21092017Nowości:
   |    Rejestracja

Trzech panów na uchodźstwie. Pranie mózgów


Powoli ogarnia mnie szaleństwo – ponoć charakterystyczne na tym etapie emigracji. Nic wielkiego – po prostu robię rzeczy, o które w życiu bym się nie podejrzewał. Mój pracodawca poddał mnie tradycyjnemu w tej kulturze praniu mózgu. To znaczy próbował poddać. Mnie za to udaje się empirycznie potwierdzić grawitacyjną dylatację czasu.


letter in a bottle on the beach

Drugi dzień siedzimy z Marcinem w pustym, bez naszych emigracyjnych przyjaciół, pokoju. Rozmawiamy – a jakże! – o kobietach. Kwestię rozmów o pieniądzach i ojczyźnie rozwiązujemy jednym wspólnym postanowieniem, że skoro nie ma o czym, to nie gadamy. Kobiety pojawiają się w kontekście wyjazdu Marcina do Manilii, do narzeczonej. Bo jednak zdecydował się i kupuje przez internet bilet lotniczy – próbuje ustalić termin odlotu.

– Powiem ci tak między nami, że zatrzymam się w Bangkoku – mówi. – Jakie tam są kobiety piękne!

– I transwestyci – dodaję pod nosem, bo Marcinowi często zdarza się o nich mówić.

Marcin patrzy na mnie czujnie i rzuca: – Kobiety cię zgubią.

– Nie rozumiem związku. Czemu mają mnie zgubić? – dociekam.

– No bo cały czas rozmawiasz z nimi w pracy, masz wiele dzieci – wyjaśnia nieskładnie. – W końcu cię zgubią. Zobaczysz, że tak będzie.

Teraz to już nie jestem pewny, czy nie ma w jego słowach ukrytej promocji tajskich transwescytów. Przypominam sobie internetową mądrość: „kolega, kiedy ogłosił że jest homoseksualistą stracił wielu przyjaciół. Ja nigdy nie odwróciłem się do niego plecami”. Ale kiedy dyskretnie zerkam, robiąc herbatę, na monitor Marcina robię się spokojny. Kryterium wyboru linii lotniczych jest… uroda stewardes.

Nie latam na szmacie. Dbam

Cały dzień spędziliśmy na szkoleniu – w końcu pracujemy w miejscu, którego nazwa jest najlepiej rozpoznawalną marką na Wyspach Brytyjskich. Wygrywa z Coca Colą i McDonald’sem. Pracodawca wymaga od wszystkich zachowania jednolitych standardów. Nie tylko w kostiumach, ale również w zachowaniach wobec gości. Całe szkolenie trochę trąci entuzjazmem z Amwaya. Uśmiechające się panie, zgodznie z dzisiejszą nowomową, jak Europa długa i szeroka, określające się couchami przekonują między innymi mnie, że powinienem być ciągle uśmiechnięty i otwarty, uczą mowy ciała i tegoż właśnie uśmiechu…

– Ale ja latam na szmacie – delikatnie oponuję. – Mnie to goście widzą raczej sporadycznie. Moja rola jest, powiedziałbym, podrzędna.

Próba wyłgania się ze szkolenia spełza na niczym. I tak nie mogę narzekać, bo przez szkolenie, spędzam większą część dnia z daleka od szmaty i zmywaka. Miła odmiana.

– Ale hej! Przecież możesz zostać barmanem! – sztucznie uśmiechnięta Bev macha rękami i roztacza przede mną wizję rychłej kariery. – Poza tym twoja rola jest ogromnie ważna w naszej organizacji. Ty wcale nie pracujesz na zmywaku. Ty dbasz o to, żeby goście mieli czyste, lśniące wręcz nacznia i cieszyli się bezpiecznym jedzeniem. Pamiętaj, że jesteś częścią drużyny.

No tak… Semantyka. Tak też można. – Słuchaj Bev, nie mam kłopotów z niedowartościowaniem – delikatnie przerywam słowotok mojej rozmówczyni. – Ale zawsze lubiłem nazywanie rzeczy po imieniu. Latam na szmacie i mam się z tym dobrze. To nie znaczy, że nie marzę o lepszej pracy, choć może nie jestem pewny, czy barman jest Mont Everestem tych marzeń. Nie wiem też, czy rozentuzjazmowan barman jest najlepszym rozwiązaniem biznesowym. W Polsce często barani pełnią rolę spowiedników. Dlatego, że nie uśmiechają się sztucznie w czasie pracy…

– Ale nie jesteśmy w Polsce.

Szkolenie po kilku godzinach zaczna mnie męczyć. Bo co uśmiechnięte trenerki mogą wiedzieć o macierzyństwie? A właśnie teraz mówią mi o czym marzy młoda matka, która przyjechała do tutejszego hotelu na weekend, czy urlop.

– Żeby zostawić dziecko pod troskliwą opieką i odpocząć parę godzin? – rzucam cicho.

– Wcale nie! – to kolejna trenerka. Na oko 22 lata, uśmiech niemal dookoła głowy. – Otóż marzy o tym, żeby dobrze się z dzieckiem bawić.

Ciekaw jestem, co powiedziałyby na to młode mamy moich dzieci. Kolejne pytanie dotyczy marzeń samych dzieci. Otóż, o co może zapytać sześcioletni chłopiec?

– Czy można z procy postrzelać do ptaków – to mówię mimowolnie. Jak byłem sześciolatkiem, to właśnie oznaczało dla mnie najlepszą zabawę. Ptaki bawiły się mniej, ale trzeba mi oddać, że w całej karierze młodego procarza nie trafiłem w żadnego, jeśli nie liczyć koguta u mojej cioci na wsi. Kogutowi należało się, bo próbował mnie podziobać, więc w słusznej wendettcie wysłałem go do garnka.

Najwyraźniej brytyjscy chłopcy mają inne marzenia. – Na przykład szukają słodyczy – słyszę.

Szkolenie ma jeszcze jedną dobrą stronę. Jem firmowy lunch za trzy funty – normalnie nie mógłbym sobie pozwolić na takie szaleństwo. I poznaję ogródek dla palących pracowników.

Sasza w spódnicy

Dotychczas paliłem w ukrytej przy śmietniku palarni wyposażonej przez pracodawcę w doniczki z piaskiem pełniące rolę popielniczek. Dwie godziny później wchodzę do tej palarni – ogórdek okazał się przereklamowany – i spotykam dwie, na oko 20-letnie dziewczyny. Identyfikator jednej z nich informuje mnie, że ma na imię Sasza.

Uważnie studiuję posturę długowłosego stworzenia. Wszystko ma na miejscu – delikatne ręce, biodra szersze od ramion, piersi i czoło bez łuków brwiowych. Moje uważne oglądanie nie jest odebrane najlepiej.

– Masz na imię Sasza. A to męskie imię – wyjaśniam widząc pytające i gniewne spojrzenie.

– Tak, wiem. Ale moja mama uznała, że tak będzie ładnie. Zajmuje się wyszukiwaniem dziwnych imion – odpowiada niewiasta już z uśmiechem. Jej koleżanka jest z pochodzenia Hinduską.

– Nie, nie mam męskiego imienia – uśmiecha się odwracając identyfikator. To Sandra.

