25092017Nowości:
   |    Rejestracja

Raz, dwa, trzy… płać!


Ta ironiczna parafraza tytułu programu jednego z najsłynniejszych hipnotyzerów oddaje niestety metody stosowane przez windykatorów. Manipulują, zastraszają, nakłaniają do podejmowania niekorzystnych decyzji, nie informują o prawach… To tylko niewielki fragment przebogatej palety zagrywek jakich można spodziewać się po windykatorach. A kogo to dotyczy?


Konrad Olczak, radca prawny

Konrad Olczak, radca prawny

Konrad Olczak, radca prawny obsługujący klientów www.Anuluj-Dług.pl odpowiada na pytania o firmy windykacyjne i metody ich działania. Pytamy także o to kto jest, a kto nie jest dłużnikiem i jaka jest różnica pomiędzy windykatorem a komornikiem. I oczywiście jaką rolę w tym błędnym kole pełni e-Sąd.

 

Małgorzata Pietkun: Zaryzykuję stwierdzenie, z którym może pan się zgodzić lub nie, że branża windykacyjna daje ogromne pole do nadużyć. Firmy windykacyjne z uporem godnym lepszej sprawy wdrażają co raz to nowe triki mające „uszczęśliwić” klienta czyli „pomóc spłacić długi”. Przykład to chociażby loteria: wejdź na naszą stronę, zarejestruj się i wygraj umorzenie spłaty twojego długu. A co jeśli tego długu w ogóle nie ma? Albo jest tak stary, że przedawnił się jeszcze zanim windykator położył na nim łapę?

 

Konrad Olczak: Branża windykacyjna nie jest wolna od nadużyć, to prawda. Dość powszechnym nadużyciem jest brak jakichkolwiek dokumentów potwierdzających istnienie zobowiązania finansowego i to nie tylko umowy pożyczki, ale chociażby dokumentów rozliczeniowych, dowodów księgowych czy chociażby faktur telekomunikacyjnych. Nie można zakładać, że jeśli jakaś firma twierdzi, że Iksiński jest mu coś winny to jest to prawda objawiona. Zawsze, każda wierzytelność musi być odpowiednio udokumentowana. Obowiązek przechowywania dokumentacji związanej z zobowiązaniem finansowym spoczywa w takim samy stopniu na wierzycielu jak i dłużniku. Dlatego próby wmawiania komukolwiek, że jest dłużnikiem są bezpodstawne jeśli ten dług nie jest należycie udokumentowany. Długi należy spłacać, to fakt, ale spłacać długi, a nie ”roszczenia” nazywane długami. Windykatorzy kupując tzw. dług od wierzyciela, dostają jedynie imię, nazwisko, adres, zazwyczaj już dawno nieaktualny, datę powstania zobowiązania i jego wartość pierwotną, bez względu na to, czy została spłacona czy nie. I nic poza tym. Windykator kupuje od wierzyciela – mówiąc w uproszczeniu – „tabelkę” z danymi osób i kwotami. Żadnych dokumentów potwierdzających powstanie zobowiązania, tak jakby ich nie interesowało czy ta wierzytelność naprawdę istnieje, czy jest wymagalna, czy nie była sporna lub nawet to, czy czasem nie była już spłacona. Jest to powszechna praktyka polegająca na konwalidowaniu roszczeń, czyli na „uzdrawianiu ich”. Zaczynają natychmiast nazywać zakupionych „szczęściarzy” dłużnikami, wmawiać im obowiązek spłacania długu „bo dług się spłaca” albo dla świętego spokoju wymuszać wręcz na nich podpisanie ugody – ponieważ tym sposobem zdobywają dowód, że ta osoba zobowiązała się do spłaty długu. Tym sposobem uzyskują spłaty bardzo wątpliwych zobowiązań, które nie istniały lub były spłacone prawidłowo.. Windykatorzy wymuszają – podstępnie – uznanie długu stosując perswazję, manipulację, często także zastraszanie i nękanie. Zadają podchwytliwe pytania np. „czy Pan teraz już wie że jest dłużnikiem” lub zachęcają do zapłaty tylko 7,50 zł by wykazać dobrą wolę do negocjacji. Gdy usłyszą „tak” – i nagrają, bo windykatorzy nagrywają każdą rozmowę – lub nakłonią rozmówcę do wpłacenia najmniejszej nawet kwoty, automatycznie uzyskują potwierdzenie istnienia całego długu traktując je jak podpisanie ugody. Co więcj, windykatorzy bazują na tym, że ich ofiary nie wiedzą, że od takiej ugody, zawartej pod przymusem, w wyniku błędu lub zawartej podstępnie można odstąpić nawet po kilku latach, o czym jasno mówi Kodeks cywilny.

