25052018Nowości:
   |    Rejestracja

Risley Avenue. Godzina dla Ziemi


To, czy jeszcze jesteś imigrantem, czy już się znaturalizowałeś najłatwiej poznać po tym, w jakim języku mówisz sam do siebie. Nie, nie popadam w szaleństwo – wszyscy do siebie gadamy. Wy też, nawet, jeżeli nie chcecie się do tego przyznać…


yayo-kusama-passing-winter-2005-c-yayo-kusama-courtesy-victoria-miro-gallery-london (1)

W końcu – jak mawia moja mama – czasem trzeba pogadać z kimś mądrym.
Na początku zaczyna się niewinnie. Telefon wyrywający cię z cierpliwego zamyślenia, po który trzeba zwlec się z kanapy, który przez całe życie powodował mruczane pod nosem ‚kurwa mać’ dzisiaj wywołuje ciszej, czy głośniej wymamrotane ‚what the fuck’.
Potrącona na ulicy słusznej tuszy murzynka nie powoduje wyuczonego od dzieciństwa niechętnie rzucanego – jak najbardziej po polsku – ‚przepraszam’, ale wypowiedzenie tą szczególną, murzyńską angielszyzną zdania umieszczającego ją w osobliwej systematyce wielkich miast XXI wieku na pozycji hybrydy ciężkiego czołgu i pozbawionej gracji, niemłodej atrakcji każdego portowego miasta z tradycjami.
Murzynka odpowiada – też sobie nie żałuje, a zdarza się, że bogactwo jej słownika wbija w ziemię. I to wszystko w ciągu dwóch, góra trzech sekund, bo przecież i ona, i ja spieszymy się do pracy. Pradoksalnie w końcu się przepraszamy i życzymy sobie, jednak, miłego dnia. Taki tu już jest obyczaj.
Nasi drodzy niepełnosprawni (Our expensive disabled)
Nie tak sobie wyobrażałem emigrację. I nie o takiej słyszałem od licznych znajomych, których wypytywałem o szczegóły życia ‚gdzie indziej’, kiedy niespełna rok temu w ciągu kilku dni zdecydowałem się na emigraję z Polski, którą uznałem za kraj – w jej ówczesnym kształcie – wrogi wobec mnie i mojej rodziny. Dzisiaj widzę ją zupełnie inaczej. Dalej jest wrogi obywatelom – to wiem z licznych rozmów z przyjaciółmi i rodziną – bezduszny, z dwoma biegunami, na których znajduje się rząd (wraz z całą administracją) traktujący kraj jak prywatny folwark i naród, który wybrał to całe towarzystwo i z tępą miną przygląda się temu, jak jest właśnie intelektualnie i duchowo kastrowany.
Nie, nie pomyślałem teraz o religii i silnej pozycji kościoła katolickiego, którego zwalczanie znalazło się na sztandarach większości partii politycznych (łącznie z argumentem, o pieniądzach z budżetu państwa płynących do kościelnej kasy – zupełnie, jakby partie nie dostawały pieniędzy, i to znacznie większych, z tego samego budżetu). Myślę o moim wiosennym spacerze po ulicach Londynu, w czasie którego minąłem lekko licząc kilkudziesięciu opiekunów dzieci niepełnosprawnych. Wszystkich uśmiechniętych, z dziećmi na elektronicznych wózkach inwalidzkich. Mnogość niepełnosprawnych na ulicach jeszcze kilka miesięcy temu trochę mnie przerażała. Nie byłem jedynym świeżym imigrantem, który pomyślał, że procent niepełnosprawnych w tym społeczeństwie zdecydowanie świadczy o tym, że coś tu jest nie tak… za dużo tu chorych. Tak naprawdę w Polsce niepełnosprawnych jest znacznie więcej – problem w tym, że siedzą pochowani po domach, więc po prostu ich nie widać. Mało kogo stać na elektryczny wózek inwalidzki. I tak dobrze, jeśli starczy im na rehabilitację i – mniej więcej – porządny obiad. Codziennie.