Kiedy dziewczyny odchodzą do swoich zajęć wyciągam kolejnego papierosa. Tym razem chcę zapalić w spokoju. Nic z tego – do palarni wchodzą dwie Polki, Marzena i Urszula. Poznałem je dzień wcześniej, kiedy wracałem zmęczony do domu. Marzena próbowała przybić wkrętakiem śrubkę do ramy okna pokoju po sąsiedzku, do którego właśnie się wprowadziła.

– Ojej, to nie tak – rzuciłem się do pomocy. – Odebrałem jej wkrętak i przykręciłem śrubkę.

Przez chwilę rozmawiamy. Wygląda na zmęczoną życiem i schorowaną. Mówi o swoich córkach, które zostawiła same w Polsce. Jedna z nich dała jej wnuka. Druga jeszcze nie myśli o dziecku. Obie mają partnerów – bliźniaków. Jednojajowych.

– Nie boisz się, że się córki podmieniają chłopakami? – uśmiecham się.

– Myślę, że nie. Ale i tak wolałabym o tym nie wiedzieć.

Umawiamy się późnym wieczorem na ławce przed barakiem. Chcę ją zapytać, dlaczego wybrała emigrację.

– Wyjechałam na cztery tygodnie, bo miałam dwie małe córki na utrzymaniu, z czego jedna jest lekko niepełnosprawna i musi brać lekarstwa za 300 złotych miesięcznie – mówi. – Ale zostałam na sześć lat i chyba już tu zostanę na zawsze.

Marzena sprząta pokoje hotelowe. I tak naprawdę ma na imię Marzanna. Ale woli, jeśli mówić do niej Marzena. – Wiesz, mojego prawdziwego imienia wszyscy raz w roku nienawidzą. Topią mnie każdej wiosny – mówi. I dodaje: – Wątpliwa przyjemność.

Ma 47 lat, nowotwór i czaszkę uzupełnioną metalową płytką po niedawnym wypadku samochodowym. To uzupełnienie zmieniło jej życie. Bo od operacji musi unikać lotnisk. Tłumaczenie się strażnikom i wyciąganie dokumentacji medycznej za każdym razem, to nie dla niej. Do Anglii przyjeżdża autobusem – z Krotoszyna, 32 godziny w jedną stronę.

Tułaczka mamy

– Nie jestem patriotką – zastrzega od razu. – Zmęczyła mnie Polska. Byłam tam biedna i doprowadzona do sytuacji, kiedy, żeby zachować dzieci przy sobie, musiałam je zostawić same i przyjechać tu. Przyjechałam tak, jak stałam. Bez telefonu, bez znajomości. Nawet bez paczki papierosów. W Polsce spotykały mnie wyłącznie upokorzenia. Ze strony byłego męża, który często zapominał o alimentach, ze strony urzędników, sądów, służby zdrowia. Mam nadzieję, że dojadą do mnie córki i też zostaną. Z mężami, czy bez.

Historia Marzeny jest przejmująca. To chodzący smutek, bo w maju pochowała najbliższą przyjaciółkę, której pękł krwiak w mózgu. Później dowiedziała się o czerniaku, miała operację. W końcu uderzyła samochodem w drzewo. Tu, w Anglii, za sześć lat nabierze praw emerytalnych. I co miesiąc królewski budżet wypłaci jej równowartość dwóch tysięcy złotych. W funtach. W Polsce po ostatniej reformie czekają na nią jeszcze dwie dekady pracy. Przez jej tułaczkę córki odmówiły pójścia na studia. – A z tobą mamo nie pracują koleżanki po studiach? Nie sprzątają pokojów? – pytały. Sprzątają. Jak raz większość pokojówek w wieku Marzeny to panie z tytułem magistra przynajmniej.

Marzena pali jak smok. Odpala jednego od drugiego. Za chwilę zauważam, że robię podobnie.

– Co to za papierosy? – interesuje się w pewnym momencie trzymaną przeze mnie paczką.

To taki testament, który zostawił mi Patryk, 20-letni kucharz, który zrezygnował z pracy zaszczuty przez kolegów-Polaków. Papierosy „Fest” z białoruską akcyzą kosztują w moim miasteczku trzy funty. Legalne „Marlboro” – niemal 10 funtów. „Festy” można kupić tylko w jednym sklepie, prowadzonym przez Pakistańczyka. Jest w nim mydło i powidło – dla Brytyjczyków artykuły kolonialne. Obok węgierskich zupek chińskich i pasty paprykowej kusi wchodzących sok Tymbark i kiebłasy z Sokołowa.

Pakistańczyk sprzedaje „Festy”, ale tylko pod warunkiem, że kupującego przyprowadzi znany klient. Sama sprzedaż odbywa się jak w filmie – sprzedawca trzyma papierosy przez ułamek sekundy i natychmiast wpycha je na siłę w ręce klienta. Jeśli się klient nie wykaże refleksem, to wyjdzie z niczym, a papierosy znikną pod ladą. Po pozbyciu się paczki papierosów Pakistańczyk inkasuje należność. Oczywiście, o paragonie nie ma mowy.

Bez względu na to, ile w nich nikotyny i substancji smolistych, zaprzyjaźniam się z nimi i bez wstydu zapominam o bardziej eleganckich papierosach, które paliłem w Polsce. Fajkę nabitą tytoniem zostawiam sobie na nocne spacery. W ciągu dnia budzi zbyt duże zainteresowanie i kolegów z pracy, i przyjezdnych Anglików.

Bójka z drzwiami od łazienki

Rzucanie palenia jest jak budowanie nowych związków. Można nabrać praktyki i w jednym, i w drugim. Tyle, że w pewnym wieku już się po prostu nie chce. Zresztą, na emigracji, papieros pełni – jeszcze bardziej, niż w Polsce – funkcję społeczną. Przy papierosie się plotkuje, papieros pozwala na zaczepienie obcej osoby pod byle pretekstem i nawiązanie rozmowy. Samotni, spracowani i często mieszani z błotem Polacy potrzebują pretekstów do zaczepiania takich bratnich dusz, żeby po prostu móc się wygadać, albo – często – napić wspólnie piwa.

I nie przeszkadzają ostrzeżenia o nadciągającym kataklizmie dla organizmu palacza. Nawet te brytyjskie – ze zdjęciami żrartych rakiem płuc, młodego człowieka na stole sekcyjnym, czy rąk młodej osoby wyglądających na ręce 100-letniej staruszki.

Z pewnością kiedyś rzucę – obiecuję sobie wychodząc na kolejnego papierosa, kiedy baraki imigrantów z Polski, Węgier, Słowacji i krajów bałtyckich pogrążają się we śnie. Zostały mi w paczce tylko cztery. Jutro, jak raz, czeka mnie wędrówka do Pakistańczyka.

Przed wyjściem dziarskim krokiem maszeruję do łazienki. Ciemne drzwi ubikacji w ciemnym przedpokoju są praktycznie niewidoczne – walę więc w nie twarzą z całej siły. W życiu nie byłem bardziej zdziwiony. Przez chwilę widzę wszystkie gwiazdy w naszej galaktyce…

No pięknie! Z nosa i z czoła płynie mi krew. Jak znam swoje szczęście, jutro będę miał solidną śliwę pod okiem i dołączę do licznych zastępów Polaków uznanych za bitnych ulicznych wojowników z pogrążonych we śnie miasteczek Wielkiej Brytanii. Trudno, jakoś się z tego wytłumaczę. W prawdę, oczywiście, nikt mi nie uwierzy.