 

Wspomniał pan o kupowaniu starych wierzytelności, bez względu na to czy zostały spłacone czy nie…

 

Tak, to jest metoda stosowana bodaj przez wszystkie firmy kupujące długi. Im starszy dług tym lepszy bo tańszy, a jest szansa, że przestraszony klient zapłaci kilkaset razy więcej niż pożyczył przed laty. Przypominam sobie dwa takie przypadki nadużyć, które szczególnie zapadły mi w pamięci. Pierwszy dotyczył dochodzenia spłaty całości pożyczki z roku 1993. Pozew złożono dopiero w 2016 roku, ale nie to jest największym zaskoczeniem. Może trudno w to uwierzyć, ale ta pożyczka była spłacona w terminie i to jeszcze – jakkolwiek dziwnie to brzmi – w poprzednim stuleciu. Wyglądało to tak, jakby bank niejako „hurtem” sprzedał rzekome roszczenie do funduszu sekurytyzacyjnego powołanego przez firmę windykacyjną. Mogło to wynikać z błędu człowieka lub z błędu systemu, nie ma to teraz znaczenia. Sprawa trafiła do sądu. Co do wygranej nie miałem wątpliwości ani przez chwilę i tak się właśnie stało. W tym wypadku było to tym łatwiejsze, że klient miał dowody spłaty pożyczki i to spłaty w terminie. To niewiarygodne, że tak długo przechowywał te dokumenty, a przecież wiele osób wkrótce po zapłacie ostatniej raty wyrzuca „zbędne śmieci” i zapomina o całej sprawie.

 

I co wtedy?

 

Wówczas należy podnieść zarzut przedawnienia. Każda rata kredytu czy pożyczki przedawnia się po trzech latach. Trzeba o tym pamiętać.

 

Wspomniał pan też o drugim przypadku.

 

Inny przypadek to roszczenie spłacone dobrowolnie przez klienta, które pomimo spłaty, firma windykacyjna sprzedała innej firmie windykacyjnej. Co więcej, nabywca tego spłaconego zobowiązania korespondował z moim klientem od 2002 roku aż do dzisiaj, co najmniej raz w miesiącu. Kontaktował się z nim także telefonicznie domagając się zapłaty. Pisma oraz nagrania z tych rozmów złożyliśmy oczywiście w sądzie, ponieważ zmuszeni byliśmy pozwać tę firmę o zadośćuczynienie za naruszenie dóbr osobistych oraz o zaprzestanie nękania. Nie zapyta pani o jaką kwotę chodziło?

 

O jaką kwotę chodziło?

 

Aż wstyd powiedzieć. Firma windykacyjna od 14 lat żądała spłaty kwoty 126 zł raz już uczciwie zapłaconych. A klient przez 14 lat regularnie i spokojnie tłumaczył windykatorom telefonicznie oraz pisemnie, przesyłając także dowody zapłaty, że roszczenie było już dawno uregulowane. Bez rezultatu, jak grochem o ścianę.

 

Co można powiedzieć o przeciętnym polskim kredytobiorcy? Czy to dobry klient czy kłopotliwy?

 

Analiza danych klientów banków zgromadzonych w Biurze Informacji Kredytowej pokazuje, że Polacy nie są ryzykownymi klientami. Ponad 95 proc. ma dobrą historię kredytową. To są dane zaprezentowane przez dr Mariusza Cholewę na XI Kongresie Ryzyka Bankowego BIK, które tej jesieni odbyło się w Warszawie. Z drugiej strony, BIG InfoMonitor podaje, że w ciągu roku przybyło ponad milion niesolidnych klientów w jego bazie.

 

Skąd taka rozbieżność?