O to zresztą toczą się dwa przerażające protesty w Sejmie i pod Sejmem. Z jednej strony opiekunowie (i) dzieci, które i tak zostały przeczołgane przez życie, z drugiej opiekunowie dorosłych niepełnosprawnych – proszą rząd i posłów o to, żeby mogli godziwie egzystować. I żałosne negocjacje premiera i ministrów z ludźmi postawionymi pod ścianą. O 100, o 200, o 300 złotych. Sprawę i jednego, i drugiego protestu rozwiązałoby samoopodatkowanie się wszystkich członków adminstracji rządowej (licznej, naprawdę – sprawdzcie dane o zatrudnieniu) o rzeczone 100 złotych w skali miesiąca. Gdyby z równą klasą zachowali się politycy z pozostałych partii w Sejmie, byłoby pięknie. I może wtedy uwierzyłbym, że dzisiejsza Polska ma sens. W końcu życie każdego narodu podobne jest do wyprawy w niebezpieczne góry. Każda ekipa idzie w tempie najsłabszych uczestników. W innym wypadku wyprawa nie ma najmniejszego sensu.
W kamasze, czyli masowy powrót
– Stary czytałeś? – słyszę w telefonie pewnej słonecznej soboty. Zanim odebrałem zdążyłem zauwazyć numer z Irlandii. W ostatnich miesiącach z Irlandii dzwonił do mnie Dough – w sprawach związanych z pracą. Dough jest upierdliwy, choć trudno odmówić mu pewnego uroku. Nadużyciem byłoby mówić, że się zaprzyjaźniliśmy, ale bezspornie darzymy się zawodową sympatią. Dough przestrzega pewnych reguł, dni wolne od pracy są dla niego świętością. Stąd moje zdumienie na widok irlandzkiego numeru. W słuchawce telefonu słyszę Mariana. Podobnie, jak ja i większość polskich uchodźców, wyjechał za chlebem i normalnością – do końca nie jestem pewien kolejności. Marian wyjechał wcześniej i jak tylko zameldowałem się publicznie z Wielkiej Brytanii natychmiast się odezwał. Znaliśmy się z łamów – publikowaliśmy teksty na tych samych portalach. W kwestiach ekonomicznych i społecznych zdecydowanie graliśmy do tej samej bramki. Doradzał mi na początku emigracji. Dzisiaj rozmawiamy, jak tylko coś dzieje się w naszej ojczyźnie.
– Zaraz, co czytałem? – pytam, bo ze wstydem odkrywam, że minęły mnie wiadomości z Polski z otatnich dwóch dni. Skupiałem się na radosnym tańcu rosyjskich wojsk na wschodzie Europy.
– Polacy w Londynie dostają wezwania do wojska – mówi Marian. I dodaje nie bez pewnej złośliwości: – Tuska obiecanki nabierają mocy urzędowej. Można spodziewać się masowych powrotów Polaków do kraju.
On nie dostał. Ja zresztą też nie dostałem wezwania z WKU. Nawiasem mówiąc nie mam pomysłu dlaczego WKU miałaby mnie wzywać, skoro sprawę mojej w wojsku obecności wyjasniałem dwukrotnie. Przy czym ostatni raz robiłem to pół roku przed wyjazdem – przy odbieraniu duplikatu książeczki wojskowej, bo orginał szlag trafil razem ze złudzeniami przy pierwszym rozwodzie. Wówczas dowiedziałem się, że moją jednostkę wojskową rozformowano, czołg przepadł (tak, miałem być czołgistą), ja sam zaś zostałem zdegradowany. Do stopnia szeregowca.
Nie to, żeby mi zależało na stopniach wojskowych, ani też znowu nie spadłem z tak wysoka w szarży – myślę, że WKU w Olsztynie, która tuż przed moją maturą chciała mnie koniecznie widzieć w mundurze, po kilkumiesięcznej przepychance uznawszy moje racje, po przeniesieniu mnie do rezerwy bez dwuletniego przeszkolenia mianowała mnie starszym szeregowym w związku z burdelem w zmieniającej się armii po przemianach ustrojowych. Ale czołgu mi szkoda.
Rozmawiamy przez godzinę. Jemu też się żyje normalnie – i też cierpi, że nie może żyć normalnie, tyle że w Polsce.