To i tak jeszcze nie najgorzej, bo w ciagu dnia, w roztargnieniu, udaje mi się rzuć na ziemię sześćdziesiąt talerzy, ale potłuc z tego jeden. Wieczorem – zrzucam sześćdziesiąt kubków i zostaje z tego pięć.

Talerze przy moim zmywaku pakuje się do specjalnych elektrycznych suszarek, w które opuszcza się je po sprężynie wzdłuż ścianek. Sprężyna jest po to, żeby wypchychać ponadprogramowe talerze z szuszarki.

W każdej przemsłowej zmywalni przez środek pomieszczenia biegnie rynna, ku której nachylają się podłogi z obu stron. To rozwiązanie, pomocne w sprzątniu, jest jednak pułapką dla nieuważnych pomywaczy, o czym przekonałem się widząc, jak moja suszarka z talerzami mknie w stronę środka podłogi, żeby po chwili przewrócić się z hukiem i całą zawartością. Straty – jeden talerz. Pracodawca wziął pod uwagę taką stratę w swoim biznesplanie.

Nie przewidział jednak, że jednym rzutem polski imigrant pozbawi go 54 kubków. To spotyka mnie wieczorem, kiedy na odchodne dostaję bojowe zadanie umycia 400 kubków. Ustawiam je w specjalnych pojemnikach – jeden na drugim – i wkładam do maleńkiej zmywarki w niewielkiej kawiarni, gdzie mnie oddelegowano. Na szczęście jestem sam i kiedy łokciem strącam jeden z pojemników, nikt tego nie widzi. Upadek kubków brzmi dla mnie jak grzmot – później okazuje się, że w kuchennymm jazgocie nikt go nie usłyszał.

Ja zaś odkrywam, że Albert Einstein pisząc w swoich teoriach względności o grawitacyjnej dylatacji czasu miał cholerną rację. Chodziło mu z grubsza o to, że w zetknięciu z grawitacją czas zwalnia.

I w jednym, i drugim przypadku kiedy na podłogę leciały porcelitowe naczynia – ciążąc ku niej siłą grawitacji właśnie – czas się zatrzymał. Wszystko zamarło – a ja mogłem w ułamku sekundy policzyć wszystkie mknące na spotkanie z naszą planetą naczynia. Co więcej – czas zwolnił na tyle, że mogłem z grubsza przewidzieć trajektorie tych talerzy i kubków, oraz, już później, ich skorup. Po upadku czas przyspiesza. Ja zaś zauważam, że właśnie przeprowadziłem doświadczenie potwierdzające przewidywania ojca współczesnej fizyki. Przeprowadziłem je dwukrotnie – w różnych warunkach. Czyli potwierdziłem teorię empirycznie.

Badam Węgrów

Dzisiaj, po pracy, jestem gościem w pokoju Tamasa, Węgra z którym już raz rozmawiałem o powodach jego emingracji. Tymczasowej emigracji, jak podkreśla.

– Potrzebuję twojej pomocy – proszę go jeszcze w drzwiach. – Chcę zbadać waszą grupę, pogadać z ludźmi, poznać ich historie. Muszę mieć twoje wsparcie, szczególnie w rozmowach z dziewczętami. Bo mam wrażenie, że jak je zaczepiam, to myślą, że moje pisanie o emigracji to lekka ściema, a tak naprawdę chodzi mi o szybki numerek. Jak wspominam, że mam dużo dzieci, poukładane, choć rozbite życie, to patrzą na mnie jak na czuba.

Tamas śmieje się. Ale obiecuje pomoc. Węgrzy są bardzo silną i zwartą grupą. Nie tylko tutaj, ale w całej Wielkiej Brytanii. Żyją innymi, niż Polacy marzeniami. Raczej nie politykują i większość z nich jednak chce wracać.

Inaczej, niż my, jadą na Wyspy od razu albo rodzinami, albo jako przyszłe małżeństwa. I tu zaczynają się schody.

– Te związki się rozpadają, małżeństwa też – mówi Tamas. – Nie wiem tak naprawdę z czego to wynika. Ludzie, którzy powinni być ze sobą do grobowej deski, którzy pasowali i pasują do siebie, raptem znajdują kogoś innego. Odchodzą od siebie. To są potężne dramaty.

Za ścianą pokoju Tamasa mieszka jego kolega. Przyjechał na południe Anglii ze swoją narzeczoną. Pracowali razem, planowali przyszłość, ślub. Aż pewnego dnia narzeczona powiedziała, że odchodzi. Odeszła dwa baraki dalej. Przyjaciel Tamasa, chłop wielki jak dąb, płakał całą noc jak dziecko.

– Wiesz, przez to że generalnie trzymamy się w kupie (choć tu akurat jesteśmy do tego zmuszeni przez okoliczności), żyjemy trochę jak w Big Brotherze. Wszyscy wszystko o sobie wiedzą, zacierają się tajemnice, zanika intymność – mówi. Nie podoba mu się to, co dzieje się w węgierskiej wspólnocie. I obiecuje mi, że wprowadzi mnie w środowisko. Dajemy sobie kilka dni.

List w butelce

Wczoraj w nocy wysłałem list do Polski. I do Neptuna. Przed wieczornym spacerem tknęło mnie, że jeśli trafię na odpływ, to warto będzie zapakować list do butelki i wrzucić do morza – takie niespełnione marzenie z dzieciństwa. List oczywiście pisany odręcznie. Postanowiłem pozdrowić Neptuna i tego, kto list wyłowi ze spokojnych wód kanału La Manche. Później, już na smutno, napisałem list do Polski – pożegnalny. Chyba jednak nigdy nie zechcę wracać do kraju, w którym siepacze ze stanu wojennego dożywają spokojnej starości a ludzie, zaszczuci brakiem pracy i prespektyw, zamieniają się w zawistne i lękliwe zwierzęta.

Kiedyś próbowałem wysyłać listy w butelkach. W latach 80. namówiony w „Teleranku” przez kapitana Baranowskiego, na koloniach nad Bałtykiem z uporem godnym lepszej sprawy wrzucałem codziennie po kilka butelek z listami. To były listy do Szwecji. Wrzucałem je, a one ani myślały odpływać. Wszystkie, jeden po drugim, fale wyrzucały na brzeg – głupiego robota. Nie poddawałem się, aż spisał mnie pewien milicjant, który ani nie uwierzył w moje opowieści o „Teleranku”, ani nie widział nic romantycznego w takiej formie korespondencji. Uznał mnie za niebezpiecznego chuligana, spisał z legitymacji szkolnej i za ucho zaprowadził do wychowawcy z kolonii. Od tamtej pory, do wczoraj, nie pamiętałem o listach w butelce.

Pomny doświadczeń z władzą ludową w Polsce lat 80. zanim wrzuciłem swój wczorajszy list, dokładnie rozejrzałem się za strażą wybrzeża Zjednoczonego Królestwa. I jednym z dwóch patroli policji z miasteczka.

Znajomy przez telefon mówi mi rano, że to pierwszy objaw szajby emigracyjnej. Personifikowanie kraju i odrzucenie. – Przejdzie ci – kwituje krótko. Ale chwilę później dodaje, że wcale nie ma na myśli zupełnego ozdrowienia. Raczej przejście w kolejny etap szaleństwa.