 

Wbrew pozorom nie jest duża. BIK, czyli Biuro Informacji Kredytowej otrzymuje dane od banków i SKOK-ów. Są to informacje o posiadanych przez klienta produktach kredytowych, o obsłudze tych zobowiązań, a nawet o tym, czy, kiedy i gdzie klient próbował wziąć kolejny kredyt lub tylko o niego pytał. BIK nie dysponuje danymi klientów firm pożyczkowych, dlatego jest niewiarygodny jako baza mająca odpowiedzieć na pytania o zachowania klientów. BIG InfoMonitor natomiast to baza gromadząca dane o osobach zalegających ze spłatą swoich zobowiązań, bez względu na źródło tych zobowiązań. Do bazy BIG InfoMonitora można trafić nawet za jazdę bez biletu, ale nie to jest istotne. W BIG-u inaczej niż w BIK-u mamy jedynie informację, że Iksiński jest dłużny 100 zł np. firmie pożyczkowej. I co w związku z tą informacją? Nic, absolutnie nic. Firmy windykacyjne każdego straszą wpisem do BIG-u, wpisują kogo chcą, często na podstawie niezweryfikowanych danych. Co więcej, nie odpowiadają na żadne żądania wyjaśnienia i usunięcia wpisu. Uważają, że maja prawo wpisać każdego dłużnika, co w mojej ocenie jest nadużycie – mówi o tym art. 5 Kodeksu Cywilnego. Zarządzający takimi bazami, a jest ich w Polsce pięć, zapewniają o dobrodziejstwie baz i konieczności wykupienia abonamentu bo to jest – ich zdaniem – najlepsza metoda weryfikacji kontrahenta czy klienta. I przekunują zwykłych obywateli by płacili wszelkie roszczenia, chociażby się z nimi nie zgadzali, w zamian za to będą mieli „dobrą historię kredytową”, która pomoże im w codziennym życiu, choćby w wynajęciu mieszkania. Przecież to bzdura. Skutkiem takich manipulacji jest choćby to, że gdy przykładowo kwestionujemy jakiś rachunek, np. za telefon uważając, że jest zawyżony, to musimy go najpierw zapłacić, dopiero potem zareklamować i czekać na rozpoznanie tej reklamacji. Jeśli kwestionowanego rachunku nie zapłacimy na czas, to zostaniemy wpisani na jakąś „czarną listę”. Ale już zwrot pieniędzy za zawyżony rachunek będzie się ciągnął miesiącami jeśli nie latami.

 

Tak jest na przykład w Stanach Zjednoczonych…

 

Ale nie u nas. W Polsce nikt na to nie zwraca uwagi. Polskie firmy finansowe są zainteresowane jedynie wpadkami swoich klientów, stosują kryteria oparte o dane negatywne, nie biorą pod uwagę optymistycznych informacji, rokowań itd. Oczywiście każdy bankowiec załamie teraz ręce i powie „co ten mecenas opowiada”, ale taka jest prawda. Bankowcy wychwalają modele scoringowe, ale wystarczy, że klient niebezpiecznie zbliża się go granicy ramki w jaką został wepchnięty i już kręcą nosem. Mówiąc wprost – jeśli klient banku raz poślizgnie się na racie kredytu to może zapomnieć o uśmiechu bankowca. Już zawsze będzie traktowany niemalże jak złodziej, bo przecież to dłużnik, a jak dłużnik to pewnie oszust, a jak oszust to… itd. Jesteśmy więźniami stereotypów, wszyscy. Zgodnie z nimi banki kręcą, windykatorzy oszukują, a komornicy to krwiopijcy. I jeszcze sądy. Te postrzegane są tak źle, że aż słów bark.

 

Wiemy już, że problemy z zapłatą raty piętnują klientów, bo tak chcą to widzieć bankowcy, windykatorzy i każdy następny w tej spirali zadłużenia. Ale czy te problemy z zapłatą długu zawsze wywołane są złą wolą dłużnika, jak sugerują to firmy windykacyjne, czy może jest to kwestia nadużywania słowa „dłużnik” i „dług” bo przecież nie każda tzw. wierzytelność okazuje się w ostateczności prawdziwą wierzytelnością? Mam na myśli rzekome długi masowo produkowane przez firmy windykacyjne i legalizowane przez e-Sąd. Proszę wyjaśnić o co chodzi z tym rzekomym długiem?

