22102017Nowości:
   |    Rejestracja

Potrzebny jest etos obrony Ojczyzny przez wszystkich obywateli – cd.


Powszechny obowiązek obrony – jest nawet zapisany ustawowo. To oczywiste mydlenie oczu. Sprowadza sie to do tego, ze przeciętny obywatel płacący podatki do obrony państwa „wynajmuje” zawodowych żołnierzy i łoży (via budżet) pieniądze na utrzymanie armii. Przed wojną – dość znane było powiedzenie – od polityki to mam Piłsudskiego.


Tego typu postawa, to postawa nieobywatelska, to scedowanie najważniejszych spraw na innych – niekoniecznie najlepiej strzegących polskiej racji stanu. Ponadto, usprawiedliwianie wszystkiego „innymi czasami” nie do końca jest uprawnione. Oczywiście, nowoczesne uzbrojenie w dużym stopniu wymaga zawodowej obsługi; wyszkolenie pilota, marynarza, czy operatora nowoczesnego sprzętu rakietowego, to czasem kilka lat… Jednak, nawet uwzględniając nowoczesność uzbrojenia – rezygnacja z przeszkolenia rezerw wojskowych, to duży błąd.znakomitym wzorcem godnym naśladowania jest tu Izrael, który na wyposażeniu ma uzbrojenie, o którym Polska jeszcze marzy – obowiązkowi przeszkolenia wojskowego podlegają wszyscy (bez względu na płeć). Oczywiście w praktyce (uzasadnionej) – wojskowo szkoli się „tylko” ok. 50 % kobiet…

Nie jest zresztą najważniejszą rzeczą, by było nadmiar (w stosunku do ilości sprzętu) przeszkolonych ludzi. Są potrzeby (wojenne – jak mówili nasi protoplaści) inne niż obsługa nowoczesnego uzbrojenia. Jest ogromne zapotrzebowanie na specjalistów od wojskowej logistyki, obsługi sprzętu zmechanizowanego, łączności, informatyki i wszelkich służb pomocniczych.

Najważniejsze jest jednak nastawienie do armii. Dam inne niż Izrael przykłady.:

Otóż w neutralnej Szwajcarii – również istnieje obowiązek obrony Ojczyzny. Z taką jednak różnicą, iż nie jest to obowiązek, tylko zaszczyt. Sprawą honoru jest zdobywanie coraz wyższych stopni wojskowych – nie przez zawodowców – przez cywilów. W parze z awansem zawodowym (np. w Bankach) idą awanse wojskowe. Tylko nie „załatwiane” – by być oficerem i awansować trzeba odbywać regularne ćwiczenia, zdawać odpowiednie egzaminy i udowodnić swoją przydatność. Wstydem jest dla dyrektora banku nie być przynajmniej majorem rezerwy…

W Anglii – zarówno syn królowej książę Karol, jak i wnuki są oficerami Wiliam jest pilotem, a Harry komandosem (nawet uczestniczył w misji wojennej) – to własnie kwestia honoru.

W Hiszpanii – poprzednio „panujący” król Juan Carlos w ramach przygotowania do kierowania państwem ukończył bodaj trzy akademie wojskowe. Był najpopularniejszym politykiem w całej Iberolandii. Skutecznie potrafił zapobiec wojskowemu zamachowi stanu w 1981 r.

W Norwegi (już kilkadziesiąt lat temu – syn króla został powołany „w kamasze” i grzecznie musiał odbyć obowiązkową służbę wojskową.

A co u nas? U nas owszem za komuny był pobór, ale już syn sołtysa od „woja” się wymigiwał. Nawet na studiach powszechne było zjawisko zwolnienia z obowiązkowego przedmiotu jakim było „wojsko”. Oczywiście zwalniani byli synalkowie notablów, lekarzy i inni którzy potrafili przy pomocy kasy „załatwiać”.

Kiedy zaczęła się nie na żarty walka z komuną – zaczęto „palić komitety” – wydano wszystkim władykom broń osobistą i w niektórych urzędach również karabiny (Kałachy). Ale okazuje się, że owi władcy zarówno urzędów centralnych, jak i terenowych nie mieli przedtem broni w ręku. Potrzebne było przeszkolenie. Akurat pełniłem funkcję szefa uzbrojenia w jednym z miast wojewódzkich. Dano mi to zadanie – z satysfakcja potraktowałem wszystkich (z urzędu wojewódzkiego, z komitetu partyjnego, z prokuratury i z sądów) jako rekrutów. W części teoretycznej na pytanie, kto miał w życiorysie jakiekolwiek przeszkolenie wojskowe – odpowiedzią była głucha cisza. NIKT. Oczywiście – wszyscy po studiach (gdzie było obowiązkowe „wojsko”) – tylko nie dla „właścicieli” państwa. Wszyscy chłopy 30- 50 lat dobrze utrzymani, zdrowi jak byki, ale zwolnieni „ze względów medycznych”.

To ilustruje stosunek tej kasty do obrony Ojczyzny. Obawiam się, że niewiele się w tej mierze zmieniło. Sztampowa ustawa o obowiązku obrony, to stanowczo mało. Czas odwołać się do polskiej tradycji rycerskiej. Szlachetnie urodzony, to synonim rycerza. Szlachcic miał obowiązek „stawać” w razie wojennej potrzeby. To nawet nie musiało być zapisane – ten, który nie „stawał” – automatycznie wykluczał się ze stanu rycerskiego, tracił prawo głosu, tracił prawo do urzędów, tracił szlachectwo. Zresztą nie tylko w Polsce. W czasach całkiem nowożytnych – w Rosji; w czasie przeglądu bojarów z odpowiednim rynsztunkiem – w razie jakichś braków – kniaź Ramodanowski potrafił pozbawić bojara majątku, tytułu i wtrącić go do tiurmy. W starożytności bywało jeszcze gorzej (ale to „inne czasy”)…

Tak więc brak jest w Polsce kontynuacji szlachetnego odniesienia do państwa – odniesienia, które właśnie można wyrazić przyjęciem na siebie roli Obywatela-Rycerza. Obywatela przygotowanego do obrony Ojczyzny. Najwyższy czas przestać traktować państwo jako aparat przemocy narzucony siłą przez wrogie nam ośrodki. Państwo jest teraz „nasze” i warto go bronić, by nie przestało być nasze. Silna armia, to gwarancja poważnego traktowania nas przez innych – przykładem jest tu (ciągle jeszcze barbarzyńska) Turcja, którą wszyscy poważnie traktują z racji posiadania silnej armii (np. nowoczesnych samolotów posiada ok 10 razy więcej niż Polska).

Napisane przez:


 

Podziel się z innymi

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Dodaj komentarz

 

309854