23092017Nowości:
   |    Rejestracja

Czarny tydzień polskiego sportu


Zaczęło się od zaskakującej wysokiej przegranej siatkarzy ze Słowenią w rozgrywanych w Polsce mistrzostwach Europy.

Klęska tym bardziej przykra, że poniesiona na własnym terenie przy zapowiedziach zdobycia medali.


Znacznie gorszy jest jednak kolejny zawód najlepszych i najwierniejszych polskich kibiców siatkówki, nie wiem czy istnieje jakiś inny kraj, może poza Brazylią, w którym dało się zebrać 60 tys. widzów na meczu siatkówki.

Nota bene po gładkiej przegranej w meczu inauguracyjnym z nie najsilniejszą Serbią w następnych meczach stawiły się komplety widzów, z których po prostu zakpiono prezentując poziom gry niegodny nie tylko mistrzów świata, jakimi ciągle jeszcze jesteśmy, ale chociażby niedawnego zwycięzcy memoriału Huberta Wagnera.

Kontynuowanie takiego poziomu odbije się niewątpliwie na stosunku kibiców, którzy przestaną przychodzić na mecze siatkówki, lub oglądać je w telewizji.

Spowoduje to spadek dochodów zarówno z oglądalności jak i z reklam.

Siatkówka w Polsce cieszy się popularnością niespotykaną w żadnym innym kraju. Polska liga ściąga graczy z całego świata i to w ilościach powodujących blokowanie dostępu do niej krajowej młodzieży, efekty z tego są dość mizerne, nasze kluby wypadły jeszcze gorzej niż w latach poprzednich. Podobnie jak kluby piłki nożnej.

Komercjalizacja tej dziedziny sportu i narastająca w miarę napływu pieniędzy korupcja spowodowały, że do faktycznych rządów dorwały się grupy interesów o charakterze mafijnym, tak jak i w piłce nożnej, koszykówce czy innych zasobniejszych dziedzinach sportu.

Podobnie jak z doborem zawodników ma się sprawa doboru trenerów.

Po zapewne bardzo zdolnym i inteligentnym, ale tylko amatorze Antidze / polonizując jego nazwisko/, przyszedł zapewne bardzo rzetelny trener klubowy, ale całkowicie nieobeznany z zawodem „selekcjonera” reprezentacji.

Jego tłumaczenie klęski jest żenujące, można mu wierzyć, że ciężko przepracował z kadrą na treningach, ale przecież nie na tym polega praca selekcjonera.

Nie ma on możliwości uczenia gry zawodników, od tego są trenerzy klubowi, powinien natomiast uczyć taktyki i montować zespół.

Ani jednego ani drugiego nie był w stanie opanować, w memoriale Wagnera zdobył się na wymianę przegrywającej z Rosjanami pierwszej szóstki i wygrał drugą szóstką.

W mistrzostwach już nie było go stać na taki manewr, a przecież aż prosiło się wyrzucić z boiska ledwo ruszających się pierwszych reprezentantów i zastąpić ich chętnymi do gry zmiennikami.

W powszechnym, nie tylko polskim odbiorze większym echem odbiła się niespodziewana klęska piłkarzy w Danii.

Z Duńczykami mamy w ogóle niezbyt miłe wspomnienia z dawnych lat, pamiętam takie spotkanie z lat pięćdziesiątych, w którym przegraliśmy 0 : 8, tym razem aż tak nie było, ale klęska jest większa bowiem wtedy nie istnieliśmy w jakimkolwiek rankingu międzynarodowym, a teraz znaleźliśmy się w samym szczycie.

Po prostu nie wypada drużynie nie tylko z pierwszej piątki, ale nawet z pierwszej dziesiątki światowego rankingu przegrywać  0 – 4 z drużyną znacznie niżej notowaną.

Tu nie ma żadnego tłumaczenia poza tym że zawodnicy pojechali wyłącznie „zaliczyć” mecz bez najmniejszego zamiaru jakiegokolwiek wysiłku.

Dobry selekcjoner / a nie trener/ powinien to wyczuć i pojechać z innym zespołem, zawodników, którym zależy na pokazaniu swoich umiejętności i chęci gry, a zapewne wypadliby o wiele lepiej.

Przypomniał mi się taki mecz rozegrany wyłącznie zawodnikami krajowymi z Rumunią, w którym chcąc się pokazać zawodnicy strzelili bodajże w pierwszej połowie 4 bramki przeciwnikowi, który wówczas był wyżej od nas notowany.