 

„Rzekomy dług” powstaje gdy bank lub firma, np.  telekomunikacyjna – to najczęstsze źródła tego typu długów – sprzedają „pakiet roszczeń”. Nie są to w mojej ocenie długi, ponieważ nie są w żaden sposób potwierdzone. To są zwykłe tabele z danymi. Poza dokumentami generowanymi automatycznie przez system komputerowy  wierzyciela wtórnego, nie ma żadnych innych dowodów na istnienie roszczenia. Następnie firma windykacyjna, która kupiła taki „pakiet” rozpoczyna proces windykacyjny, czyli masowe rozsyłanie przesyłek pocztowych nierejestrowanych, tzw. listów zwykłych. Schemat jest zawsze ten sam i wykorzystywany jest przez wszystkie firmy windykacyjne po kilka razy w roku – w okresie Świąt Wielkanocnych i Bożego Narodzenia, wakacji, Nowego Roku i innych dni dających pretekst do ogłoszenia „promocji”. Adresat takiej przesyłki otrzymuje pismo, które zostało sporządzone w taki sposób by po pierwsze poczuł się źle – bo „jesteś dłużnikiem”, po drugie wskazuje bardzo dużą kwotę, zdecydowanie zawyżoną, powiększoną o rozmaite nieistniejące opłaty, odsetki, koszty itp., a po trzecie, by adresat poczuł się zagrożony. Windykator w takim piśmie zapowiadana „wizyty terenowe”, „biuro detektywistyczne”, proces sądowy, komornika itd. Wynika to wprost z treści pisma. Na koniec windykator wskazuje propozycję „ugody”. To zwykle 30, 40, a nawet 70 proc. „umorzenia długu”, który – przypomnę nie istnieje, jest przedawniony lub drastycznie zawyżony. Proponowana „ugoda” może oczywiście „pomóc dłużnikowi” wyłącznie wówczas gdy ten wpłaci natychmiast jakąś kwotę, ewentualnie zgodzi się na spłatę w ratach i podpisze „ugodę”.

 

Czy to jest manipulacja?

 

Zdecydowanie tak. Adresat otrzymuje jasny przekaz – dowiaduje się z listu, że jest dłużnikiem, że windykator może mu wszystko zabrać, ale jeżeli zgodzi się spłacić część długu to reszta zostanie umorzona. Cały proceder połączony jest z dziesiątkami, a czasem setkami telefonów, SMS-ów, maili. Nie tylko do adresata. Windykator zaczyna wywierać presję również na jego bliskich, sąsiadów, pracodawcę, a często także na przypadkowe osoby o podobnym adresie lub nazwisku. Zdarzało się, że moi klienci zgłaszali, że firma windykacyjna dzwoniła do sąsiada albo rodziny i bez pardonu omawiała z nimi kwestię długu swojej ofiary. Tak, ofiary, bo w takim wypadku należy już mówić o przestępstwie i jej ofierze. Kto nie miał kontaktu telefonicznego z firmą windykacyjną, nie zrozumie, nie uwierzy, ale wystarczy wpisać odpowiednie hasło w przeglądarce internetowej i odsłuchać kilku nagrań.

Sam nie zdawałem sobie sprawy ze skali tych nadużyć. Zobaczyłem ją i zrozumiałem wtedy dopiero, gdy powstał portal Anuluj-Dlug.pl i zacząłem realizować zlecenia dla setek jego klientów. To  jest nie do pomyślenia, to kilka milionów spraw sądowych rocznie przez ostatnie dwie dekady. Rzecz rozbija się o miliardy złotych. Wcześniej nie zdawałem sobie także sprawy z tego, że są ludzie gotowi do wykonywania tego typu pracy – pracy „windykatora”. To mi przypomina średniowieczne masowe zbójowanie na ludziach uczciwych, z tą różnicą, że wtedy rozbójnicy czasem kończyli marnie i krwawo, a ci dzisiejsi korzystają z absolutnej bezkarności.

 

Jaką rolę w tym procederze pełni e-Sąd?