Dzisiaj tradycyjnie idę na wieczorny spacer. Z fajką nabitą tytoniem i kubkiem herbaty w ręku będę żegnał się z Polską i szeptał Brytanii obietnice. Tylko dlatego, że w ciemno przyjęła mnie w swoje troskliwe ramiona i staje się najpiękniejszym z moich marzeń…

Napisane przez:


 

Podziel się z innymi

Powiązane artykuły

Ilość komentarzy: 60 dla artykułu "Trzech panów na uchodźstwie. Pranie mózgów"

  1. rrrrrcccccc-jjjsdukdm pisze:

    Co nas obchodzą twoje zakichane kubki czy talerze czy Einstein. Hehehe !!
    Konkretnie jest tak. Papierochy w Anglii służą do tego zeby kompletnie zdebileć i robić to co inni. Jarać jak gupiu, pieprzyć gupoty i nic nie robić.
    Rzucanie fajek. Wróć, najpierw opcja oszczednościowa palenia. awiasz pół kilo tytoniu plus zestaw bibułek. Nie pal Festów, tego Białoruskiego gówna. 3 F ?!!!! Za fajki?!!!! Tytoń i skręty robić.
    Rzucani9e palenia. Idziesz do apteki (nie, nie po prezerwatywy, hehe !!) I kupujesz takie coś firmy Niquitin, to są takie naboje i plastikowa fifka do nich. Fifka jest z dwóch części, rozdziela się, wkłada nabój i spowrotem złącz fifkę, i ona dziurawi nabój i z niego wydostaje się zapaszek fajeczek. jakbyć jarł Kluboszczaka. A nie jarasz. Ale zaspokajasz głód. I nie palisz, nie chodzisz na palarnie. Korzyści: 1. zdrowie, zaczynasz mieć węch, brak kaszelku rano, satysfakcja i dowartoścowanie (jesteś lepszy od Parola który pali), poza tym parę funtów więcej codziennie w kieszeni a to jest baaaardzo poważny argument, nawet jak butelkę czy puszkę znajdziesz to bierz i spieniężaj. Każdy Pi jest ważny. Argument za rzuceniem najważniejszy – przestajesz siedzieć z kretynami na palarni i nie wtpiasz się juz w to bagno głupawych dyskusji , przy odrobinie spostrzegawczości nie portzeba ankiet żadnych żeby zauwazyć że to kretyni wszyscy, a tez jak przerwa jest i tak wszyscy żrą te ochłapy co se ze swoich chlewów przynieśli, i teraz mlaskają i to wprowadzają w otwory gębowe, bo im pozwolono żryć to żrą. Na komendę.
    Węgrzy – mnie śmieszą. Oni są j\ak Janosz Kadar. Jak pamietam kiedy on przyjażdżał do Polszy odwiedzić takiego naszego Kadara – towarzysza Gierka. Wszyscy Polacy przed telewizorami. Nie dlatego zeby lubili Kadara czy Gierka czy żeby byli komunistami. Komunistami pPolacy stali się dopiero za sprawą nieudolności i indolencji „działaczy” prawicy i za sprawą zanudzających bzdetó wymazywanych na NE, Salonie 24 i 3obiegu. Ale to na prawdę trudno nie być śzczerym komunistą jak się przeczyta tkiego Oparę, Wawrę czy innego gamonia. Więc ci Polacy czekali przed telewizorem bo ten Kadar lubiał tak do 50 minut pieprzyć bzdury (jeszcze gorsze niż Wawro) w telewizji. I ten język węgierski jest zajebisty do słuchania. Polaki se piw nakupili i słuchali. „Te, Zośka, zoba, jaki pajac, jakie dupek gupoty pieprzy, HEHEHE !!!” A Kadar na to ” Ojosz molosz wokolosz, szmolum szewrokijlo” i takie to codne było, takie wzniosłe, że piwko samo wchodziło. I dlatego Węgrzy mnie śmiesz. Ja nawet chyba wiem czemu im się rozpieprza to po przyjeździe. Oni jk to przyjadą to tak dziwnie na poważnie to biorą, trochę jak ten wuj M<at, co do siostrzeńca Gobo kartki słał. Ci Węgrzy myślą ze od razu Kraków zbudują. Rowery kupują zeby do roboty dojeżdzać i na autobusie oszczędzić. Z bardzo wydumne to w ich wykonaniu,. Nie wiedzą ze najlepiej czasem mieć wszystko i wszystkich W DUPIE. Wtedy da się przetrwać.
    A ty też uważaj z tymi ankietami, jak się zwiedzą te łotry z kuchni to zajarzą że ty lepsiejszy od nich chcesz być to ci popalić mogą dać. I tak nic się nie dowiesz żadnymi ankietami. Musisz pomieszkać parę lat i samemu nie zostać parchem. Więc daltego z plrni won, fajki wychoć, żebyć czasem marychy se nie doołozył która tu i ówdzie śmierdzi po palarniach.
    Nie szeptaj nic Brytanii bo to stara dziwka i cię oskubie z kasy tylko. Hehe !!

    • Tomasz Parol Tomasz Parol pisze:

      Czasem masz ciekawe komentarze, a czasem zachowujesz się jak wujek dobra rada. Nie rozumiesz, że dorośli faceci się nie pouczają tylko najwyżej dzielą doświadczeniem? Paweł niepalący to pół Pawła, jak ma zaczepiać, rozmawiać i zbierać materiały, na pastylki?

      • rrrrrcccccc-jjjsdukdm pisze:

        Paweł palący to może być zero Pawła. Akurat tam gdzie jarają non stop to niewiele maja do powiedzenia. Dzielę się doświadczenie, Paliłem i nie palę. I jest super. Materiały zbierac bez papierosów można.

    • Nagi w pokrzywach pisze:

      Kurdę, ale się niektórzy podjarali, aż czacha dymi !

      No bez sensu, bez sensu…
      Toż to tylko kawał (kawałeczek) literatury i jako taki trzeba ten tekst odbierać.
      Oj dzieci, dzieci…
      Nie lubię typów bez poczucia humoru. Od razu dają setki rad i w ogóle to taborety.
      Paweł, dobrze się czyta, masz fajny styl. Piję piwko i czytam, jest OK. Podoba mi się. Pozdrawiam

      P.S.
      A że na pierwszą stronę…to co z tego? Nie można się na okrągło polityką napierniczać, bo zgłupieć od tego można.

  2. Rusticulus Rusticulus pisze:

    To, że typ w depresji popełnia grafomanię można zrozumieć. Ale typ, który robi z tych bazgrołów hit dnia… Jeżeli mowa o Anglikach to są to pospolite brudasy. Weźmy dla przykładu mycie twarzy – nad umywalką sterczą dwa krany, jeden z gorącą, drugi z zimną wodą, brak połączenia pomiędzy kranami, zatem brak możliwości mieszania bieżącej wody do stosownej temperatury. Co należy zrobić? Ano zatykamy umywalkę korkiem, napuszczamy trochę zimnej, trochę gorącej wody i myjemy buźkę, spluniemy, nasmarkamy. Spuszczamy wodę. Podchodzi następny menel i powtarza operację, itd. Obrzydlistwo!