Reprezentanci nie mają najmniejszego prawa do usprawiedliwienia, wszyscy są w toku intensywnej gry klubowej i nie zmęczeni sezonem, nie mogło zatem zabraknąć ani kondycji ani techniki, zabrakło jedynie chęci. Duńczycy grali tak jakby Polaków na boisku nie było, nikt im w grze nie przeszkadzał.

Czy przypadkiem w klubach nie zapowiedzieli zawodnikom żeby nie narażali się na grę kontaktową, bo to grozi kontuzjami z twardo grającymi Duńczykami?

Podobnym brakiem chęci do gry, a raczej walki o zwycięstwo, charakteryzuje się gra Radwańskiej, jedynej naszej tenisistki o światowym poziomie. Przegrywa regularnie z zawodniczkami dużo niżej notowanymi i to nie brakiem umiejętności, ale nie ukrywaną niechęcią do gry przy lada jakim niepowodzeniu.

Muszę przyznać, że nie chce się tego oglądać, już nawet nie chodzi o urok gry, ale o zwykły profesjonalizm.

Zdumienie budzi fakt ciągle jeszcze wysokiego rankingu przy tak licznych przegranych na bardzo niskim szczeblu rozgrywek turniejowych.

Nie wiem czy przy słabej kondycji nie wymagana jest dłuższa przerwa dla odzyskania formy gwarantującej zrealizowanie ciągle nieosiągalnych zwycięstw w najwyżej notowanych turniejach z wielkim szlemem na czele.

Podejrzewam, że jest to już ostatni dzwonek.

Dla dopełnienia kielicha goryczy należy dołożyć porażkę, a raczej kompromitującą przegraną z Finlandią w koszykówce.

Ta przegrana jest miarą upadku polskiej koszykówki.

Już przed wojną nie rozporządzając żadnym zapleczem polska koszykówka reprezentowana przez piątkę z KPW Poznań „krasnoludków” /Łój, Patrzykont, Grzechowiak, Kasprzycki – do dziś pamiętam te nazwiska/ walczyła o czołowe miejsca w Europie z olbrzymami reprezentującymi kraje bałtyckie, a po wojnie reprezentacja z Pawlakiem na czele walcząca o mistrzowskie tytuły z dominującą reprezentacją sowiecką korzystającą z graczy z krajów bałtyckich i Gruzji – cieszyła się zasłużonym uznaniem.

Opieranie gry klubowej na wynajętych cudzoziemcach dość pośledniej wartości doprowadziło do zniszczenia polskiej koszykówki. Najlepsi, którym się uda uciekają za granicę i tam, jeżeli podobnie jak Gortat czy Lampe trafią na zainteresowanych nimi trenerów to robią kariery, tylko że polska reprezentacja z tego nie ma nic.

Spadliśmy już do tego poziomu, że przegrywamy / na własne życzenie/ z Finlandią w meczu, w którym w samej końcówce prowadziliśmy 6 czy 7 punktami i wystarczyło grać na czas oczekując na fińskie faule. Polska drużyna zrobiła wszystko żeby koniecznie ten mecz przegrać, a jedynym zawodnikiem, który wykazywał chęć walki był czarnoskóry świeżo przysposobiony obywatel polski.

Na tle niedawnej klęski pływaków, piłkarzy, siatkarzy, koszykarzy i polskiego tenisa, jasną plamą jest lekkoatletyka, która bez wielkich pieniędzy w niezbyt luksusowych warunkach pracy dorobiła się sukcesów na miarę europejską a nawet światową.

Wielka to zasługa kadry trenerskiej i personelu pomocniczego, ale też i zawodników reprezentujących nieporównywalne z innymi dyscyplinami podejście do obowiązków reprezentacyjnych.

Remedium na ten stan jest jedno: – przestać udawać, że jest się na światowych salonach, wyrzucić niemal wszystkich zagranicznych szalbierzy zarówno zawodników jak i trenerów, zabrać się twardo do pracy „organicznej”.

Zdolnej i chętnej młodzieży nie brakuje, brakuje systematycznej pracy i świadomości perspektyw otwartych dla każdego utalentowanego i pracowitego zawodnika.

A przede wszystkim oczyszczenia wymagają prawdziwe „stajnie Augiasza”, czyli związki sportowe.

Napisane przez:


 

Podziel się z innymi

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Dodaj komentarz

 

308823