16082018Nowości:
   |    Rejestracja

Henryk Franciszek Kustra: Ja niczego złego nie zrobiłem – byłem tylko harcerzem (1)


Polsko – ojczyzno moja, matko moich ojców, nie zapomniałem języka i witam Cię po polsku. Tam skąd przybywam, szanują Polaków, nie zapomniałem o Tobie, matko moich dziadów i ojców. Pozostałem Ci wierny. Przysięgi wierności Tobie, Polsko, nie złamałem. (Kapitan w stanie spoczynku – żołnierz generała Andersa – Henryk Franciszek Kustra – fragment wypowiedzi).


Odo Dobrowolski, ZIMOWY WIECZÓR WE LWOWIE, 1912Jestem sierotą

 

Jestem sierotą na ziemi kochanej,

Przodków krwią obficie zalanej,

Jestem sierotą, choć Polska za Bugiem.

Poszłabym piechotą, mnie skuli łańcuchem.

Leciałabym ptakiem, lecz skrzydła złamane,

Więc włóczę się szlakiem, w ślad więźnia skazana.

 

Fragment wiersza Marii Sulimy Jestem sierotą 

 

 

 

 

 

Przyjechałem po to, by zobaczyć się z siostrą moją jedyną – Marysią. Zostaliśmy już tylko my dwoje. Ona tu u siebie w Polsce, ja daleko za oceanem. Australia, kochani rodacy, stała się moją drugą ojczyzną.

To nie to samo, co złote łany pszenicy, czy morelowe sady w Truskawcu, to nie to samo, co Lwów mój kochany, teraz już nie nasz. Tam gdzie mieszkam, szanują Polaków i czuję się tam dobrze, ale tęsknota w sercu pozostaje. Przepraszam za te chwile wzruszenia i za ten załamujący się głos, tyle chciałbym wam opowiedzieć. Bóg pozwolił mi zobaczyć moją ojczyznę, o którą przyszło mi walczyć, jestem więc.

 

Odrobina wspomnień 

Stolica muzyki, koncertów w parkach, kafejek i herbaciarni, wąskich uliczek i bram, w których flirtowały zakochane pary a ktoś przygrywał im na harmonii. Przekupki bez końca rozprawiały o Truskawcu i morelowych żniwach” – taki był kiedyś Lwów mój kochany…

Była jesień, to był ciepły wrześniowy wieczór. Zapadał zmrok, niania krzątała się w mieszkaniu, brat jak zwykle zamyślony błądził gdzieś marzeniami. Pewnie szuka w pamięci naszej mamy – pomyślałem, która zmarła tak dawno… Ja miałem wtedy zaledwie 6 lat, moja siostrzyczka Marysia nawet jej nie pamięta, a Tadeusz – mój starszy brat – pamięta mamę najbardziej, więc i tęskni pewnie bardziej od nas. Tata, oficer policji we Lwowie, ostatnio wiele wyjeżdżał, teraz już drugi tydzień nie wraca, martwimy się. Dochodzą do nas złe wieści. Polska dogorywa, walczą ponoć ostatnie polskie oddziały, zbliżają się niemieccy okupanci, boimy się… Tata, nie potrafiąc pogodzić roli ojca ze służbą w policji, z bólem serca postanowił czasowo oddać Marysię do domu sierot. Początkowo dochodziły do nas wiadomości, od dłuższego czasu nic nam nie było wiadomo o losie naszej kochanej siostrzyczki.

Było już po kolacji, zmówiliśmy z nianią wieczorny pacierz. Mój starszy brat Tadeusz, od urodzenia bardzo był chorowity, poważny, zamyślony, nieskory do zabawy, wiele czytał. Ja zaprzeczeniem byłem mojego brata, „bisowaty” troszkę – typowy lwowski batiar, urwis. Wątły, wręcz chudy byłem, ale zwinny i wysportowany. Ciągle trzymały się mnie żarty. Stryjenka sprawująca rolę niani, starająca się za wszelką cenę zastąpić nam mamę, stała się nasza opiekunką – nie miała z nami większych kłopotów – choć urwisy, mieliśmy duże do niej poszanowanie..

