22092017Nowości:
   |    Rejestracja

Nasze miejsce w UE


Jak co roku w lipcu ukazuje się Mały Rocznik Statystyczny GUS nie ulegając żadnym perswazjom, że jest to stanowczo za późno nawet w relacji do przedwojennego MR, który powstawał w zupełnie innych warunkach możliwości technicznych.


I jak zwykle ulubionym zajęciem GUS odziedziczonym po PRL jest oferowanie wskaźników zamiast realnych informacji.

Przyznam szczerze, że znudziło mnie już wieloletnie analizowanie danych zawartych w rocznikach statystycznych, ale jedna rzecz wydaje mi się interesująca szczególnie w świetle aktualnej sytuacji, w jakiej znalazła się Polska i związanych z tym zadań.

Tą sprawą jest nasza pozycja w UE po upływie 12 lat od włączenia Polski do tego towarzystwa.

W czasie organizowania tego włączenia opowiadano nam anegdotki na temat szybkiego wzrostu dobrobytu i osiągnięcia poziomu życia jaki istnieje już w krajach „piętnastki”, bo tylu było wówczas członków UE.

Po dwunastu latach w UE jest już nie, 15 ale 28 krajów, osiągnięcie zatem poziomu rozwoju średniego dla tej gromady jest znacznie łatwiejsze niż w stosunku do 15 najbogatszych krajów Europy.

A jak to wygląda w praktyce zademonstrował nam MRS 2017 serwując dane za rok 2016 w odniesieniu do całej UE w zestawieniu z osiągnięciami Polski.

Na wstępie trzeba zaznaczyć, że nie wszystkie dane dotyczą roku 2016 bowiem GUS najwidoczniej nie był ich w stanie zebrać mimo upływu 6 miesięcy od zakończenia ubiegłego roku.

Ktoś bardziej podejrzliwy mógłby powiedzieć, że jest to wynik celowego zabiegu mającego ukazać korzystniejsze relacje, tylko nie wiadomo: – dla Polski czy dla UE?

Polska zajmuje 7 % powierzchni UE i mniej więcej tyle samo ma ludności.

Mamy jednak większy udział kobiet bo 107, podczas gdy w UE jest ich 105 na 100 mężczyzn. Powinniśmy mieć zatem większy przyrost naturalny, a tymczasem wprawdzie w całej unii nie jest dobrze, bo efekt przyrostu jest ujemny – 0,2, ale w Polsce jeszcze gorzej bo aż – 0,7 %o.

Mamy również gorszą aktywność zawodową naszego społeczeństwa, bo tylko 69 % przy średniej unijnej 73 %, natomiast ilość pracujących /nie do końca wyjaśniona definicja, ale sądzę, że chodzi o pracujących odpłatnie, ale nie koniecznie – najemnie/ odbiega od średniej unijnej tylko o 1 % punktowy.

Natomiast mamy znacznie mniejszą relatywnie ilość kobiet pracujących, w UE jest to 101 mln na 219 mln, a w Polsce 7 mln na 16 mln.

Szczerze mówiąc nie wiem czy to dobrze czy źle, ale jednego jestem pewien, że feministki i wszelkiej maści lewactwo ma powód do robienia z tego rwetesu, z tym tylko zastrzeżeniem, że ten stan jest dziedzictwem ukochanych ich rządów z poprzednich lat.

Ciągle niedobrze jest z wydajnością pracy w Polsce, osiągamy zaledwie 74,3 % średniej unijnej mimo znacznego ułatwienia w postaci wejścia do UE zacofanych krajów takich jak Rumunia czy Bułgaria.

Jest też wskaźnik stopy bezrobocia: dla UE wynosi on 8,5 %, a dla Polski 6,2 %.

Mój stosunek do tego wskaźnika wyraziłem już kilkakrotnie w poprzednich publikacjach. Chciałbym podkreślić, że mimo niewątpliwych zabiegów „upiększających” ten wskaźnik, jest to poziom wysoki, zachodzi zatem istotne pytanie: – jak w świetle tego stanu oznaczającego przynajmniej trzydziestomilionową masę bezrobotnych wytłumaczyć nacisk na stałą imigrację w UE.

Najwyraźniej nie chodzi o brak rąk do pracy, a o zupełnie inne cele tej masowej imigracji spoza Europy, ujawnia się to szczególnie w ostatnim czasie.

Stopę życiową naszego społeczeństwa obrazuje struktura wydatków konsumpcyjnych.

Wydatki na żywność pochłaniają o jedną trzecią więcej z naszego budżetu aniżeli w całej UE, jest to charakterystyczne zjawisko dla społeczeństw ubogich.