Policja, policja
Może, żeby wywalczyć w Polsce normalność powinniśmy zastosować wariant bliskowschodni? Czyli znaleźć na obczyźnie młodego, kilkuletniego Polaka, którego wykształcimy tu, za granicą, więc będzie pozbawiony typowo polskich naleciałości, choć będzie kochał kraj swoich przodków. Później pomożemy mu przejąć władzę nad Wisłą i to on – ale jeszcze za naszego życia – zacznie wprowadzać tę normalność. I zmieniać kraj.
Niektóre ludy z Bliskiego Wschodu taką właśnie mają strategię. Zrzucają się na edukację jednego, kilku swoich młodzieńców. Potem to właśnie oni mają odpowiadać za to, żeby rodzimej społeczności było coraz lepiej. I ten model sprawdza się doskonale.
To pomysł Janusza, którego osobiście poznałem dopiero tutaj, w UK. Ostatni telefon Janusza ubawił mnie do łez. Zadzwonił, żeby się pochwalić.
– Przegoniłem murzynów spod mojego podwórka – dziarsko zaczął. Problem młodych ciemnoskórych mieszkańców Londynu polega na tym, że bardzo chcieliby robić za nowojorskie gangi. Ale nie mają ani takiego polotu, ani takich możliwości. W efekcie ich naśladownictwo ogranicza się do wystawania na osiedlowych uliczkach przy samochodach, z których głośno łupie to, co nazywają muzyką, choć nie mam pewności, czy w definicji muzyki się mieści. Anglicy zwykle nie reagują, bo nie chcą stanąć twarzą w twarz z oskarżeniem o dyskryminację (Polaków dyskryminują ile wlezie, ale w naszym przypadku nie mają oporów). Nie-Anglicy też nie zwracają im uwagi, bo – jednak – trochę się boją. W końcu oglądają te same filmy.
Janusz ruszył na quasi-gang sam. To nawet nie to, że zwrócił im uwagę – po prostu kazał się wynieść z tej ulicy. I prawie pokornie się wynieśli. Mógł zadzwonić na policję.
– Ale wiesz, jak to by się skończyło – śmieje się. – Przyjechałoby kilka radiowozów, łącznie z trzydziestu policjantów. Oni tu działają masą. Pojawiają się w takiej ilości, żebyś nie miał się jak ruszyć…
Coś jest na rzeczy, bo faktycznie interwencja policjantów z Londynu wygląda zabawnie. Nie wiem, czy efekt skali, jaki stosują ma działać psychologicznie, czy może odpowiadający za bezpieczeństwo pracownik metropolitalnego urzędu szuka pomysłu jak wykorzystać ten tłum umundurowanych, ale w ich przypadku bywa on piorunujący.
Generalnie o brytyjskiej policji nie mogę powiedzieć złego słowa. Faktycznie starają się pomagać – nawet jeżeli przyjdzie się do nich z oderwaną od rzeczywistości, z punktu widzenia funkcjonariusza, prośbą.
Przyszedłem z taką dwa dni temu, kiedy próbowałem pomóc wydostać się z Londynu Grzegrzowi, Hani i ich wnuczce, którzy gościli u mnie, bo potrzebowali pomocy. Na pierwszy samolot do Warszawy spóźnili się – tak bywa z londyńskimi korkami, których długość można porównywać do otwieranych odcinków polskich autostrad. Udało im się zdobyć pieniądze na bilet na następny dzień, ale wydrukować go mogliśmy dopiero rano. Problem w tym, że tak rano nie było gdzie…
– Jestem lokalną społecznością i potrzebna mi jest pomoc – rzuciłem wchodząc do jednego z policyjnych komisariatów prosto w twarz zdumionej policjantki. Nie wyglądałem na kogoś, kto potrzebuje pomocy. Ani, w tej dzielnicy, na członka lokalnej społeczności. – Muszę wydrukować bilet na samolot, a sama pani rozumie, że o tej porze nie mam gdzie tego zrobić. Nie dla mnie – dodaję. – Tam, na zewnątrz stoi rodzina z małym dzieckiem i jeszcze dzisiaj muszą się dostać do Warszawy.