 

e-Sąd, czyli Sąd Rejonowy Lublin-Zachód w Lublinie, VI Wydział Cywilny, został wprowadzony, aby odciążyć sądy powszechne w całej Polsce. Z założenia miał pozwolić sędziom sądów powszechnych zająć się sprawami złożonymi jak rozwody, eksmisje itp., a sprawy proste, jak np. wydanie nakazu zapłaty maksymalnie skrócić i zautomatyzować. Statystyki pokazują, że to się udało. Spraw o zapłatę w całej Polsce w tzw. trybie upominawczym, jest około 2 milionów rocznie. Mam na myśli wszystkie Sądy Rejonowe i Okręgowe, których jest łącznie niemal 400. Natomiast e-Sąd jest tylko jeden i rocznie rozpoznaje 2 miliony spraw. Proszę sobie wyobrazić co by się stało, gdyby te sprawy nie trafiły do e-Sądu tylko do tych kilkuset Sądów Rejonowych i Okręgowych? Mówiąc kolokwialnie – sądy by się zatkały. Dlatego procedura postępowania przed e-Sądem została maksymalnie uproszczona, co powoduje spore pole do nadużyć niestety. Złożenie pozwu do e-Sądu nie nakłada bowiem na powoda konieczności przedkładania praktycznie żadnych dowodów! Oznacza to, że każdy może sobie wymyślić powód, dla którego ktoś ma mu zapłacić pieniądze, złożyć pozew i poczekać na wydanie Nakazu Zapłaty w Elektronicznym Postępowaniu Upominawczym. Jeśli przy tym poda niewłaściwy adres lub – co bardzo prawdopodobne w przypadku oszustów – „pomyli” adres, pozwany nie będzie nawet wiedział, że wobec niego toczy się jakieś postępowanie i że został wydany nakaz. Dowie się dopiero gdy zapuka do niego komornik, a wówczas odkręcenie tej kuriozalnej sytuacji jest wprawdzie możliwe, ale długotrwałe, o wiele trudniejsze, a co najważniejsze naraża pozwanego na spore koszty i niepotrzebny stres, np. utrata środków na koncie, nieporozumienia w rodzinie i w pracy, poczucie krzywdy. Tak właśnie działają firmy windykacyjne, które często nie mają żadnych dowodów na istnienie długu, a mimo to korzystają z e-Sądu i zdarza się często, że nadużywają tej instytucji. Składają jednorazowo kilka tysięcy pozwów! Od takich nakazów odwołuje się tylko niewielki procent osób, bo nawet nie wiedzą, że mogą, a często nie wierzą, że to jest prawdziwy nakaz zapłaty, gdyż taki list z e-Sądu nie ma pieczątek i może sprawiać wrażenie zwykłego pisma. Moja praktyka pokazuje jednak, że po złożeniu prawidłowego sprzeciwu od orzeczenia e-Sądu, firma windykacyjna cofa pozew lub, co jest rzadkością, przedkłada zupełnie inne niż wymagane przez sąd dokumenty.

 

Co powinien zrobić człowiek, który dostaje listem zwykłym informacje, że ma dług?

 

Przede wszystkim zachować spokój. Firmy Windykacyjne starają się wyprowadzić ludzi z równowagi, bo ci wówczas działają nieracjonalnie, zazwyczaj ze szkodą dla siebie. Windykatorzy telefonując krzyczą, wyzywają, manipulują informacjami, nazywają rozmówców „dłużnikami”. Zastraszają wizytą terenową, zabieraniem rzeczy z domu, wizytą w pracy, u sąsiadów, powiadomieniem rodziny. Liczą na to, że w takiej sytuacji każdy zastraszony lub zmanipulowany dłużnik zrobi wszystko, aby uniknąć dalszych problemów. Windykatorzy stosują profesjonalne techniki wywierania wpływu, by ofiara wyobraziła sobie te okropne sytuacje, by się przeraziła, by przestała myśleć samodzielnie i wykonywała polecenia windykatora. Jeden z moich klientów usłyszał od windykatora „ja panu nigdy nie odpuszczę!”, a dotyczyło to „roszczenia” sprzed kilkunastu lat! Sprawę oczywiście wygraliśmy, wyrok się uprawomocnia, a prowadził ją Sąd Rejonowy w Gliwicach.

Kolejna rzecz to kontakt z profesjonalnym prawnikiem – np. radcą prawnym, który nie jest emocjonalnie zaangażowany w tę sprawę i będzie mógł dokonać obiektywnej i rzetelnej analizy sytuacji oraz opracować taktykę obrony. Coraz większa grupa wyspecjalizowanych w tym temacie prawników potrafi poprowadzić tego typu procesy tak, by uwolnić zwykłego obywatela od nadużyć windykatorów. Ponadto radca prawny nie jest podatny na tę całą machinę manipulacji stosowaną przez windykatorów, której adresatami są często osoby starsze, osamotnione w swych kłopotach, opuszczone jako „kłamcy”, „złodzieje”, „oszuści” lub pospolici „krętacze” przez znajomych, przyjaciół, a nawet najbliższą rodzinę. Tak, w Polsce panuje błędne przekonanie, że ludzie, którymi interesują się windykatorzy to z złodzieje, dłużnicy i wszystko co najgorsze. Czas z tym skończyć.