Interesujące jest zjawisko wyższych /5,1 %/ wydatków w Polsce na zdrowie /3,9 %/ w unii. Wątpię, że wynika to z większej troski o zdrowie, a raczej jest rezultatem większego obciążenia pacjentów wydatkami osobistymi.

Wydajemy mniej pieniędzy na mieszkania i kulturę, co jest rezultatem posiadania gorszych warunków mieszkaniowych, po prostu mamy mniej mieszkań i są one i mniejsze i niższego standardu. O kulturze nie będę wspominał bowiem jest to osobny temat wymagający bardzo obszernego omówienia.

Jako ciekawostkę podam tylko, że w UE średnio wydaje się na hotele i restauracje 8,5 % budżetu domowego, a w Polsce tylko 3,1 %, a jest to zjawisko charakterystyczne dla społeczeństw biednych.

Nie wiem czy na tym tle obrazu polskiego biednego społeczeństwa fakt, że posiadamy 464 studentów, a UE tylko 386 na 10 tys. mieszkańców mamy traktować jako osiągnięcie czy jako obciążenie.

Nie wiemy bowiem jaka jest społeczna przydatność tych studiów, a warto tym się zainteresować bowiem w Polsce namnożyło się różnych wyższych uczelni nie po to żeby czegoś nauczyć, ale żeby wydać dyplomy i pobrać za to pieniądze.

Zatrważający jest natomiast wskaźnik wydatków na badania wynoszący w Polsce 1 % PKB przy 2,3 % unijnych.

Ktoś złośliwy mógłby powiedzieć, że to całe szczęście, że tylko tyle wydajemy na ten relikt po PRL w postaci PAN’u i całej biurokratycznej struktury aparatu badawczego w Polsce.

Jak wiadomo najwydajniejsze są ośrodki badawcze niezależne od państwa, w tym głównie wielkich korporacji przemysłowych i wolnych uczelni.

Niestety i jednych i drugich w Polsce ciągle brakuje.

W stosunku do produkcji rolnej trzeba w pierwszej kolejności ustalić podstawę odniesienia, którą może być powierzchnia gruntów rolnych.

Wprawdzie natrafiłem na bardzo różne szacunki od 14 milionów ha do niemal 20 mln ha. Sądzę, że najbliższa prawdy jest liczba około 19 mln ha, z której część jest odłogowana, ale można ją porównać z obszarem gruntów rolnych w UE szacowanym na 171 mln ha.

Nie mamy wprawdzie jednej piątej gruntów rolnych UE jak to podano w jednym z opracowań naukowych, ale przynajmniej 11 %.

Okazuje się, że nasze zbiory zbóż to zaledwie 9 % unijnych, produkcja mięsa znajduje się na podobnym poziomie, najgorzej jest jednak z produkcją mleka, nasze zaledwie 13 mld l w zestawieniu ze 164 mld unijnymi to zaledwie 7,9 %, a przecież Polska produkowała już 16 mld l. i jest w stanie produkować ponad 20 mld l. rocznie i podbić europejski rynek przetworami mlecznymi.

Ten stan rzeczy jest rezultatem reprezentowania polskiego rolnictwa przez zeteselowskiej proweniencji przedstawicielstwo, które zgodziło się na oczywistą dyskryminację polskiego rolnictwa w czasie negocjacji akcesyjnych.

Przydzielono nam wówczas limit 8,5 mld l. mleka, czyli na poziomie Holandii, kraju terytorialnie mniejszego dziesięciokrotnie od Polski. Podobnie wygląda sprawa z uprawą buraków cukrowych i produkcją cukru.

W wyniku działań dyskryminacyjnych zredukowaliśmy uprawy ziemniaków, a to przecież polskie ziemniaki powinny dominować w Europie, podobnie jak polska szynka.

Jak już wielokrotnie pisałem polskie rolnictwo może zwiększyć wolumen produktów finalnych o 50% ze szczególnym uwzględnieniem przetworów warzywno owocowych, mleka i  mięsa, a specjalnie produkcji zdrowej żywności.

W dziedzinie produkcji przemysłowej GUS jest szczególnie wstrzemięźliwy, ale ujawnił nasz udział w produkcji energii wynoszący globalnie 8,9% produkcji unijnej. Jak na średnią nie wygląda to źle, ale mając na względzie nasze zasoby surowców energetycznych jest to stanowczo za mało.

Dotyczy to szczególnie energii elektrycznej, której produkujemy 164 mld kWh, a już zużywamy blisko 180 mld kWh, a przecież, jeżeli chcemy zwiększyć produkcję przemysłu i usług to musimy znacznie zwiększyć zużycie.

Jedynym sposobem jest szybkie zwiększenie produkcji energii do poziomu przynajmniej 200 mld kWh rocznie.