Po minie mojej rozmówczyni widzę, że niespecjalnie wie, gdzie jest ta Warszawa. Ale słyszę, że ‚oczywiście, nie będzie problemu’.
– Proszę ich zaprosić do środka, bo jest chłodno – mówi. Procedura drukowania biletu, nawet przy największych chęciach, nie da się zmieścić w definicji krótkotrwałej. Ale nie jest kłopotliwa – i ponad wszelką wątpliwość wychodzimy z komisariatu z biletami w garści.
Kiedy z podobnym problemem zgłosiłem się na policję w Polsce, pan policjant (aspirant, jak mnie pouczył, kiedy zwróciłem się do niego słowami ‚panie policjancie’) głośno wyraził wątpliwość w stan mojego zdrowia psychicznego, po czym przeprowadził na mnie krótki egzamin z wiedzy dotyczącej statystyki zgłaszania przestępstw, warunków pracy policjantów, ich wynagrodzenia, całość pointując sugestią, żebym ‚nie zwracał mu głowy pierdołami, bo ktoś może potrzebować pomocy a on się mną tu zajmuje’. Kiedy zwróciłem mu uwagę, że jest funkcjonariuszem publicznym utrzymywanym z podatków, zaproponował mi spędzenie czasu ‚na dołku’. Za utrudnianie pracy policji.
Sztuka oparta na dyskursie
Dzisiaj, kilka godzin przed Godziną dla Ziemi (której – słowo daję – w Londynie nie zauważyłem), odwiedziłem Tate Gallery – to galeria sztuki współczesnej. Staram się bywać tu przynajmniej raz w tygodniu. Nie z zamiłowania do sztuki współczesnej – nie rozumiem jej i pewnie umrę, nigdy jej nie pojąwszy; nie wiem dlaczego trze równoległe prostokąty i jeden przecinający je romb mają symbolizować cokolwiek poza przecinającymi się figurami geometrycznymi.
Kiedy kilka miesięcy temu odwiedziła mnie żona, po kilkunastu minutach spędzonych w Tate stanęła znienacka w miejscu i powiedziała coś w stylu: – O nie, zostaję artystką sztuki współczesnej! Ja się minęłam z powołaniem. Wracam do Polski i zaczynam tworzyć sztukę. Ty mi ją tylko sprzedawaj.
– To chyba nie takie proste – próbowałem ostudzić jej zapał. Choć patrząc na dzieła, pośród których stanęliśmy nie miałem przekonania.
– Ty myślisz, że ile mi zajmie strzelenie kilku takich arcydzieł?
No cóż… w pełni podzielam zdanie brytyjskiego pisarza Davida Lodge’a, który uważa, że ‚sztuka współczesna w ogromnej mierze wspiera się na olbrzymim rusztowaniu dyskursu, bez którego po prostu zawaliłaby się i nie odróżniała w żaden sposób od śmieci ‚.
Więc chodzę do Tate Gallery dla tegoż właśnie dyskursu – zawsze można z kimś pogadać, kto przynajniej chce udawać, że wie o co chodzi. Bo do pełnej znajomości języka Elżbiety II brakuje mi właśnie możliwości swobodnego pływania w interpretacji mniej lub bardziej (ale raczej mniej) zrozumiałych dzieł sztuki. Kiedy wskoczę na ten poziom zmierzę się z dyskryminacją Polaków na Wyspach Brytyjskich. I z Londynem, który był piękną, niespełnioną baśnią, ale dzisiaj – z perspektywy czasu – przypomina Rzym z okresu cezarów. Z niewolnictwem, brudem na ulicach, upadkiem i obojętnością.
Poradnik dla Polaka w Londynie będzie pierwszym krokiem.

Napisane przez:


 

Podziel się z innymi

Powiązane artykuły

komentarze 3 dla artykułu "Risley Avenue. Godzina dla Ziemi"

  1. ElaC napisał(a):

    Czytam z zainteresowaniem Pana artykuły. Czekam zatem cierpliwie na poradnik. Pozdrawiam.

  2. piter41 napisał(a):

    Panie Pawle
    Lekkie pióro. Czekam na poradnik. Bardzo. Może jakiś fragment?

Dodaj komentarz

Dodaj komentarz

 

180325