Jest nie do pomyślenia, że nękani przez firmy windykacyjne ludzie wciąż dają sobie wmówić, że ich jedynym doradcą, zbawieniem, ekspertem, ba! przyjacielem mogącym pomóc w pozbyciu się długu jest pracownik firmy windykacyjnej. Tak, tej samej, która ten rzekomy dług najpierw wyprodukowała, potem wmówiła, a teraz żąda spłaty. Chcę to wyraźnie powiedzieć: największym błędem jest uwierzyć windykatorowi i słuchać jego rad, ponieważ on działa w interesie firmy windykacyjnej, nigdy w interesie swojej ofiary. Co więcej, windykator działa nie rzadko z pogwałceniem praw osoby, którą ma właśnie na celowniku, fundując jej często oprócz kłopotów  takich jak depresja, awantury rodzinne, a nawet rozwody, także kolejne kłopoty finansowe. Ofiary windykacyjnej nagonki są często nagabywane do brania kolejnych pożyczek by spłacić żądania windykatorów, m.in. stąd biorą się spirale zadłużenia.  Windykator dla przykładu nie informuje nigdy o prawach dłużnika, w tym wypadku – zaznaczam – rzekomego dłużnika. Trzeba też pamiętać, że proces przed sądem, którym tak bardzo windykator straszy dłużnika, jest korzystny dla tego dłużnika, ponieważ przed sądem to windykator musi udowodnić, że dług istnieje i trzeba go spłacić, nie odwrotnie. Ciężar dowodowy spoczywa na powodzie, w tym wypadku na firmie windykacyjnej. W Sądzie trzeba zatem udowodnić dług. Kłopot w tym, że firmy windykacyjne nie lubią się procesować z klientami, bo jeśli się nie uda szybka e-sądowa ścieżka to na rozprawie odwoławczej wychodzi na jaw, że nie mają żadnych dowodów na istnienie długu, a wówczas przegrywają sprawę i muszą ponieść nie tylko koszty procesu, ale też te koszty wynajęcia pełnomocnika prawnego przez pozwanego czyli rzekomego dłużnika. To im się zwyczajnie nie opłaca.

 

Kim wobec tego jest rzecznik praw dłużnika i jaka jest jego rola?

 

Żadna. Absolutnie żadna. To kolejny podstęp windykatorów. Firmy windykacyjne działają w oparciu o liczne manipulacje. Angażują na przykład znane osoby – aktorów, celebrytów – do reklam, w których ci ciepłymi słowami zachęcają do „spłaty długów”. Wykupują reklamy, tzw. product-placement, po polsku – lokowanie produktu, w serialach o ogromnej oglądalności gdzie widz dowiaduje się, że bohater „wyszedł z długów” przy pomocy doradców jakiejś firmy windykacyjnej. Ziarno nieprawdy zostało zasiane – tłumaczę wówczas moim klientom. Przypominam też, że telefon lub list z firmy windykacyjnej, z „działu windykacji”, od „specjalista ds. odzyskiwania roszczeń” itp. nic prawnie nie znaczy. To jest zaplanowane działanie dezinformacyjne skierowane na oszukanie wytypowanej ofiary. Na tym niestety głównie polega ten rynek, bardzo intratny rynek podkreśłam. Pieniądze z windykacji są tak duże, że firmy windykacyjne gotowe są posunąć się do najbardziej wyrafinowanych oszustw i podstępów. I właśnie wspomniany rzecznik jest jednym z takich oszustw. Tenże „rzecznik” to w rzeczywistości pracownik firmy windykacyjnej, który podszywając się pod nazwę kojarzoną z Rzecznikiem Praw Obywatelskich, Rzecznikiem Praw Dziecka czy Rzecznikiem Praw Konsumenta, pod pretekstem niesienia pomocy dłużnikowi, pozyskuje od niego dane o stanie posiadania, rodzinie, zarobkach i wiele innych. Ludzie chętnie niestety skarżą się temu „rzecznikowi” na agresywnego i niemoralnego windykatora, a on tylko na to czeka. Dane i oświadczenia przekazane fałszywemu „rzecznikowi” firma windykacyjna wykorzystuje później do ataków na zdezorientowane ofiary. Metoda na „im gorzej tym lepiej”, czyli im więcej nieprawidłowych zachowań windykatorów i skarg na nich, tym więcej telefonów do „rzecznika” i więcej przydatnych informacji o ofiarach. Brak mi słów, nie wiem, jak to skomentować inaczej niż podły podstęp. A warto zwrócić uwagę, że w polskim systemie prawnym można się uchylić od skutków każdej czynności prawnej uzyskanej w wyniku podstępu, nawet gdyby przyczynił się do niej tylko w jakimś nieistotnym detalu. Na przykład, jeśli podstępnie zawarto ugodę wmawiając oferze, że roszczenie nie jest przedawnione, to taką ugodę można unieważnić.