    • Tomasz Parol Tomasz Parol pisze:

      Spostrzeżenie z kranami celne, ale grafomania? Ty wiesz chociaż co znaczy to słowo? teksty Pawła się świetnie czytają, to kawałki bardzo lekko napisanej literatury faktu. Mamy chyba inną wrażliwość. Mnie np. pod grafomańskim tekstem nie chciałoby się pisać komentarzy. Tobie się chce? Brak konsekwencji czy szczerości?

      • common sense pisze:

        Ten komentarz do ktorego link podalem w poprzednim komentarzu wciaz oczekuje na moderacje – ktos tam z Was moderuje?
        A mialo byc komentowanie bez moderowania i bez cenzury, ech… :(

        • Tomasz Parol Tomasz Parol pisze:

          Nie moderujemy, natomiast jest to komunikat który wysyła system antyspamowy jeśli uzna, że coś może być spamem

          • common sense pisze:

            Mialem napisac bez logowania i cenzury (dobrze myslalem, a zle napisalem z pospiechu, sorry), tj. chodzilo o brak logowania, a co do cenzury to nawet, jesli robi to system antyspamowy to ona jest robiona wlasnie przez ten system (nie mowie ze to zle, tylko zwracam uwage, ze formalnie rzecz biorac to tez pewien rodzaj cenzury) – ciekawe tylko kiedy by moja wiadomosc ulegla w koncu moderacji, gdybym na nia tutaj nie zwrocil uwagi – moze komentarze innych ludzi tez sie podobnie nie pojawiaja, wiec czesc z nich tracimy?

      • Rusticulus Rusticulus pisze:

        Wrzucacie na czołówkę artykuł, no to kombinuję że coś ważnego i czytam. Po stracie kilku minut komentuję, chyba wolno mi? Co do szczerości to powiem jasno – tylko psy liżą się po du…., facetom nie przystoi.

    • common sense pisze:

      O ich kranach napisalem wiecej w tym komentarzu: http://3obieg.pl/trzech-panow-na-uchodzstwie-pierwszy-kryzys#comment-24236

  3. Tomasz Parol Tomasz Parol pisze:

    Paweł, nie wiem dlaczego, ale gdy czytałem ten odcinek przypomniało mi się „Jądro ciemności” Conrada. Podobny element szaleństwa i beznadziei. Z drugiej strony dobry jest ten element damsko-męski, bardzo interesujący dla czytelnika, choć zawsze kłopotliwy dla autora z poukładanym życiem osobistym. To ten element szaleństwa i tęsknoty, który jest bardzo intymny i dokuczliwy. Pamiętam, że gdy mieszkałem w Finlandii mój kolega tak zaczął tęsknić za swoją narzeczoną tak bardzo, że aż zaczął wywoływać duchy by dowiedzieć się co ona teraz robi – nie było jeszcze wtedy telefonów komórkowych, a i te zwykłe miał co 10-ty. Pewnego razu „duch” mu powiedział, że Baśka jest wyjechała do Lajkonikowa pod Krakowem (serio), to on wysłał jej kartkę pocztową z pytaniem „jak tam było w Lajkonikowie”. Wszyscy stwierdzili, że Darkowi odwala. Jego marzeniem było: „gdy przyjadę do Polski usiądę sobie w fotelu, każę Baśce się rozebrać do bielizny a potem będę patrzył, patrzył, patrzył” – Baśka była wtedy zgrabną wysoką platynową blondynką.

    Inni co nie mieli takiego punktu zaczepienia w Kraju kombinowali z Finkami – pasmo rozczarowań ponieważ szybko się zorientowaliśmy, że byliśmy głównie „produktem egzotycznym”, atrakcyjnym do zaliczenia dla dziewczyn z małej Multii. W finale uciekaliśmy przed nimi na łódce na pobliską wysepkę, gdy miały nas odwiedzić. Już woleliśmy siedzieć przy ognisku, pić piwo i gadać ze sobą niż być przedmiotem pożądania nachalnych, niezbyt urodziwych bab.

    • Marek.Lipski Marek.Lipski pisze:

      „Element szaleństwa i beznadziei”?

      Zarabianie,cieżka praca,dyscyplina to nie jest szaleństwo.

      Zwłaszcza w państwie z przepisami prawnymi dogodnymi dla wszystkich środowisk społecznych jakim jest Wielka Brytania.

      Tego brakuje w Polsce gdyż politycy w Polsce tworzą „swojską”dyktaturę,bardziej niebezpieczną aniżeli w PRL z jej pseudo komunistami.

      Tematy damsko-męskie były i będą.To nie jest temat tabu nawet jeśli są dzieci i autor czy inni mają żonę,która zna dziennikarską profesję.

      O tym wiedzą żony filmowców,muzyków,marynarzy,żołnierzy,pisarzy i informatyków.
      Ważna jest tylko bezwzlędna lojalność partnerska,zwłaszcza jak są dzieci.

      Mam nadzieję że Pan Paweł dojdzie do poziomu Maxa Kolonki a jego
      dzieci w przyszłości będą rozmawiać bez akcentu po …angielsku.

    • rrrrrcccccc-jjjsdukdm pisze:

      Halo, bo tam dwa działy dalej żona Pawła pisze i jak tu wejdzie to wam da do bielizny, hehe !!!

    • rrrrrcccccc-jjjsdukdm pisze:

      No nie, Jądro akurat może prędzej do Polski paasowć a nie do sytuacji Pawła po paru dniach w Anglii. Tu raczej Muppet Show by pasował. Hehe !!
      Nie ma Lajkonikowa żadnego. !!! Ale praca jest w Krakowie. Dużo pracy. szukają !!! Gnój od smoka wyrzucać. Hehehe !!

  4. Tomasz Parol Tomasz Parol pisze:

    Za dużo tych „elementów” wyszło mi w komentarzu. Można podmienić na „wątek” albo „nutę”.

  5. Nurcik Kuzynowski Nurcik Kuzynowski pisze:

    Nie bylem nigdy w Anglii i mam nadzieje, ze nigdy tam nie bede, Nie mam wiec zamiaru wypowiadac sie na tematy dotyczace specyfiki zycia w tym niby kraju. Pisze niby kraju
    bo nie uwazam Anglii za kraj jak to kiedys bywalo tylko za kociol w ktorym miesza sie cala
    nedza z Azji i Afryki z dodatkami z Europy wschodniej;

    Ale nie o tym chce pisac.

    Szczerze gratuluje autorowi tego artykulu, mysle, ze bedzie rozwijal swoj talent pisarski i jeszcze nie raz bede mial okazje o nim cos uslyszec.

    Komentujac natomiast komentarze to przyznaje racje, ze palenie to glupota i kazdy moment na rozstanie sie z tym gownem jest dobry. Mi pomogl kilka lat temu pewien clochard ktorego poznalem w przytulku. Ni z tad ni zowad ktoregos dnia powiedzial mi, ze juz trzy tygodnie nie pali i tym wlasnie dopelnil mojej czary go’yczy. Jak to mozliwe, za JA taki prawie ze doskonaly, nie potrafie czegos co to „zero” tak zwyczajnie i po prostu zrobilo.

    Ja tez uwazam, ze inne nacje to nawet do piet nam Polakom nie dorastaja.