Jeszcze gorzej wypada nasz udział w przemyśle samochodowym. W UE wyprodukowano w 2016 roku ponad 16 mln samochodów, a w Polsce tylko 472 tys. tj. 3,4 %, jeżeli mielibyśmy osiągnąć średnią europejską to musielibyśmy produkować ponad milion samochodów.

Wieloletnie rządy likwidatorów polskiego przemysłu samochodowego spowodowały usadowienie się w Polsce wyłącznie filii obcych fabryk, miało to przynieść w rezultacie rozwój tego przemysłu, który jest wizytówką poziomu uprzemysłowienia i daje możliwość produkcji wielu różnym zakładom, w efekcie mamy stan katastrofalny.

Działalność przemysłowa warta jest odrębnego i szczegółowego omówienia.

Warto jednak zaznaczyć, że pojawiły się objawy optymistyczne w naszej gospodarce, a mianowicie po wielu latach deficytu w obrocie międzynarodowym notujemy nadwyżkę – 5 mld euro. Miejmy nadzieję, że będzie ona rosła, ale to wymaga zwiększenia produkcji zarówno w rolnictwie jak i w przemyśle.

Niestety nasz udział w wewnątrz unijnych obrotach jest katastrofalnie niski, zaledwie 4,2 % w imporcie i 4,8 % w eksporcie, żeby wyrównać parytet musimy je niemal podwoić.

Podobnie wygląda sprawa z obrotami poza UE – mamy udział – 4,6 % w imporcie i zaledwie 2,1 % w eksporcie.

W tym przypadku należy zrewidować nasze stosunku z głównymi eksporterami do Polski przede wszystkim Chinami i Rosją.

Nie jesteśmy też faworyzowani przez zagranicznych inwestorów, przeciętna unijna wynosi bowiem 2, 4 % PKB, a w Polsce jedynie 0,7 % i nie można za to winić obecnego rządu gdyż decyzje o tych inwestycjach zapadały jeszcze za poprzednich rządów.

Osiągnęliśmy już 2/3 przeciętnego unijnego dochodu na mieszkańca, byłoby to zgodne z przewidywaniami z tym tylko zastrzeżeniem, że wtedy mówiono o dochodzie w relacji do „starej” UE, a to zasadnicza różnica.

GUS wyliczył, że zwaloryzowany dochód Polaka liczony w PKB wyniósł w 2016 roku 19,8 tys. euro przy średniej unijnej 28,9 tys. euro.

Pomijając zastrzeżenia w stosunku do metod wyliczania PKB wątpliwości wywołuje wskaźnik waloryzacji używany przez GUS.

Pisałem o tym niedawno, że chyba dość mocno przesadził, bowiem z zastosowanego wskaźnika waloryzacji wynika, że jesteśmy przynajmniej o jedną trzecią tańsi od średniej unijnej. Ludzie jednak jeżdżą po Europie zawdzięczając umowie z Schengen i orientują się jaka jest różnica w cenach.

Na skutek niższego dochodu społecznego jego spożycie jest wyższe w Polsce wynosi bowiem 59 % przy średniej unijnej 56 %, a inwestycje niższe odpowiednio od 8 do 20 %.

Globalny deficyt budżetowy wynosi w Polsce 2,4% przy unijnym 1,7 %

Pocieszający jest fakt posiadania niższego poziomu zadłużenia publicznego 54,4 % PKB, podczas gdy w UE wynosi on 83,5 %.

Problem jednak leży nie w wysokości zadłużenia, ale w zdolności jego spłaty. Za Gierka zadłużenie wynosiło „tylko” 30 mld dolarów, a i tego PRL nie była w stanie spłacać. Japończycy mają 150 % długu, a nie zalegają z jego obsługą.

Mam niestety uzasadnione obawy, że po pierwsze nie jest to prawdziwa informacja na temat naszego zadłużenia, chociażby ze względu na zobowiązania państwa wobec funduszy emerytalnych, a ponadto przy obecnym poziomie dochodu, a szczególnie obrotów zagranicznych trudności z obsługą długu będą rosły.

Jedynym remedium na ten stan jest znaczny wzrost efektywności naszej gospodarki.

Wespazjańskie próby przerzucania ciężarów budżetu na podatników przyniosą efekt odwrotny od oczekiwanego.

Unia Europejska w obecnej strukturze nie daje szans rozwojowych, ale aktywne działanie i przełamywanie oporów może przynieść rezultaty w postaci zwiększenia naszego udziału w europejskim rynku.

Największe nadzieje można wiązać ze skoncentrowaniem wysiłków w kierunku zmiany systemu funkcjonowania europejskiego rynku i likwidacja sztucznych barier.

Napisane przez:


 

Podziel się z innymi

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Dodaj komentarz

 

307012