 

Czyli nie wszystkie metody windykacji długu stosowane przez windykatorów firm windykacyjnych są zgodne z prawem, czy tak?

 

Zdecydowana większość metod stosowanych przez firmy windykacyjne jest nadużyciem prawa, dezinformacją prawną lub jest po prostu nielegalna, jak np. „wizyta terenowa”. Nadużyciem jest np. wpisanie do KRD przedawnionych roszczeń. Nadużyciem są także nieustające „oferty”, „promocje”, a nawet „loterie”, w których można „wygrać umorzenie długu”, a warunkiem przystąpienia do „loterii” jest zapłata części „długu”. To przecież nic innego jak podstępne nakłanianie do podjęcia niekorzystnych finansowych decyzji. Szczerze mówiąc, nie przychodzi mi na myśl, żadna legalna metoda działania firmy windykacyjnej.

Nazywanie kogoś innego „dłużnikiem”, straszenie „wizytą terenową” oraz tym, że „przyjdzie komornik i zabierze wszystko” jest także nadużyciem. Windykatorzy z rozmysłem naruszają dobra osobiste swoich ofiar  poprzez zniesławienie u sąsiadów, pracodawców lub w oczach współmałżonka. Naruszają też prawo do spokoju domowego, inaczej – miru domowego. A tego miru nikt nie ma prawa zakłócać. Dlatego windykatora „na wizycie terenowej” powinna przywitać Policja i spisać jego dane osobowe, które potem posłużą do dochodzenia zadośćuczynienia. Żadnego zajęcia żaden windykator nie ma prawa dokonać. Jeśli twierdzi, że przyjdzie „spisać majątek dłużnika” lub „zabrać telewizor na poczet długu” – należy to uznać za kradzież. Z kolei między wezwaniem do zapłaty, a komornikiem jest jeszcze postępowanie sądowe, a zatem musi zaistnieć szereg zdarzeń zanim sprawa trafi do komornika, co z resztą wcale nie musi nastąpić. Dlatego zawsze gdy odzywa się firma windykacyjna, już po pierwszym telefonie czy liście, sugeruję korzystanie z pomocy profesjonalnego pełnomocnika, np. radcy prawnego. Podkreślam też, że nie ma takiej firmy windykacyjnej w Polsce, która miałaby prawo wejść do czyjegoś domu, mieszkania bez zgody i nachodzić rzekomego dłużnika lub nawet dłużnika, albo rozpytywać o niego po sąsiadach, rodzinie czy u pracodawcy. Posiadanie długu nikomu nie odbiera jego praw, nawet gdy nie jest wątpliwy. Firmy windykacyjne to tylko zwyczajne podmioty rynkowe, działające na mocy przepisów prawa handlowego i różnią się tylko tym od innych, no może za wyjątkiem niektórych firm pożyczkowych, niektórych ubezpieczycieli lub firm sprzedaży bezpośredniej, że w swojej działalności wykorzystują masowo manipulacje, podstęp, zastraszenia i różne psychologiczne mechanizmy, aby zbudować swój „autorytet”.

 

Z Konradem Olczakiem, radcą prawnym

rozmawiała Małgorzata Pietkun

Napisane przez:


Napisz do nas jeśli w Twoim otoczeniu dzieje się coś, co wymaga interwencji dziennikarskiej redakcja@3obieg.pl

 

Podziel się z innymi

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Dodaj komentarz

 

295971