20112017Nowości:
   |    Rejestracja

Głodowy protest medyków można rozwiązać z obopólną korzyścią


Za czasów Stańczyka każdy był lekarzem, teraz wydaje się każdy być politologiem, lub socjologiem. Przynajmniej ci występujący publicznie, lub piszący w publicznych mediach, czy portalach społecznościowych. Zresztą – ja też.


W odróżnieniu jednak od – na ogół fachowych wystąpień ekonomistów (których można zawsze „złapać za rękę”, czyli zweryfikować) – nie mogę się doczekać rzetelnej analizy zjawiska, które nazwałbym „nadmierną roszczeniowością (postulatywnością) młodego pokolenia”.

Asumpt do podjęcia tego tematu dał mi oczywiście głodowy protest tzw. „rezydentów” – młodych lekarzy robiących specjalizację. Abstrahuję od przyznania im racji w kwestii zarobków – to problem szerszy, o czym później. Mają niezaprzeczalną rację żądając zwiększenia nakładów na służbę zdrowia w budżecie państwa. Tylko odnoszę wrażenie, że ten postulat został dopisany w celu „uszlachetnienia” protestu.

Wspomniana roszczeniowość młodych polega z grubsza na ich przekonaniu, że „normalny” poziom życia (szczególnie po ukończeniu studiów), to posiadanie własnego mieszkania, dobrego samochodu i środków na rozrywki, a przynajmniej raz, dwa razy w roku na zagraniczną wycieczkę. O ubieraniu się w markową odzież – nie wspomnę. Innymi słowy – młode pokolenie wyobraża sobie, że powinni mieć start życiowy na poziomie ich rodziców. Nota bene, w szczególności rodziców, którzy otaczali ich od urodzenia pewnym luksusem i tworzyli możliwości rozwoju, jakich sami byli pozbawieni (wiadomo – siermiężne czasy PRL i dość trudny okres wzrostu gospodarczego Polski). Młodzi, oczywiście nie widzą (nie chcą widzieć), że najczęściej osiągnięty poziom życia rodziców, to wynik dziesiątek lat pracy (także na wielu stanowiskach jednocześnie) i wynik dziesiątek lat oszczędzania…

Nie rozważam tylko położenia absolwentów medycyny – to zjawisko szersze. Obiektywnie jednak przyznać należy, iż studia medyczne są trudne (i kosztowne). Trwają sześć lat (ostatni rok, to szpitalna praktyka). Po uzyskaniu dyplomu jest jeszcze obowiązkowy staż (12-13 m-cy); stażysta otrzymuje na rękę ok. 2 tysiące. Teraz następuje uzyskiwanie specjalizacji – można to robić w ramach własnie rezydentury – wówczas otrzymuje się ok. 2.300 – 2.700 na rękę (w zależności od kierunku). Medyczny adept nie musi korzystać z państwowej rezydentury, może to robić samodzielnie np. w prywatnych klinikach. Ciężki egzamin końcowy musi jednak zaliczyć.

Teraz dopiero świat przed młodym (jeszcze) lekarzem staje otworem. Szczególnie w Polsce, gdzie zarobki samodzielnych lekarzy (aczkolwiek godziwe), są ciągle niższe niż na zachodzie. Istnieje jednak pewna korzyść dla lekarzy pracujących w Polsce w porównaniu z ich zachodnimi kolegami. Szczególnie w US – lekarze zarabiają bardzo dobrze, ale MUSZĄ też bardzo dobrze leczyć; w sprawach sądowych prawie ZAWSZE wygrywają pacjenci (zupełnie odwrotnie niż u nas). Zatem lekarz zanim zacznie samodzielną praktykę – ubezpiecza się bardzo drogo; by na to drogie ubezpieczenie zarobić – musi wykazać się dobrą pracą – w przeciwnym wypadku normalnie splajtuje.

Piszę to po przeprowadzeniu wielu rozmów z przedstawicielami starszego pokolenia (do którego się zaliczam) i rzecz znamienna – najczęściej temat startu zawodowego i „życiowego” pojawiał się w czasie rozmów ze znajomymi lekarzami. Ich synowie też zostali lekarzami i byli na etapie (z grubsza biorąc – rezydentury). To przedziwna sytuacja ojciec – lekarz już na emeryturze – wydawałoby się z oczywistą empatią w stosunku do syna – widział doskonale nieracjonalne, a nawet nieetyczne poglądy syna na tę sprawę. Z kolei syn nie przyjmował do wiadomości racji ojca. Międzypokoleniowy absolutny brak zrozumienia. Sam doświadczyłem też tego w nieco ograniczonym stopniu; przekonałem się jednak, że nadmierna pomoc rodzicielska w efekcie nie pomaga w kształtowaniu charakteru. Oczywiście – nie moja w tym zasługa, ale córka osiągnęła w swojej naukowej pracy szczyty – chyba pozostał jeszcze Nobel (trochę żartuję).

Poważnie jednak do rzeczy podchodząc – wykształcenie dobrego lekarza, to proces kilkunastoletni. W tym czasie ci młodzi ludzie, którzy znakomitą część swojego życia poświęcili nauce – też chcą korzystać z życia, też chcą założyć rodzinę i żyć na przyzwoitym poziomie. To zrozumiałe; jednocześnie jednak to kształcenie dużo kosztuje i dopóki lekarz się nie wyspecjalizuje – państwo, czyli my wszyscy – nie mamy z niego korzyści. Rozwiązaniem jest inne podejście do kwestii kształcenia lekarzy. Tę kwestię należy potraktować jako inwestycję – inwestorem jest zarówno państwo, jak i przyszły lekarz. Co ciekawe, to inwestycja naznaczona niewielkim ryzykiem po stronie kształcącego się lekarza. Z drugiej strony – państwo powinno kredytować adeptom medycyny godziwe zarobki – już po uzyskaniu dyplomu i przez cały czas stażu oraz rezydentury. By owa państwowa inwestycja też była pozbawiona ryzyka – nie może to być bezwarunkowa dotacja, tylko właśnie wspomniany kredyt. Idzie o to, by koszty kształcenia, a później wspomagania finansowego w czasie stażu i rezydentury nie były po stronie państwa polskiego, a korzyści po stronie np. Szwecji, do której wykształcony lekarz byłby wyemigrował.

Korzyścią lekarza byłoby umarzanie kredytu w miarę „odpracowania” w kraju. Np. wspomaganie w wysokości 5 tysięcy miesięcznie przez okres 5 lat i później „spłacanie” (po uzyskaniu specjalności) w formie pracy też w ciągu 5 lat. Gdyby jednak lekarz zechciał wyemigrować np. po trzech latach owego odpracowywania – wówczas byłby zobligowany do spłaty pozostałego kredytu, czyli 120 tysięcy (5 tysięcy x 24 m-ce) – 180 tysięcy byłoby już odpracowane.

Sądzę, że to rozwiązanie zadowoliłoby wszystkie strony, ponieważ wysiłek finansowy państwa byłby jednak rozłożony w czasie, medycy otrzymywaliby co m-c 5 tysięcy+, jednocześnie byłby istotny hamulec przed lekarską emigracją (po kosztownym państwowym kształceniu).

Podane przeze mnie kwoty to oczywiście propozycja do dyskusji; jednocześnie musiałby być wmontowany mechanizm korygujący owe finansowe zasilanie – w zależności od (prawdopodobnej) jakiejś inflacji…

Napisane przez:


 

Podziel się z innymi

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Dodaj komentarz

 

310190