Tadeusz od dłuższego czasu znów pokasływał ukradkiem. Położył się i od razu zasnął, a ja jak zwykle marzyłem i tęskniłem, do mamy, do Marysi – mojej ukochanej siostrzyczki… Pamiętam, spojrzałem kątem oka na brata, spał spokojnie, słyszałem tylko miarowy, spokojny oddech. Niech śpi – pomyślałem, odwróciłem głowę i poczułem jak z kącika oczu śloza jedna po drugiej popłynęła, a na poduszce wnet powstała mokra plama. Przez uchylone drzwi zobaczyłem wypucowane na glanc buciki naszej Marysi, jakby jutro miała w nich wyjść do kościoła, poduszka była cała mokra od łez, a ja z trudem powstrzymywałem się od łkania – zasnąłem…

 

Trudno wracać pamięcią i opowiadać w szczegółach o wszystkich moich przeżyciach. Tak sobie myślę, że początek moich życiowych przygód był najgorszy 

Pamiętam, kiedy wpadli do naszego domu Rosjanie. Była chyba 2. w nocy, usłyszałem jakiś zgiełk i ruch na dworze, wyjrzałem przez okno a tam ruscy żołnierze z karabinami. Mówię do brata: Oni idą po nas, uciekajmy…

Otwarłem okno, ale nie zdążyliśmy… Podwórko wokół naszego domu otoczone było ruskimi żołnierzami – ojca nie było w domu, nie mogliśmy wtedy wiedzieć, że ukrywał się, przed sowieckimi władzami. W domu byliśmy tylko ja, brat Tadeusz i stryjenka – nasza opiekunka.

Rosjanie wpadli do mieszkania i rozpoczęła się rewizja, okazało się, że szukają właśnie siostry. Mieli ją na liście, nie wiadomo dlaczego akurat ją sobie upatrzyli. Na pytanie: Kuda uszła diewoczka? – odpowiedziałem, że jesteśmy sierotami, siostrę zabrano do domu dziecka, nie wiemy, gdzie się znajduje… Dali nam wiarę, szukali jednak dalej. Po jakimś czasie jeden z nich stwierdził, że trzeba zabrać tych dwóch pacanów, czyli nas – mnie i brata. Stryjenka, która była z nami, z trwogą w głosie pyta: Za co? Przecież oni niczego złego przeciwko władzy radzieckiej nie zrobili.

Ze zdjęć, które znaleźli wynikało, że byliśmy harcerzami – a to to samo, co Hitlerjugend, tak przynajmniej stwierdzili. No i zabrali tych dwóch pacanów.

Tak to zaczęła się nasza tułaczka. Byłem młodym chłopakiem jak zresztą i mój brat, nie rozumieliśmy wielu spraw. Załadowano nas do bydlęcych wagonów, pamiętam – w wagonie było małe okratowane okienko, ja jako, że byłem szczupły, wydostałem się przez ten niewielki otwór, pożegnałem się z bratem i uciekłem. Postanowiłem, że jak najszybciej powinienem powiadomić ojca, domyślałem się, że ojciec jako, iż był polskim policjantem, jest szczególnie zagrożony. Koniecznie trzeba go ostrzec, z tymi myślami biegłem polnymi zagonami, klucząc bezdrożami, unikając ludzi, w końcu udało mi się przedostać do stryjenki, która stwierdziła, że na wszystko już za późno, ojca aresztowali i radziła mi, abym wrócił do wagonu, bo stracę kontakt z bratem a tu i tak mnie złapią i pewnie rozstrzelają.