    Pozdrawiam polonie czy raczej Polakow w tej niby Anglii

    • Tomasz Parol Tomasz Parol pisze:

      Jeśli będzie z tego książka czytelnicy 3obieg.pl pierwsi się o tym dowiedzą

    • Marek.Lipski Marek.Lipski pisze:

      700 tysięcy uratowanych przez Wielką Brytanię Polaków nazywasz propagandzisto „niby kraju”?Centra finansowe w Londynie i uczelnie na ,których studiują polscy studenci nazywasz agitatorze pseudo polityczny „niby krajem”?Wstydz się obrońco dyktatorów w Polsce,głodujących ludzi w Polsce,odbierających mniej zamożnym dzieci.

      To pochwalasz Holocaust w Polsce?Odwiedz przepełnione Domy Dziecka w Polsce,pżrzychodnie dziecięce…

      Kto Tobie czy takim jak ty pseudo Zagozdo płaci za takie mizerne obrażanie państwa ,które uratowało Polskę przez wojną domową 2013,przy panującej w Polsce grużlicy,próchnicy i płatnych lekach dla dzieci?
      Fui.

      W Polsce panują epidemie i to nie tylko z powodu powodzi a ty wciskasz Kit do okien?

      • Marek.Lipski Marek.Lipski pisze:

        To byl komentarz dla Nurcik Kuzynowski
        6 czerwca 2013 o 10:06 „Nie bylem nigdy w Anglii i mam nadzieje”…..

  6. Marek.Lipski Marek.Lipski pisze:

    Cykl o Wielkiej Brytanii staje się kolorowy a obraz o życiu „startujących”co raz bardziej interesujący.Mam nadzieję że Pana dzieci ale innych na banicji to zrozumieją.

    Tak kochani to jest banicja w formie dyplomatycznej.

    Ja osobiście nazywam taką politykę anty rodzinną w Polsce Holcaust 2013.

    Dziennikarze i politycy w Polsce mają paniczny,fizyczny strach o tym pisać.

    Niech Pana dzieci i Pana żona będą dumni z tego że mają Pana za męża i ojca.
    Pomimo Pana nazwiska jest Pan miłym Polakiem i człowiekiem..

    Czy Pan tam jest w Wielkiej Brytanii czy to tylko medialne relacje?
    Proszę mnie przekonać że Pan jest w UK.

    Zyczę sukcesów.

    P.S.Jestem jak każdy katolik,pomimo moich wad,globalistą.
    Dla mnie są ludzie najważnejsi a nie polityka czy podziały
    narodowe,które są fikcją.

    Sam wszystkim polecam Elżbietę w UK.

    Jak pan widzi,Panie Pawle,ludzie są zainteresowani bardziej
    Pana relacjami aniżeli idiotycznymi bez końca
    politycznymi dyskusjami,w których brakuje jednego:
    protestów przeciw sadystycznej polityce anty rodzinnej w Polsce
    czyli otwartej walki rządu z polskim społeczeństwem.

    Panie Pawle
    W Polsce jest już stan wojenny przeciw następnemu pokoleniu.
    Nowa ustawa od dzisiaj jest aktualna.To bylo nie na temat.

    God Save the Queen

    http://en.wikipedia.org/wiki/God_Save_the_Queen

  7. TKor pisze:

    Paweł,

    Wygląda, że masz syndrom człowieka, który zostawił rodzinę i nie może bez niej żyć. Tego się nie widzi bezpośrednio ale tak jest. Dodatkowo przebywasz z innymi przegranymi i podświadomie identyfikujesz się z nimi.
    Nie wiem dlaczego tak jest ale znajomości z pierwszego etapu pobytu na emigracji zazwyczaj kończą się w jakiś zły sposób. Ludzie się często nienawidzą. Może to zagubienie, niepewność sytuacji tak działa.
    Mówiąc o nastawieniu psychicznym – ja u siebie zauważyłem następujące fazy:
    – przygnębienie, zaniepokojenie – pierwsze dwa, trzy tygodnie;
    – tęsknota, rosnąca dość szybko – następne dwa trzy miesiące (po tym czasie sprowadziłem żonę i dzieci);
    – zachwyt jak łatwo się żyje – około 6 miesięcy;
    – przygnębienie – około roku;
    – obojętność (coraz więcej czasu poświęcone na organizację edukacji dzieci i ich czasu, sprawy domowe) – okolo 4 lat;
    – coraz większe niezadowolenie (niezdolność asymilacji, poczucie odrębności kulturowej, niemożność budowy domu) skutkujące postanowieniem powrotu do Polski w perspektywie kilku lat, gdy dzieci zakończą edukację;

    Jeżeli chcesz żyć normalnie to ściągaj rodzinę i nie myśl aby być gastarbaiterem – to się raczej nie sprawdza. Zupełnie inaczej wygląda świat gdy masz żonę i dzieci przy sobie. Pierwszy miesiąc gdy do mnie przyjechali to mieszkaliśmy w piątkę w kawalerce o powierzchni 17 m2. Ale był to super czas, powrót do domu po pracy wreszcie miał sens, czytałem z dziećmi książki, starały się uczyć trochę angielskiego, spędzały całe dnie w parku i w zoo. Wspominają ten czas bardzo miło.
    Bez rodziny wróciłbym po paru miesiącach.

    Powodzenia

    • Tomasz Parol Tomasz Parol pisze:

      Trudno by Paweł skakał z radości, że żona i dzieci są daleko. Z tego co wiem i co pisał przyciągnie ich do siebie.

      • Zaskakujące jak różne wnioski potrafią ludzie wyciągnąć z tego samego doświadczenia. Ja ze swojego pobytu w UK wyciągnąłem wniosek, że Angole to banda kretynów i wolę umrzeć z głodu pod płotem w Polsce niż być bogatym w UK. Bo to nie jest mój kraj i zwyczajnie NIE UMIEM TAM ŻYĆ. Pietkun odwrotnie, sprzedał swoją przynależność kulturową, język ojczysty i wszystko czym był za miskę chleba. I nawet nie dostrzega, jak się poniżył.

  8. Przemek_z_PL pisze:

    Zauwazylem ze Ja jako rezydent Anglii wypisuje przychylne opinie temu krajowi, ale nie z racji bycia jego mieszkancem, choc to moze I jest jednoznaczne, tylko z braku wystarczajacych powodow, ktorych nie daje mi moja ojczyzna. W Polsce tez zostawilem czesc rodziny I przyjaciol, jeden z nich ma dobrze platna posade, a drugi przejal firme po rodzicach I ja rozwinal, wiec na brak pieniedzy juz nie narzeka. To wlasnie daje mi mozliwosci do porownywania polsko-angielskiej rzeczywistosci. Mialem mozliwosc powrotu I zalatwienia pracy „dobrze” platnej, ale w Anglii poszczescilo mi sie bardziej, do tego mialem dosc pomiatania I bezdusznosc Polskich pracodawcow, chociaz rozumiem „ekonomiczne” podstawy tych zachowan, to tego w Anglii nie ma! bynajmniej nie na taka skale. Do tego dochodzi utrudnianie rozwoju w polsce, pracodawcy nie obchodzily moje sesje egzaminacyjne, bank odmowil kredytu na firme ze swietnie przygotowanym biznes planem. Wiele moglbym dodac jeszcze, ale narazie WOLE PRACOWAC DLA ANGIELSKICH LORDOW NIZ POLSKICH ZLODZIEJI slowo „zlodziej” to nowy synonim „polityk” pozwole zauwazyc.

