kubek, z wyrastającym z jego wnętrza miastem (a konkretnie mostem im. Marszałka J. Piłsudskiego w Krakowie i budynkami za nim). Jest też kobieta, która z pewnych powodów stała się krawatem…, dozorca w chłodne poranki wymiatający liście, cóż! Samo życie! Ale mają one też w sobie dużo teatralności, bo co lepiej opowie nam o rzeczywistości niż sam teatr? Z kolei reklama zawłaszczyła nasze postrzeganie. Przerysowując zmysłowe piękno rzeczy odarła je z naturalności, tajemnicy, prawdy… RZECZYwistość została zakłamana. RZECZYwistość stała się wyłącznie przedmiotem konsumpcji. Nasze patrzenie, myślenie – bardzo często nie przekraczają jej granic. We wszystkim widzimy wymiar praktyczny. „Szczękami oczu pożeramy” wszystko. A przecież „Nie jestem konsumentem – jestem człowiekiem”… ktoś kiedyś napisał na prawdziwym fragmencie muru.


M. G. : Co dalej z Pani twórczością. Ma Pani jakieś plany na przyszłość?


L. G. :
Powoli i w mozole (pewnie inaczej się nie uda…) chcę jakoś iść do przodu…, ale czy to będzie droga do kolejnych wystaw? Czy pojawi się szansa na publikację powieści, która to sprowokowałyby mnie do dalszego opowiadania moich historii? Nie wiem. Będąc mną, chciałoby się mówić i przekazywać klimat tych światów – odbieranych i stwarzanych (?); dawać innym magię, która rodzi się w kontakcie z prawdziwym życiem; inspirować – tak jak sama zostałam zainspirowana przez książki, obrazy, teatr, muzykę, kino… Ale czy zewnętrzna rzeczywistość pozwoli, aby to się kiedyś jeszcze wydarzyło..?

M. G. : Życzę pomyślności w spełnieniu tych planów i bardzo dziękuję za rozmowę. 

 L. G. : Również dziękuję.

Rozmawiały: Lidia Gajek i Mieczysława Goś

Na fotografii Lecha L. Przychodzkiego od lewej: M. Goś i L. Gajek

Za: http://www.siemysli.info.ke/

Napisane przez:

Kontakt: dorota.jankowska@3obieg.pl

Dziennkarz w 3obieg.pl/ , Interia360

 

Podziel się z innymi

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Dodaj komentarz

 

300754