Zrobiłem więc jak kazała. Pociąg stał na dworcu: ogromne zamieszanie, krzyki, lament, płaczące kobiety – trwało bowiem rozdzielanie mężczyzn od rodzin, wszędzie lament i rozpacz; nie da się tego opisać… Podchodzę do wartownika i mówię, że niedawno wyszedłem z tego wagonu i chcę wrócić, ten stwierdził, iż to niemożliwe i pchnął mnie kolbą karabinu, upadłem na ziemię, a po chwili wylądowałem w wagonie.

 

Podróż do krainy śmierci rozpoczęła się 

Był to rzeczywiście najgorszy okres mojego życia, młody, niczemu niewinny człowiek w nieprzyjaznym kraju. Bogu tylko zawdzięczam to, że przeżyłem. Nie wiem, ile trwała ta podróż, nie wiem, jak to się stało, że przeżyliśmy. Pociąg zatrzymywał się tylko wtedy, gdy ktoś zmarł po drodze, wtedy były szanse, iż ktoś wrzuci do wagonu jakiś ochłap do jedzenia.

Pamiętam pobyt w Kazachstanie, tam miejscowi uczyli nas, Polaków, jak przetrwać w nieludzkich warunkach, oczywiście nie Rosjanie a Kazachowie byli naszymi nauczycielami, nie mogę powiedzieć – lubili nas, Polaków. Mieliśmy w tym piekle wiele szczęścia, spotkałem tam dobrych ludzi i zostaliśmy z bratem przydzieleni do grupy zajmującej się łapaniem dzikich koni.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

TAK WYGLĄDALI PRZYSZLI ŻOŁNIERZE GEN. ANDERSA, NA KRÓTKO PO OPUSZCZENIU ŁAGRÓW. CUD, ŻE PRZEZYLI, CUDEM BYŁO TEŻ DOPROWADZENIE ICH DO SPRAWNOŚCI FIZYCZNEJ

Rozstawialiśmy się na dość znacznym obszarze i udawaliśmy wyjące wilki. Przestraszone konie zbijały się w tabuny, wtedy my szybko otaczaliśmy je i kolejnym naszym zadaniem było złapanie możliwie największej ilości tych dzikich, nie ujeżdżonych zwierząt. Nie była to łatwa i prosta sztuka – jakoś sobie radziłem.

Nauczyłem się dobrze jeździć konno, wiedziałem też jak przetrwać, by nie zmarznąć. Koń potrafi skutecznie ogrzać zziębniętego człowieka, trzeba tylko pozyskać sobie jego zaufanie, wiedzieć jak to zrobić. Wtedy koń sam będzie uważał, aby nas nie przygnieść swoim ciałem.

Warunkiem naszego przetrwania, by nie umrzeć z głodu, była możliwość zjedzenia martwego źrebaka tuż po przyjściu na świat. Teraz nikt nie wierzy naszym słowom – jadłem psy i koty, aby tylko zaspokoić głód. Trudno teraz mówić o tych wszystkich okropnościach. Do tego całego dramatu dochodziła przecież tęsknota za domem, rodzeństwem, za miastem moim kochanym – Lwowem.

Pamiętam, któregoś dnia przyjechała do naszego łagru Wanda Wasilewska, utkwiło mi w pamięci jedno zdarzenie… Otóż przed wojną we Lwowie ukazywała się gazeta pod nazwą „Chwila”. W łagrze znajdowali się dziennikarze redakcji tej gazety. Wasilewska jakimś sposobem wydostała ich wszystkich i zabrała ze sobą. Pamiętam, zanim jeszcze wyjechali, zbliżyłem się do niej i mówię: Skoro pani potrafi dokonać takich rzeczy, to może i nas pani wyciągnie? My niczego złego dla władzy radzieckiej nie zrobiliśmy, byliśmy tylko harcerzami. Na to ona odpowiedziała: Nie mogę dla ciebie ani twego brata tu niczego zrobić, ale powiedz, czy otrzymujesz regularnie paczki od rodziny?