    A wracajac do „ANGIELSKICH” zalet, do rzucania palenia Anglia ma rzadowy program, sa specjalne „grupy spotkan”, cos w rodzaju AA dla palaczy, sponsorowane przez NHS (Polski NFZ), w roznych miejscach na terenie calej Anglii, jedna widzialem w supermarkecie Asda, wiem o tym bo moja druga polowa rzucila palenie. Najciekawsze jest to, ze wychodzisz z tamtad z darmowymy plastrami, tabletkami, itp. jezeli czegos nie maja do dostajesz papier I z nim idziesz do apteki po DARMOWY specifik (lek). Sa pewne restrykcje, wypelnianie formularzy, rozmowa ze „specjalista”, daja rowniez rekomendacje na nowy lek, z ktora idziesz do lekarza aby stwierdzil czy nie ma na niego przeciwskazan zdrowotnych, jest to „Champix” lub „Zyban” psychotropy, ktore maja 50% skutecznosci, lekarz daje recepte I za 7.5 nabywamy go w aptece. W polsce kosztuje ok 200 zl za paczke, pelna kuracja to 6 paczek, ale nie kazdy musi tyle przejsc. O to kolejny dowod na Roznice. NHS refunduje je palacza wyrazajacym chev rzucenia palenia!!

    • Tomasz Parol Tomasz Parol pisze:

      Co wy wszyscy z tym rzucaniem palenia? Mężczyzna przez wieki palił fajkę albo cygara. Papierosy dopiero od I Wojny Światowej (to była taka tania wersja cygar dla żołnierzy).

      Rzućmy wszystko: picie, palenie, potem kawę (bo szkodzi na ciśnienie), sól (podobnie), cukier (bo cukrzyca), wędkowanie (biedne dręczone rybki), że o polowaniu nie wspomnę. Na motorze można się zabić, na nartach połamać, ganianie za piłką to chłopięca dziecinada (nie przystoi ojcu rodziny) nade wszystko latanie na czymś (można spaść), spadanie ze spadochronem (można spaść bez), wspinanie się po górach, pływanie (można się utopić), żeglowanie (można się utopić jeszcze bardziej), kręgle (głupsze od piłki) i jazdę na rowerze (może na nas wjechać samochód). Pisanie i publikowanie to debilizm bo może być źródłem kłopotów. Wyłączmy jeszcze gry komputerowe (dziecinada i strata czasu), karty (szulerka i hazard) i chodzenie na mecze (jak kibol?) a pozostanie się wykastrować i umrzeć jako ciapa w bamboszach.

      • common sense pisze:

        Ale kiedys nie bylo innych toksycznych obciazen organizmu niz palenie i picie alkoholu, a teraz mamy dodatkowo konserwanty i inne dodatki oraz zmodyfikowana zywnosc, szczepionki i wiele innych toksycznych sytuacji i stresow dnia codziennego, ktorych nie znali nasi przodkowie. Jak wiec takie obciazenie maja nasze organizmy wytrzymac? U coraz wiekszej liczby osob nie wytrzymuja, bo te wszystkie obciazenia sie kumuluja i sumuja, dlatego nie da sie w ten sposob porownywac palenia i picia kiedys i dzis. Dzis naszym cialom to trudniej wytrzymac, bo tych roznych toksycznych obciazen i sytuacji stresujacych jest znacznie wiecej.

      • Przemek_z_PL pisze:

        Ja osobiscie nic, o paleniu napisal przedmowca wczesniej, dorzucilem od sienie jakie sa mozliwosci w Anglii I wskazalem kolejny dowod na przepasc polityczno/ekomomiczna miedzy Polska a Anglia, ktora uniemozliwia wprowadzenie takich pomocy, I pewnie wielu innych, albo ma drodze procesu celowego dzialania. Palenie to kwestia indywiduala.

      • rrrrrcccccc-jjjsdukdm pisze:

        To se pal i pij i graj w karty. Pisanie i publikowanie to debilizm jak się debilne teksty pisze. Hehe !!!

        • Tomasz Parol Tomasz Parol pisze:

          Z ostatnim zdaniem się przewrotnie zgodzę 😉

          • rrrrrcccccc-jjjsdukdm pisze:

            Dlaczego przewrotnie. To na poważnie trzeba wziąć. Bardzo na poważnie. A nie żeby zanudzać bzdetami. Tylko wreszcie zacxząć robić jak należy.

  9. common sense pisze:

    „młode mamy moich dzieci”

    A ile bylo tych mam? Sorry jesli pytanie zbyt niedyskretne.

    Czy w liscie w butelce zostawiles swoj adres e-mail, aby sie dowiedziec czy ktos to wylowi i przeczyta? 😉 Pisales ten list po angielsku czy po polsku?

    • Marek.Lipski Marek.Lipski pisze:

      Czy ten komentarz pisze Mama tych dzieci?
      Pawla dobrze się czyta.
      Symboliczny przekaz z Butelką jest prezentem
      publicznym Pawła dla swojej żony,kochani.

      Piękne,publiczne wyznanie.

    • Francisco pisze:

      Ic59bkaWitam,Wc582ac59bnie dzis mam miec487 zac582oc5bcona wkc582adkc499 mam 7 miesic499cznego synka ( i 8 letnic485 cc3b3rcic499). Niech ktoc59b mi powie na czym polega ten zaiebg i czy to boli. Nie ukrywam c5bce troche sie bojc499.

  10. kanton pisze:

    Drogi Pawle, palenie to piękna sprawa. Coś o tym wiem, bo siedem razy rzucałem palenie papierosów. Dobrze pmiętam kiedy po z górą roku niepalenia , zapaliłem papierosa.
    Miód w gębie. W domu dwóch synów i palących i paląca małżonka.
    Oni palili papierosy , a ja walczyłem z nałogiem sam.
    Dla synów rozpoczął się czas narzeczonych. Jakoś tak było, że dziewczynom nie w smak było
    to że oni palą. Najpierw jeden rzucił papirosy , póżniej drugi .
    Ale moja władza domowa paliła. I to paliła ostro. Bo została sama z nałogiem. Została zmuszona sama kupować sobie fajki.
    To było ponad jej siły aby pójść kupić papierosy .Nikt w domu nie chciał jej kupić fajek.
    I poddała się. To znaczy że rzuciła palenie.
    A teraz wszystkich poucza żeby nie palili papirosów :-). Pozdrawiam emigranta..

  11. m pisze:

    teach’em all, bitch! kanieszna musisz ich nauczyć, że uśmiech jest oznaką zakłamania, boć każden jeden wie że życie nie ma sensu i – jako twardzielowi – nie wypada mu innej niż cierpiętnicza – maski zakładać.. naucz ich podpalać guziki w windzie, naucz ich rozpierdalać przystanki.. pokaż im, jak radzić sobie z beznadzieją mając tylko pudełko zapałek, sufit nad stroskanym łbem i pełną gębę gorzkiej śliny.. naucz ich jak się do autobusu wpychać, jak w nim z godnością śmierdzieć, jak robić miny typu „co sie chuju gapisz”.. wprowadź ich w tajniki jakże polskiej, jakże katolickiej – „nienawiści bliźniego”..