Nie, proszę pani – odparłem – jesteśmy sierotami, nie otrzymujemy żadnych paczek, bo nie mamy rodziny i nie wiem nawet, gdzie teraz podziewa się moja siostra. Wasilewska stała tak jeszcze chwilę, nic nie odpowiedziała, spisała moje dane i odeszła. Po jakimś czasie otrzymałem dużą paczkę. Nie wiem, czyja była to zasługa, ale któż inny mógł to być, jak nie ona.

Po jakimś czasie szczęśliwym zrządzeniem losu nastąpiła amnestia, która objęła nas, Polaków. Były szanse zaciągnięcia się do armii gen. Andersa, oczywiście byłem na to za młody, musiałem jak wielu moich kolegów kłamać i dodałem sobie dwa lata. Jakoś dano wiarę moim słowom i tak szczęśliwym trafem dostałem się do polskiego wojska, a nie była to sprawa prosta, bo poza moją nikczemną posturą, twarz miałem dziewczęcą.

Nie było łatwo, byliśmy słabi i schorowani, pamiętam w tym czasie mój brat Tadeusz był już bardzo chory, obawiałem się o jego los i bardzo cierpiałem z tego powodu. Sowieci, jak mogli, tak utrudniali przedostanie się do polskich oddziałów. Kiedy już byliśmy prawie pewni przydziału do upragnionych polskich oddziałów, czekała nas jeszcze skrupulatna dokładna rewizja, staliśmy nago a oni nas kontrolowali, nie było wolno niczego mieć ze sobą, nawet skrawka papieru, a ja zdołałem ukryć pamiętnik, wielkości mniej niż połowy paczki zapałek.

Gdzie i jak go ukryłem, można się tylko domyślać – nie znaleźli i mam go do dziś. Cóż mógł to być za pamiętnik, ktoś powie. Pod lupą którą pożyczałem od Kazachów, w łagrze pisałem na każdej z maleńkich kartek jedno słowo, które miało mi przypomnieć, kiedy już będę wolny i będę pisał o swoim życiu – o kolejnych moich przygodach… Szczęśliwie dla mnie i brata, wszystkie te sowieckie kontrole się skończyły i staliśmy się „żołnierzami”, którzy to na początku nie mieli sił udźwignąć w ręce karabinu…

W końcu po przeszkoleniu, odtransportowano nas do Iranu, to również była droga przez mękę… Transportowano nas, niczym bydło, czymś na wzór tankowca, transportowca. Pokład i wnętrze tej blaszanej łajby były tak nagrzane, że ci z nas, którzy przebywali pod pokładem w większości zostali ugotowani, trudno opisać, co tam się działo.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 ŻOŁNIERZ HENRYK KUSTRA, EGIPT 1942

W końcu wylądowaliśmy w porcie Pahlevi. Dni mojego brata były policzone, nie da się opisać słowami tego, co przeżywałem – straciłem mamę, nic nie wiedziałem o losie ojca, teraz umiera brat na obcej ziemi. Żył jeszcze, kiedy otrzymałem rozkaz wyjazdu do Egiptu, byłem przy jego śmierci. Umierając, wypowiedział pamiętne słowa, których nie zapomnę do końca życia: Cieszę się, że odchodzę na wolnej ziemi, żal że daleko od Polski. To były ostatnie słowa mojego brata. (cdn.)

 

Źródło: Na podstawie opowiadania pana Henryka Franciszka Kustry, żołnierza armii Andersa, kpt. w stanie spoczynku.

 

Opowieść spisał:

Tadeusz Puchałka

Za:  http://www.siemysli.info.ke/

Zdjęcia z archiwum kpt. Kustry, pejzaż Lwowa:

Odo Dobrowolski, ZIMOWY WIECZÓR WE LWOWIE, 1912

Napisane przez:

Kontakt: dorota.jankowska@3obieg.pl

Dziennkarz w 3obieg.pl/ , Interia360

 

Podziel się z innymi

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Dodaj komentarz

 

284223