    ..albo zacznij się uczyć angielskiego i rozumieć zjawiska, dzięki czemu dowiesz się np. dlaczego szmata ląduje na szmacie

    • TKor pisze:

      m, A gdzie ty mieszkasz? W Anglii? Bo z twojej wypowiedzi wynika, że tu nie bywasz. Przystanki i windy to oni niszczą pokazowo, a za krzywy uśmiech to kosę dostajesz na dzień dobry. Jak trafi ci się lunch bez umilania go przez współpracowników przez pierdzenie i bekanie to masz niezwykłego farta.
      Mój kolega mieszkający w dużym mieście, nie w slumsach, a na nowo wybudowanym osiedlu, powtarza, że nazywanie ich zwięrzętami uwłacza zwierzętom.

      • m pisze:

        yhm, yhm, rozumiem: „byłeś? no widzisz, a ja znam kogoś kto był.. i co-nieco mi opowiedział”..

        koleniu, większość mojego życia spędziłem za granicami i nigdy nie znalazłem się nawet w pobliżu sytuacji podobnej do nieudolnie tu opisywanych przez naszego bohaterskiego szmatboja, co nie znaczy że nie mam świadomości ich występowania; przyzwoitość jednak nakazywała mi zawsze trzymać się od nich z daleka, co dla chcącego nie jest trudnym nawet w brixtonie..

        .. a co w priwiślańskiej krainie jest awykonalne ze względu na powszechniść chamstwa, albo – wprost powiedziawszy – zła

        w pierwszym komentarzu podzieliłem się nadzieją na to, że piętkoniowi uda się zahaczyć w redakcji któregoś z „niezliczonych” portali „lub czasopism” emigracyjnych; zapoznawszy się z próbką jego twórczości (bez czarów: to poziom gimnazjum jeśli o formę pytać, a – kloaki, jeśli o przekaz) wciąż nie tracę na to nadziei, acz rozumiem, że wpierw musi dystans „stu lat za murzynami” zniwelować, co przy jego niewolniczym nastawieniu zabierze mu więcej, niż życia pozostało.. niechże więc może zostanie lepiej przy „swoim” i „naucza” podobnych sobie baranów o świecie widzianym z dna; wszak łatwiej jest mnie się schylić niż jemu podskoczyć

        • TKor pisze:

          Nie jestem twoim kolegą abyś do mnie tak pisał.
          Po pierwsze nie jest to kwestią, że kogoś niby znam co mi coś powiedział. Mieszkam w UK od 8 lat. I takie sceny widzę niemal codziennie. I nie szukam ich po slumsach – to się dzieje niemalże w centrum miast.
          Przejdź się w sobotę lub niedzielę rano po ulicy gdzie jest jakiś pub – niemalże nie będziesz miał gdzie nogi na chodniku postawić, tak są zarzygane (Glasgow, Edynburg, Oxford). Nie jest możliwym się trzymanie z daleka – jak komuś przyjdzie do głowy poprzebijać wszystkie opony samochodom stojącym na ulicy to zrobi to bezkarnie, pozbijać wszystkie boczne lusterka on chodnika – to samo (Glasgow, Edynburg). I powtarzam – nie z żadnych slumsach.
          Co do poziomu chamstwa – przez 33 lata mieszkania w Polsce nie spotkałem się z takim chamstwem jak tu. Jedyne co muszę przyznać – na drogach nie widzę tego co w Polsce, jest tu spokojnie i bez żadnego chamstwa.

          • m pisze:

            do kolegi nie zwracałbym się przecież per „koleniu”.. (angielski, nie „rozmówki”)

        • Tomasz Parol Tomasz Parol pisze:

          Dystansu nie ma, na razie jest rozgoryczenie i ostrożność

    • Tomasz Parol Tomasz Parol pisze:

      „dzięki czemu dowiesz się np. dlaczego szmata ląduje na szmacie”

      kompletny brak klasy

      Znam takich jak Ty bardzo dobrze, hajterzy i trole od siedmiu boleści, nie potrafiący czytać tekstów ze zrozumieniem i niewiele warci gdy muszą dokonać w życiu trudnych wyborów. Zamilknij wstydu sobie oszczędź.

      • m pisze:

        może ustalmy sobie, chłopaku, że ty ani nie „znasz się” na niczym, ani nie „poznałeś się” na czymkolwiek; to, że udaje ci się oszukiwać życzliwych ci durni i „cepią prostotą tzw. myślenia” sprawiać, iż źle skrywany kompleks braku inteligencji za tąże biorą, nie ma dla mnie żadnej wartości poznawczej

        • Tomasz Parol Tomasz Parol pisze:

          Przyznam, że zadziwiasz mnie. Przy tak miernym poziomie kultury i niewielkim doinformowania taki słowotok… To się nazywa brak wstydu, mają to ekshibicjoniści w parkach i gamonie na paradzie równości. A że każdy portal musi mieć swojego trola a prawnik swojego oszołoma to witam na pokładzie dziewczynko.

          • m pisze:

            napisz mi to na prześcieradle, kontrkulturysto :]

            @piętkoń (czyli koń, co w piętkę goni):
            oczywiście, że możesz otaczać się pochlebcami, „lajk-kunikami” – jak to się w eleganckim świecie mówi.. twoja sprawa, nic mi do tego; ale gdybyś wyłączył pisanie, a włączył myślenie – za rok sam kpiłbyś ze swych notatek, jakie na szmacie dziś dla nich produkujesz

  12. Tomasz Parol Tomasz Parol pisze:

    Common, bez systemu antyspamowego mieliśmy 6 tyś spamów dziennie, nie daliśmy rady z kasowaniem

    • common sense pisze:

      Inaczej trzeba bylo sobie poradzic z tym problemem – tj. trzeba bylo wprowadzic captcha dla niezalogowanych i po klopocie.
      Bo inaczej to leczac tamten problem stworzyliscie nowe, nieznane wczesniej problemy (automatyczne zatrzymywanie do moderacji niektorych wiadomosci, ktore sa pozniej przez Was dlugo niemoderowane oraz brak mozliwosci pisania bedac niezalogowanym (a taka mozliwosc miala byc przeciez jednym z wyznacznikow wolnosci na 3obiegu)).

      • Tomasz Parol Tomasz Parol pisze:

        Mądrości dzisiejszych botów zaskakują. Na razie to co mamy się sprawdza. 1/100 komentarzy jest niesłusznie łapany jako spam ale to odblokowujemy.
        Portal jest w wersji beta i ma jeszcze wiele niedoróbek, krok po kroczku poprawiamy.

  13. common sense pisze:

    „Mądrości dzisiejszych botów zaskakują.”

    Captcha chyba nie lamia?

    „1/100 komentarzy jest niesłusznie łapany jako spam ale to odblokowujemy.”

    Ale znowu musicie je przegladac i nie da sie pisac nie bedac niezalogowanym, a z captcha by nie bylo tego problemu.

  14. Tomasz Parol Tomasz Parol pisze:

    Na razie przejściowo trzeba się logować.

  15. rrrrrcccccc-jjjsdukdm pisze:

    Cały czas trzeba utrzymać logowanie. I recaptcha zainstalować.

Dodaj komentarz

Dodaj komentarz

 

110494